Muszę sobie popluć, żeby ciśnienie zeszło. Eks mnie zak12345l do białego kiedy poruszyłam delikatny temat alimentów i ich ewentualnego podwyższenia.
Moje argumenty wiadomo: koszty utrzymania dziecka wzrosły i za chwilę wzrosną jeszcze bardziej; eks nie wywiązuje się z planu wychowawczego; alimenty nie były podnoszone od 2009 r.; inflacja; kwota 600 zł na warszawskie realia jest żenująca i tyle sądy zasądzają trwale bezrobotnym rencistom z paraliżem w wioskach na Mazurach; etc.
Jego argumenty: on nie ma z czego (mówię: idź dorobić); to on chce połowę ulgi na dziecko (wyśmiałam, pokrywam za to koszt obozu); to on chce żeby mu dziecko dowodzić na weekendy, bo benzyna kosztuje (wyśmiałam, orzecznictwo SN); bo inni ojcowie tylko płacą i się nie interesują (och pliz, powiedz to w sądzie); on płaci kredyt (pierwszeństwo mają alimenty, orzecznictwo SN); weźmie najlepszego prawnika i nawet kredyt na to (zapytałam czy mu nie żal kasy). I w ten deseń.
Odporność na real mnie wk... do białego. Wszystkie przepisy i orzeczenia do jakich się odwoływałam są do sprawdzenia w necie w ciągu 3 minut. Mówię grzecznie,
facet, ileś razy naciąłeś się na to, że mi nie uwierzyłeś, chcesz ponownie? po co ci to? .
Zaproponował stówę podwyżki z zastrzeżeniem, że wtedy będzie jadł suchy chleb, bo na więcej mu nie starczy (
idź dorobić, to Warszawa jest, a nie wioska na Mazurach), a jak chcę więcej to mogę iść do sądu.
Ok, przekonał mnie.