jowita-28
23.09.11, 17:31
Mam znajomą, która ma trójkę dzieci - jedno starsze i dwójkę młodszych i ile razy do mnie przychodzi, albo ja jestem u niej tyle razy nieprzerwalnie i tu nie wiem jak to określić... "rozmawia", zachwyca się, chwali te dzieci - non stop jest taki monolog (bo młodsze dzieci jeszcze nie mówią). Zresztą moja kuzynka tak samo świata poza swoją córką nie widzi - jest na każde jej zawołanie, potrafi nie usłyszeć co ktoś dorosły do niej powiedział, ale każdy kaprys, każde jęknięcia dziecka słyszy... Osobiście działa mi to na nerwy. Tak samo jak dorośli do dzieci mówią "po dziecinnemu". Może dlatego, że ja nie jestem taka... że nie pieję z zachwytu nad swoim dzieckiem, że nie chwalę co minutę za każdą pierdołę, a częściej zdarza mi się zwrócić uwagę, upomnieć, skarcić... Czy ja jestem jakąś wyrodną matką czy tamte są "przesłodzone"???
i co za tym idzie one są zawsze uśmiechnięte, zadowolone, jakby miały uśmiech do twarzy na stałe przypięty (i nie wiadomo czy prawdziwy czy sztuczny?), ja niestety tak nie mam... (a jeśli jest prawdziwy też chciałabym z takim ciągle chodzić)...
To taki mój dylemat... czy to mój pesymizm czy brak umiejętności udawania zbytniego optymizmu...???