skariopus
09.11.13, 09:30
... niż żeby w ogóle nie mogło mieć dzieci.
Ciąża w młodym wieku jest przedstawiana jako koniec świata, jako odebranie wszystkich szans na normalne życie, jako wstyd i upokorzenie. Siedemnastolatkom, osiemnastolatkom tłucze się do głów, żeby tylko nie ciąża, tylko nie to, żeby wzięli szklankę wody na ostudzenie namiętności lub zabezpieczali się na wszystkie możliwe sposoby. I że szczęście to da im tylko dobre wykształcenie, dobra praca i dobre pieniądze.
A potem mija 7-8 lat i to samo otoczenie, które za tę wczesną ciążę by ukamieniowało, nagle zaczyna jej oczekiwać. Na początku cicho, a potem coraz głośniej i głośniej. I dopiero to jest dla młodej osoby koniec świata, jak tak bardzo, bardzo chce dziecka, a nie może go mieć. I wtedy to wykształcenie, robota, pieniądze przestają mieć jakiekolwiek znaczenie. Tzn. mają o tyle, że parę stać na kolejne IV.
Wiem, bo widzę i głęboko w tym siedzę. I ostatnio z kilku ust usłyszałam "wolałabym już nastoletnią wpadkę".
Nie twierdzę, że u wszystkich tak jest, bo na pewno jest spora grupa osób, która nie chce mieć dzieci lub pogodziła się z ich brakiem. Ale nachodzą mnie takie myśli, że rodzice, społeczeństwo robi krzywdę młodym ludziom. Straszną krzywdę, bo nawet ciąża u dwudziestolatki traktowana jest jako wpadka i wstyd, a jeszcze w pokoleniu moich rodziców była to jak najbardziej ciąża "o czasie". Moja babcia urodziła dziecko w wieku 17 lat, już po ślubie, nie była to wpadka. Wyszła za mąż w wieku 16 lat, przed wojną to nie było coś zaskakującego. I tak było przez tysiąclecia, a niestety ewolucja ciała nie dogania ewolucji społecznej.
Ostatnio spotkałam mojego byłego chłopaka. Zanim dawno temu zaczęliśmy się spotykać, on był w dosyć długim związku, w którym była wpadka, było usunięcie ciąży, ponad 13 lat temu. Teraz od roku stara się ze swoją żoną o dziecko i są przed pierwszym podejściem do IV. Przez połowę spotkania mówił, co by było, gdyby tamta ciąża nie została usunięta. Niemal żyje tym dzieckiem, którego nigdy nie było.
Myślę ostatnio o tym wszystkim bardzo dużo, bo w moim otoczeniu jest co najmniej 5 par, które nie mogą. Najbliższym otoczeniu. Widzę ich cierpienie, ich upokorzenie u kolejnych lekarzy (z różnych powodów - kto to przechodził, ten wie). Widzę, jak ta ciąża staje się jedynym celem w ich życiu, jak już nic ich nie cieszy, nic. Żadne pieniądze, podróże itd. I absolutnie nie są to osoby, które poświęciły się dla kariery, a teraz mówią "ojej", jak to się często przedstawia. Normalni ludzie, którzy czasem za późno się znaleźli. Lub którzy po prostu wcześniej nawet o dziecku nie myśleli, no bo rzadko kto teraz o tym myśli w wieku nawet 25 lat.
Ja sama urodziłam pierwsze dziecko po trzydziestce. I tak, wcześniejsza ciąża pewnie byłaby dla mnie dramatem. Jednak gdybym dziecka mieć nie mogła w ogóle, to wolałabym ten dramat. Teraz staram się o drugie, nie wychodzi za bardzo, pewnie zaraz zaczną się badania. I nawet nie za bardzo mam komu się wygadać, jakie to dla mnie ciężkie. To tak, jakbym była trochę głodna i skarżyła się na to komuś, kto głoduje od wielu lat...