Gość: Trond
IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl
13.03.09, 08:57
Moim zdaniem to nie był jazz, tylko efekciarskie popisywanie się. 3-
minutowe utwory Hendrixa (łącznie z wokalem) poprzerabiali na 10
minutowe bezduszne plumkanie na zabajerzonych na maksa efektami
instrumentach. Jedynie Kennedy miał parę momentów, ale gdzie tam
temu do oryginału, gdzie dusza? Koncert zaczęli z 15 minutowym
poślizgiem a i tak Kennedy spędzał dużo czasu kłócąc się z
dźwiękowcem, a Śmietanie gitara ciągle buczała i ciągle popełniał
błędy artykulacyjne. El Proffesore Karolak na Hammondzie produkował
dużo trzasków i buczenia, ale większość i tak co ginęła w tle.
Sekcja rytmiczna niczym się specjalnie nie wyróżniała. Całość była
może ciekawa przez pierwsze 3 minuty, chociaż profanum vulgus łykał
wszystko jak leci. Klub jak zwykle napchany na maksa, atmosfera
wędzarni, idealny dla miłośników czegoś więcej niż tylko smrodek
artystyczny. Jak dla mnie czas utracony.