Otóż: przy okazji corocznego badania poziomu funkcjonowania Ewy (5 lat, autyzm), jej terapeutka zwróciła uwagę na jej lateralizację. Od wczesnego dzieciństwa Ewa wydawała się być leworęczna (a że ta pani pracuje z nią odkąd córka skończyła 14 miesięcy, to miała kiedy ją obserwować

), natomiast ostatnio coraz częściej bierze kredkę/ołówek do prawej ręki lub przekłada z lewej do prawej. My nigdy nie staraliśmy się jej w żaden sposób kierunkować pod tym względem, zgodnie z sugestiami, że "ma jeszcze czas i powinno ustalić się samo". Tymczasem zamiast się ustabilizować, to jest coraz większy bałagan jeśli chodzi o dominującą rękę.
Wiemy, że przedszkole nie próbuje jej przestawiać na prawą rękę, ale może ona sama sugeruje się koleżankami/kolegami - trudno powiedzieć. Panie w przedszkolu, poproszone o ocenę tego zjawiska, stwierdziły, że przynajmniej w zakresie ręki trudno im ocenić, która jest sprawniejsza, ale też że córka ma jeszcze czas i nie ma się co tym przejmować. Z kolei nasza psycholog spoza przedszkola twierdzi (i w sumie słusznie), że trenowanie motoryki obu rąk (pod kątem pisania) sprawia, że trzeba będzie wykonać dwa razy więcej pracy, żeby osiągnąć ten sam poziom.
Googlałam, co na ten temat "twierdzi" internet i znalazłam jakieś testy na ocenę tego, która ręka jest dominująca - spróbuję je wykonać. Ale druga kwestia jest taka: kiedy zacząć córkę pilnować, żeby używała tylko tej dominującej ręki? Teraz ma pięć lat (skończone w marcu), ale jeśli chodzi o motorykę małą, to jest fatalnie

Boję się, że brak faworyzowanej ręki + kiepski poziom wyjściowy sprawią, że nie ogarnie pisania w odpowiednim czasie.
Spotkałyście się może z podobnym problemem u Waszych dzieci?