helka.pentelka
17.02.15, 12:40
Wpadła mi w ręce książka Aleksandra Doby o przepłynięciu Atlantyku kajakiem.
Czytam, bo lubię takie wyprawy, cenię ludzi z pasją i ogromnie szanuję wiedzę, doświadczenie i przygotowanie autora. Widać, że facet całe życie się rozwijał, nieprzypadkowo osiągnął spektakularny sukces.
Ale jest też między opisami wyprawy parę słów o żonie.
Żona, która najpierw jest zdecydowanie przeciw prawie samobójczej wyprawie (żadne tow. ubezpieczeniowe nie chciało mu dać polisy), potem staje się jej dobrym duchem, mimo odległości mocno wspiera męża.
Wiele w książce pada słów podziękowania dla niej, mąż miał świadomość, jak ciężko jej było zostać samej i przez kilka miesięcy martwić się o niego miotanego prądami i burzami na oceanie. On sobie radził na bieżąco, ona mogła jedynie biernie czekać.
Jest też informacja o tym, że pan miewał w zwyczaju np spływy świąteczne. W Boże Narodzenie lub Wielkanoc. Samotne spływy. Rodzina zostawała przy stole. Urlopy poświęcał na wyprawy, sporo z nich było samotnych (żona dzieci zostawały w domu).
I kurcze, jakoś straciłam do pana sympatię. Rozumiem spełnianie pasji, rozumiem potrzebę (głównie męską) do sprawdzania się w ekstremalnych sytuacjach, ale nie chciałabym męża, który nawet w święta nie zechce spędzić czasu z rodzina. U niego (przynajmniej takie wrażenie odniosłam z książki) ta potrzeba wyprawy stała się czymś najważniejszym.