belzebub123
30.07.08, 14:44
Rędziński horror z polityką w tle
Władza zwierzchnia łączy się z licznymi obowiązkami, jednak łatwo można ulec
pokusie wykorzystania jej w dążeniach osobistych. Czy wójt gminy Rędziny
Waldemar Chmielarz, pod maską stosowania kryteriów obiektywnych, w
rzeczywistości jest politykiem działającym „po trupach do celu”? Zdaniem Beaty
Komorowskiej, nauczycielki wychowania fizycznego w Gimnazjum nr 1 w Rędzinach
– tak. – Rządzą nim bardzo niskie pobudki – twierdzi
Pani Beata jest nauczycielem mianowanym i dyplomowanym, z 24-letnim stażem.
Dostawała nagrody – Prezydenta Miasta Częstochowy i Wójta Gminy Rędziny – była
zgłaszana do Nagrody Ministra Edukacji Narodowej. Do pracy podchodziła z
entuzjazmem, poświęcała jej także swój czas wolny. Młodzież uwielbiała jej
zajęcia, nawet przygotowała dla niej i jej męża specjalne, pamiątkowe dyplomy.
B. Komorowska prezentowała postawę pedagoga z powołaniem, gdy nagle, 5 maja
br. przyszła do niej dyrektor szkoły Teodozja Anzorge-Kosin z zaskakującą
informacją. – Powiedziała, że wójt kazał jej odebrać mi dwie z osiemnastu
godzin lekcyjnych w tygodniu. Miały być przekazane nauczycielowi, który
pracuje w Gimnazjum dopiero rok, na pół etatu. Argumentem miało być, że jestem
zbyt drogim pracownikiem. Dodatkowo wójt groził pani dyrektor odwołaniem ze
stanowiska, jeżeli polecenie nie zostanie wykonane. Była też mowa o zwolnieniu
mnie w przyszłym roku w ogóle – opisuje Beata Komorowska.
Następnego dnia osobiście wybrała się do włodarza gminy, w towarzystwie prezes
Związku Nauczycielstwa Polskiego oddział w Rędzinach Katarzyny Roszczuk, po
wyjaśnienia. Usłyszała, że powodem jest „bardzo dobrze prosperująca firma”,
którą posiada. – Cała sytuacja związana jest z niżem demograficznym, w tym
roku mamy o dwie pierwsze klasy mniej. Za tym idzie zmniejszenie liczby
godzin, innych nauczycieli też to dotyczyło. Przy konkretnych decyzjach brano
pod uwagę sytuację materialną pracowników. O zwolnieniu pani Komorowskiej
słyszę pierwszy raz – zaznacza wójt Chmielarz. Jego tłumaczenie zawiera jednak
nieścisłość, bowiem przedmiotowe dwie godziny zostały zabrane nauczycielowi
mianowanemu i przekazane kontraktowemu. Tym samym nauczyciel mianowany utracił
pełny etat na korzyść pedagoga z dużo mniejszym stażem i kwalifikacjami.
Beata Komorowska widzi jednak całą sytuację nieco inaczej. – Wszyscy wiedzą,
że mój mąż, który jest radnym gminy, nie zgadza się w wielu kwestiach z
wójtem. Na przykład głosował przeciwko udzieleniu mu absolutorium za wykonanie
zeszłorocznego budżetu. Zaraz po tym zapadła decyzja o zmniejszeniu mi liczby
godzin. Takie między personalne rozgrywki nie powinny być załatwiane kosztem
osób trzecich – komentuje. W. Chmielarz odrzuca tę argumentację. – Każde
uzasadnienie jest uzasadnieniem dobrym. Gdyby to dotyczyło kogoś innego,
mógłby się żalić, że to pani Komorowskiej nie zmniejszono liczby godzin, bo
jest żoną radnego. Jednak przy sprawowaniu władzy publicznej trzeba zachować
kryteria obiektywne i nie ma znaczenia, że się jest żoną radnego – mówi.
Co ciekawe, według związków zawodowych w Gimnazjum do tej sytuacji w ogóle nie
powinno dojść, gdyż pani Beata jest pracownikiem chronionym przez Kartę
Nauczyciela. – Ale według wójta nie, bo doszukał się nieścisłości – podkreśla
B. Komorowska.
Jednak w pewnym momencie wydawało się, że sprawa zostanie rozwiązana
bezboleśnie. Dyrektor Anzorge-Kosin po rozmowie z prawnikiem powiedziała pani
Beacie, że nie zabierze jej godzin. – Potem wyjechała, a 29 maja przyszedł do
mnie pełniący jej obowiązki kolega i wręczył wypowiedzenie warunków pracy i
płacy. Sam był w szoku, że to na niego spadło – opowiada poszkodowana.
Później przyszło jeszcze większe zdziwienie. Okazało się, że pani Beata sama,
30 kwietnia podpisała się, jako przedstawiciel związków zawodowych, pod
arkuszem organizacyjnym Gimnazjum, w którym przyznano jej mniejszą liczbę
godzin. – Dowiedziałam się o tym 9 czerwca, to było dla mnie jak zły sen.
Wyglądało tak, jakbym sama sobie odebrała te godziny. Po prostu pani dyrektor,
na polecenie wójta, osobiście dokonała zmian przy użyciu korektora.
Zmodyfikowany projekt zawiozła do zatwierdzenia do Kuratorium Oświaty –
wyjaśnia B. Komorowska. Wójt nie zgadza się z zarzutem. – Arkusze to nie mój
temat. Z tego co wiem, to był projekt, do którego zostały wniesione poprawki.
Pani dyrektor popełniła błąd, że nie przekazała ostatecznej wersji do
ponownego zaopiniowania – odpowiada.
Jednak Jerzy Komorowski, mąż pani Beaty, podejrzewając, że doszło do
sfałszowania dokumentu, wysłał zawiadomienia do prokuratury i Państwowej
Inspekcji Pracy. – W piśmie z PIP przeczytałam, że pani dyrektor stwierdziła,
iż powiadomiła o korektorze przedstawicieli związków, w tym mnie i radę
pedagogiczną. To jest bzdura. Jednak przyznała, że zrobiła to na polecenie
wójta – komentuje B. Komorowska.
Pani Beata nie może pogodzić się, że po tylu latach pracy została potraktowana
w taki sposób. Tym bardziej, że zasłużyła się znacznie dla szkoły – prowadzona
przez nią drużyna siatkówki występowała w wielu turniejach i to z sukcesami. –
Do tej pory byłam wizytówką, na zewnątrz chwalono się zdobytymi pucharami.
Wspólnie z mężem pomagaliśmy zespołowi, sponsorowaliśmy nagrody, wyjazdy
dziewczynek na zawody. Jeszcze niedawno praca w szkole była dla mnie
wszystkim. Teraz się zastanawiam, jak mam tam wrócić. Nie mogę uwierzyć, że
jeden człowiek potrafił zrobić mi tak wielką krzywdę. Jest to dla mnie jak
scenariusz horroru – konkluduje nasz interwenientka.
Beata Komorowska skierowała sprawę wypowiedzenia do sądu przeciwko swojemu
pracodawcy, którym jest dyrektor Gimnazjum Teodozja Anzorge-Kosin. – To moja
koleżanka, pracujemy razem dwadzieścia lat. Teraz, przez manipulacje wójta,
musimy spotkać się na rozprawie – dodaje.
p.s.
Artykuł z gazety częstochowskiej Smile Brawo dla naszego kochanego wójta...