frey.a86
04.06.18, 13:46
Lato w pełni, więc na obiad zaplanowałam kotlety z kurczaka z fasolką szparagową oraz barszczyk z botwinki i soku z kiszonych buraków. Godzinę spędziłam w kuchni siekając i krojąc te wszystkie warzywa i płucząc je mozolnie w umywalce. Rosół na zupę wstawiony, kotlety podszykowane, ziemniaki obrane, fasola pokrojona, kapusta posiekana, została tylko botwina. Biorę dorodny pęk do ręki, siekam, wkładam do sitka, płuczę intensywnie, wrzucam na patelnię z masłem celem podduszenia, sitko zamierzałam właśnie umyć w zlewie, spojrzałam na nie i zamarłam... Na dnie sitka był obrzydliwy, wstrętny, ruszający się KARALUCH!!! Dziwię się, że policja jeszcze nie przyjechała, bo ktoś powinien był zadzwonić słysząc wrzask, który z siebie wydałam. Matko, jakie to wstrętne, botwina oczywiście poszła do ubikacji, patelnia wymyta, siatki przejrzane, karaluch z rozpędu i braku pomyślunku został spłukany w zlewie i teraz siedzę i dumam, czy on czasem z tego zlewu nie wypełznie? Zalałam odpływ domestosem i kretem, więc powinno go to ubić.
Obiadu dzisiaj nie jem, botwiny nie tknę już chyba nigdy. Chciałam się wyżalić, bo komuś muszę.