Piszę pod zmienionym nickiem. Ematka niejednokrotnie przeprowadziła skrupulatną psychoanalizę liczę na to teraz - chciałabym dojść do sedna "problemu", a samodzielne myślenie prowadzi mnie w którymś momencie na manowce.
Otóż mam 40 lat, jestem matką nastolatka, szczęśliwą żoną fajnego faceta, mam pracę, w której czuję się dobrze.
Mam natomiast problem z postrzeganiem siebie, jako kobiety. Dotyczy to sfery fizycznej - a może i psychicznej też. Przejawia się to głównie w sferze doboru garderoby - odkąd pamiętam chodziłam ubrana raczej w stylu mało kobiecym - dżinsy, tenisówki glany, koszule, swetry, t-shirty. Czasy liceum to czasy ganów, swetrów do kolan i dżinsów, makijaż raczej z tych odstraszających - ale tak chodziłyśmy wszystkie. Potem studia - na studiach zaczęłam czuć się nieswojo z moim młodzieżowym, sportowym stylem - dziewczyny chodziły ślicznie ubrane, były kobiece i ładne, ja czułam się bezpłciowo. Co ciekawe - zawsze cieszyłam się sporym zainteresowaniem płci przeciwnej, mimo tego, jak się ubierałam i jak sama się ze sobą czułam. Na 1 roku studiów bardzo chciałam przestać odstawać. Próbowałam coś kombinować z obcasami, spódnicami, ale efekt był dziwny - czułam się, jakbym robiła coś niestosownego, jakbym wystawiała się na ogląd i ocenianie. Podobnie mam do dziś - i już bardzo, ale to bardzo mi to przeszkadza

Siedzę od godziny w necie i oglądam obcasy - za każdym razem, jak próbuję sobie siebie wyobrazić w spódnicy ołówkowej, szpilce itd włącza mi się myśl - gdzie, jaaaaaa???
Kiedy skobiecałyście? Jak zniosłyście komentarze otoczenia ("coś Ty się tak wystroiła")?
Czy ktoś miał podobnie, i wyszedł z tego impasu?
Przeczytałam mnóstwo archiwalnych wątków o ciuchach, wiem, że część z Was chodzi do dziś w glanach i adidasach i nie czuje się z tym źle - sęk w tym, że ja się czuję bardzo źle, ale w innej wersji się nie widzę. Powoduje to rosnącą frustrację.
Od czego zacząć drogie Bravo?!