Watek pocieszeniowy.
Od wtorku mam remont na balkonie - skuwanie wszystkiego (bo zle podklad zrobiony) dwa dni kucia awantur z sasiadami obcych ludzi w domu wscieklego (bo nasz domek zaatakowany obce dziady na terenie zabki wychodza i w ogole dlaczego nie mozna sie tarzac w foliach i cemencie) roczniaka. Do tego mimo ze ciagle odkurzam w powietrzu unosi sie budowlany pyl. Musze tez tu siedziec bo panowie nieznani nam blizej wiec strach dom zostawic (pomine ze drzwi na oscierz caly czas bo nosza gruz i jakies worki przez mieszkanie). Do tego krepuje sie przy nich jesc jak widze ze oni zasuwaja. Koniec wydaje mi sie bardzo odlegly.
Jakby tego bylo malo pan zdecydowanie odmowil kladzenia takich kafelkow jakie chcialam (marzyly mi sie kafelki udajace deski drewniane) max jaki moze polozyc to 30x30. Bede miec jakies badziewne kafle...

Plakac sie chce. Wieczoem dziecko oczywiscie codziennie wsciekle histeryczne i gryzace.
Moze ktos ma jakies optymistyczne/humorystyczne historie o remontach?