Michał ma złamany kręgosłup w 2 miejscach, o czym szkoła wie od początku roku szkolnego. Wtedy też dałam wychowawczyni pismo na ten temat + ksero tomografii wraz z zaleceniami lekarskimi dot. oszczędzającego trybu życia i zakazu dźwigania, oraz moje pismo do nauczycieli, gdzie pisałąm, że dziecko na lekcje może nosić tylko lekkie rzeczy (na początku były to kartki od segregatora, teraz są to zeszyty 16-kartkowe) oraz prośba o podawanie materiału, który będzie przerabiany tak, żebym mogła dziecku dawać ksero potrzebnych na ten dzień ćwiczeń (i np podręczników w razie potrzeby) - kartkę, dwie, byleby nie nosił. Dziecko ma roczne zwolnienie z wf. Przez min. pół roku nie wolno mu biegać, skakać. Od wtorku można chodzić na basen
Oczywiście żaden z nauczycieli nic do tej pory mi nie zakomunikował. W sensie: czego potrzebuje, żeby te zajęcia przebiegały z sensem. I w zasadzie nikt się nie czepia dzieciaka (mam wrażenie, że nauczyciele są bardzo życzliwie nastawieni do sytuacji dziecka i z pełnym zrozumieniem pomagają mu funkcjonować w szkole pomimo wyjątkowości jego stanu zdrowia) za wyjątkiem... pani od angielskiego.
Rozumiem, że pani potrzebuje materiałów dla dziecka, wobec tego, na wyczucie, dawałam dziecku kserokopie ćwiczeń i podręcznika (aktualnie robiony temat, ksero zadań domowych z ćwiczeń - z ew. z wyprzedzeniem). Żadnej informacji zwrotnej od pani nie miałam (czy potrzebuje, na kiedy, jak potrzebuje, czy też mam się cmoknąć w sam środek niebieskiego oka

) aż do tego poniedziałku.
W poniedziałek pani od angielskiego wzięłam mojego połamańca na środek i przy całej klasie na środku klasy kazała się tłumaczyć, do kiedy nie będzie mógł nosić książek i jak się przedstawia jego stan zdrowia. I jak on sobie to wszystko wyobraża. I domagała się jasnej odpowiedzi na ten temat (za tym poszło potem przeszukanie plecaczka mojego syna przez wychowawczynię na godzinie wychowawczej, ale to już z panią wyjaśniłam w środę - dając zaświadczenie od ortopedy, wystawione we wtorek, że dzieciak nadal nosić nic ciężkiego nie może i że nie życzę sobie grzebania w plecaku dziecka bez wyraźnych przesłanek). Oczywiście pani od agielskiego stała też na środku klasy, odzywając się w poniżający sposób, drąc się i machając na dzieciaka książką.
I teraz przyznam, że nie bardzo wiem, jak mam zareagować.
Na pewno (tak uznałam) kupię dziecku dodatkowy komplet ćwiczenia + podręcznik z angielskiego (mam żal do pani, że mi nie zaproponowała w informacji zwrotnej takiego rozwiązania) i wręczę pani.
Co z tym zrobić dalej?
Wiem, że klimat wokół mojego połamańca jest kiepski, bo wychowawczyni również mi zakomunikowała, że jak sobie wyobrażam uczestniczenie dziecka w zajęciach, gdy nie nosi książki i podręcznika. Zwrotnie padła odpowiedź, nad wyraz spokojna, że stan zdrowia dziecka nie uległ zmianie i informuję, że dźwiganie ciężarów u dziecka może spowodować trwały paraliż i jak jest problem, to zapraszam na zajęcia domowe. Więc pani wych. odbiła ping-ponga że jak ja sobie wyobrażam te lekcje. Więc ja: a jak pani sobie wyobraża paraliż mojego dzieciaka.
Tak czy inaczej - wyjaśniłyśmy sobie jakoś po ludzku sprawę z wychowawcą. Zaproponowałam, że zrobię kserówki książki i ćwiczeń i wręczę pani. Ale chyba po prostu dla świętego spokoju kupię drugi komplet i niech sie pani od dzieciaka i ode mnie odpimpa
W tym samym dniu złożyłam u dyrekcji pismo informujące, że stan mojego dzieciaka wygląda tak a nie inaczej. Że przedkładam ksiero rozonansu magnetycznego oraz zaświadczenie od ortopedy , że mu nic nie wolno dźwigać, bo skutki mogą być opłakane (do w/w sytuacji nie odnosiłam się zupełnie, uznałam, że zostawię u dyrekcji pismo informujące o stanie zdrowia dziecka, skoro informacja u wychowawcy nie wystarczy - zresztą dyrekcja wie o stanie zdrowia dziecka, bo zostawilam dyrekcji roczne zwolnienie lekarskie z wf wraz z TK dziecka).
I co dalej?
Kiedy byłam u wychowawczyni, wiedziałam, że zaszło zdarzenie z anglistką, nie wiedziałam natomiast, że moje dziecko z powodu choroby zostało poniżone przed całą klasą i przed całą klasą musiało się tłumaczyć, co mu jest i jak długo to potrwa (dziewczynki zaczęły mu dokuczać dość mocno z tego powodu po tej sytuacji). Nie ukrywam, że chłopak jest podłamany całym tym zdarzeniem.
Nie bardzo mi się podoba jej zachowanie bo:
1. dziecko ma prawo do zachowania tajemnicy dotyczącej stanu jego zdrowia i leczenia; mało tego - jako dziecko nie musi być przeze mnie poinformowane o wszystkich aspektach jego sytuacji zdrowotnej i uważam, że takie pytanie należało zadać mi a nie dziecku (które musiało do tego celu stanąć na środku klasy)
2. dziecko ma prawo do nauki niezależnie od tego, czy jest chore, niepełnosprawne, czy może chodzić. Oczekuję od szkoły, że w ramach realizacji obowiązku nauki, szkoła mi coś zaproponuje a nie będzie moje dziecko dyskryminować z powodu choroby
3. dziecko ma prawo do ochrony jego zdrowia. Do tego, żeby nie musiało na połamanych plecach nosić tornistra pełnego ćwiczeń. Jeśli jest to problem, to sa przecież inne sposoby na zorganizowanie edukacji dziecka.
Przyznam, że ponieważ szkołą (dyrekcja też) była poinformowana o stanie zdrowia dziecka, przymierzam się od poniedziałku do napisania pisma do dyrekcji, które jednocześnie prześlę do wiadomości kuratorium, rzecznikowi praw ucznia, rzecznikowi praw dziecka i rzecznikowi ministerstwa oświaty. Na razie wstrzymuję się przed napisaniem tego pisma ponieważ czekam, aż cała złość ze mnie zejdzie. I szukam optymalnych i skutecznych rozwiązań.
Ematka niezawodna, liczę na konstruktywną podpowiedź, szczególnie panie nauczycielki (w piśmie do dyrekcji odnosić się mam zamiar jedynie do zachowania anglistki, ponieważ sprawę z wychowawczynią uznałąm za załatwioną a nie mam sił ani nerwów z anglistką na ten temat rozmawiać - przepraszam, to ponad moje siły, nie przemogę się; boję się, że wyjdę z siebie i znieważę urzędnika państwowego i nie starczy mi spokoju na powtarzanie metodą zdartej płyty informacji o stanie zdrowia mojego dziecka

).
Post ma na celu wywalenie całego mojego jematkowego jadu i spuszczenie mojej frustracji (żebym w kontakcie ze szkołą zachowywała się spokojnie i z godnościom osobistom

jak człowiek a nie oszołom). Proszę, nie jedźcie po mnie - ja się naprawdę boję o mojego dzieciaka, zwłaszcza, że jest w kiepskim stanie psychicznym z powodu stanu zdrowia i anglistka mu naprawdę dołożyła. No i jestem przerażona postawą anglistki.
Najbardziej się boję, żeby mu się w pewnym momencie nie ulało i nie zrobił sobie z takiego powodu krzywdy. Dzieciak dojrzewa, wiadomo - takiemu dużo nie trza.
Chłopak ma prawie 12 lat, chodzi do 5 klasy, kręgosłup złamany w 2 miejscach i to dość wysoko (th4 i th6) książki i ćwiczenia do języka są ciężkie. Zresztą - ortopeda dźwigać mu absolutnie zabronił i z tym zakazem dyskutować nie zamierzam.
Ratunku!