Tak, wiem nie moja sprawa, każdy robi co chce - ok ale nie rozumiem
Wiecie, ludzie z miasta wyjeżdżają na wieś, kupują działeczki, uprawiają działkę
No a ludzie na wsi..
Ja jestem ze wsi. Poszłam do miasta. Takiego lub innego, gdzie mnie rzuci los.
No i przyjechałam do mamy na wieś ( mały zabieg, trzeba pomóc) dodatkowo urlop, świeże powietrze i owoce/warzywa działkowe. Same plusy.
Od jakiegoś czasu jestem na zdrowej diecie, średnio mi to idzie ale myślałam, że na wsi będzie lepiej.
I tu się zaskoczyłam.
Gdy wyjeżdżałam na " naszym" małym przydomowym polu było mnóstwo drzew owocowych: orzechy, wiśnie, śliwki, maliny, porzeczki, agrest.
U sąsiadów, którzy są rodziną także: morele, brzoskwinie, czereśnie i cuda na kiju.
Teraz: wszystko powycinane.
I nie rozumiem. o ile ogródek warzywny rozumiem, trzeba trochę wysiłku a tyle wycinania drzew owocowych nie rozumiem: Stoi to takie, wysilać się specjalnie nie trzeba żeby to utrzymać. Mój tato malował tylko czymś pień i stało wszystko a teraz wszyscy, wszystko powycinali.
A przecież ludzie kupują to potem w sklepach, z chemią, przerośnięte, pryskane nie wiadomo czym i drogie.
I nie rozumiem czemu to to się wycina?
Myślałam, że sobie pojem zdrowych owoców z drzewa a nie ze sklepów a tu lipa. ( I tak kupuje na bazarach od pań niby z działek ale..)
Moja mama jako nieliczna ma chociaż orzecha i wiśnie a tak nie ma nic.