pitahaya1
09.10.11, 19:09
Zaczynam się trochę martwić. Ponieważ wiele z Was ma rodziców w wieku emerytalnym, w "tym" wieku, może podrzucicie jakieś rady.
Nie chodzi mi o relacje między nami, chodzi mi o nią samą.
Mama nigdy nie była przesadnie religijna. Ot, co niedzielna msza, święta, kilka razy w roku spowiedź. Zdarzalo się, że w niedzielę nie poszla do kościoła. Nie zawracala sobie głowy z roratami, piątkami i tego typu okresami w kościele, z dekalogiem na bakier.
My ochrzczeni, wychowani niby w wierze katolickiej ale mama ręki do tego nie przyłożyła poza zakupem katechizmu i wysłaniem do komunii. Żadnych rozmów, dyskusji, wspolnych modlitw.
To m.in. spowodowało, że obecnie nie chodzę do kościoła. To i parę innych rzeczy. Ale nie o tym.
Mama nigdy nie robiła z tego powodu problemu tym bardziej, że mój brat od wielu lat do kościoła nie chodzi. Zawsze uważała, że to sprawa każdego z nas.
W czym problem?
Ano kilka lat temu mama przeszła na emeryturę. Przeniosła się również do innej miejscowości, konkretnie na zabitą dechami wieś. I zaczęła się zmieniać.
Żadnych zainteresowań, hobby, odwiedzin koleżanek. Tylko kościół, cmentarz i pogrzeby. Możecie powiedzieć: co cię to obchodzi co robi w wolnym czasie. Zaczęło się od mszy niedzielnej i piątkowej, potem codziennie, teraz dwa razy dziennie, przy czym pierwsza msza jest o 6 rano, nawet przy niesprzyjającej pogodzie. Potem pogrzeby, wszystkich, czy zna, czy na oczy nie widziała. Ostatnio pojechała na pogrzeb (kilkadziesiąt kilometrów) osoby, której na oczy nie widziała. Był to mąz koleżanki ze szkolnych czasów, z którą to widziały się w ciągu 40 lat może kilka razy. Ok, czuje potrzebę, niech jedzie.
Potem zaczęło się: "bezbożnicy, ja się za was (czyli nas) modlę, żebyście na właściwą drogę wrócili". Coraz częściej i coraz mniej da się te słowa obrócić w żart. Gdy do niej przyjeżdżamy (z reguły w niedzielę, choć ostatnio jeździmy w soboty) zawsze zaczyna temat mszy, że nic nam się nie stanie jeśli pójdziemy. Względem dzieci już taka miła nie jest. Gdy grzecznie odmawiamy, zaczyna się denerwować i podnosić głos. Gdy definitywnie mówimy "nie", bywa, że sie potem na nas dąsa, nie chce się pożegnać.
I wczorajsza wizyta: zaczepiła nas znajoma mówiąc, że z mamą coś się dzieje, o czym nie miałam pojęcia. Ona ponoć tylko w kościele przesiaduje, każdemu bez okazji mówi, że codziennie odmawia za nas różańce, żebyśmy się nawrócili, żebyśmy stali się porządnymi ludźmi. Fakt, że przy niemal każdej okazji mama kończyła rozmowę słowami "pomodlę się za was" a ja kwitowałam "skoro potrzebujesz...".
Poza tym dowiedziałam się wczoraj, ze mama bardzo często zamawia za nas msze (płacac za każdą), w naszej intencji, w intencji dzieci. O tyle mnie to zaskakuje, że takich rzeczy nie robiła nawet po śmierci swojego ojca, gdzie zwyczajowo zamawia sie mszę w rok po smierci.
W domu na każdym kroku gazetki koscielne typu "Gość niedzielny", na ścianach kalendarze kościelne, obrazki. W naszym domu rodzinnym nawet krzyża na ścianie nie było.
I teraz powiedzcie mi, czy powinnam się niepokoić, czy tez podejść do tego spokojnie i zignorować. Tylko nie piszcie, że troluję. Poważnie, sama nie wiem jak to ugryźć. Ta wczorajsza rozmowa mnie trochę wybiła z rytmu. Niby zauważyłam, że ostatnio każda rozmowa schodzi na: "gdybyś chodziła do kościoła..." byłabys zdrowa, frank by tyle nie kosztował, ominęłyby was plagi egipskie, syn byłby zdrowy.... Chodzi mi o to, że ona się zmienia i to bardzo szybko. Praktycznie nie wychodzi z domu, zawsze była domatorem ale teraz to już poza mszą i pogrzebem nie da się jej nigdzie wyciągnąć. Poza tym mama robi coś, co kiedyś sama bardzo krytykowała, od czego się odżegnywała a teraz nie widzi, że sama robi to samo.
To dla mnie trudny temat. Trudny i dość drażliwy. Dlatego liczę trochę na Wasze opnie i pomoc, martwić się, reagować, nie odzywać się.