na fali
spotykacie się z dawno nie widzianą koleżanką, która wcześniej żali wam się kilkukrotnie na fejsie, gg, czy przez telefon, ze przytyła i schudnąć nie może, chociaż "przecież ja nic nie jem".
w rozmowach pocieszacie ją, wspieracie, doradzacie ćwiczenia, a ona na wszystko reaguje: "ach nie mam czasu, bo dzieeeeci" (przy czym wy pracujecie i łączycie pracę z opieką nad dziećmi i prowadzeniem domu - dzieciaki macie w tym samym wieku, a ona niepracująca od ośmiu lat) "ach, to takie drogie" (tłumaczycie, że nie musi mieć karnetu na siłownię, bo i wy nie macie, wystarczy odpalić filmiki na youtubie), "ach tyle gotowania" (to o diecie), tłumaczycie, że no co ty! na początek wystarczy odstawić pieczywo jasne i zamienić je na pieczywo chrupkie lub ciemne i ograniczyć slodycze, a nie bawić się w wołowiny, owoce morza i tym podobne wyszukane sprawy.
no i dochodzi do spotkania face 2 face.
w kawiarni (takiej dzieciolubnej) - spotykacie się tachając ze sobą potomstwo
wy zamawiacie latte. tak po prostu. oraz "chipsy" jabłkowe dla dziecia.
koleżanka zamawia: latte z podwójnym cukrem, tartę ze szpinakiem dla siebie oraz paróweczki dla swojego smyka....
po czym rzecz jasna narzeka, że ojejejejeje ja to jak świnka przy tobie wyglądam.....