Ostatnio poro tu wątków na temat pieniędzy w związku i zależności, polegającej
na tym, kto płaci za nową parę butów
a ja mam zupełnie inne odczucia związane z moją nieuchronną niebawem
zależnością od męża i chcę się nimi z Wami podzielić.
Otóż mnie najbardziej przeraża wizja, że bez swoich pieniędzy czyt.
zarobionych przeze mnie, nie tyle będę musiała prosić się o nowy tusz do rzęs,
czy sukienkę, bo akurat kupno ich sprawia facetowi przyjemność, a ja nie mam
problemu z proszeniem (trzepot rzęs przy tym mam opracowany do perfekcji) ale
boję się tego, że jak się pokłócimy, popsuje się między nami, nie wiem -
stwierdzę nagle że to nie to, nie będę mogła tak z miejsca tupnąć nogą i
powiedzieć odchodzę, zabieram młode i do widzenia bye bye. Nie. Będę musiała
najpierw coś z tym zrobić, generalnie sytuacja będzie trudniejsza niż w
przypadku kobiety zarabiającej.
Tego się boję.
I jeszcze jednego. Zauważyłam, że ostatnio mąż się uśmiecha z satysfakcją i z
taką dumą, mówiąc o tym np., że moja pensja to jedynie promil w naszych
dochodach i że mogę DZIĘKI NIEMU spełniać swoje marzenia, zając się domem i
dziećmi, że mogę olać szefa przygłupa, że mogę robić to co chcę. Ale dzięki
NIEMU, a nie dzięki samej sobie. On jest dumny, a ja myślę, że później w
kłótni, nie będę mogła użyć argumentu, że nic od niego nie chcę i nie
potrzebuję. A ja sobie lubię tak walnąć w kłótni.
I to nie jest dlatego, ze on jest jakis wredny itp., bo np. zaoferował - nie
wiedząc, że na wychowawczym ma się liczone lata do emerytury, że będziemy
płacić za mnie składki.
Tak więc w związku z tymi moimi obawami oznajmiłam mu ostatnio, że niech sobie
nie myśli, ze to że będę od niego zależna powstrzyma mnie przed złożeniem
pozwu rozwodowego, jak mnie zacznie wkurzać

I się uspokoiłam, bo on wie, że ja nie rzucam słów na wiatr