Dodaj do ulubionych

A'propos wyborów

22.10.18, 08:31
Ale wcale nie tylko: polecam z całych sił tekst Anny Applebaum z ostatniego Świątecznego.
O tym, co się zmieniło w czasie ostatnich 20 lat. O tym, że byc może polityka nie jest linearna, ale cykliczna. O tym, dlaczego jest podważana demokracja i merytokracja.
Obserwuj wątek
    • tanebo5.0 Re: A'propos wyborów 22.10.18, 08:36
      Wklej bo nie mam dostępu.
      • maslova Re: A'propos wyborów 22.10.18, 08:57
        Ludzie, którzy witali w moim domu nowe tysiąclecie nie przekroczyliby już mojego progu, a nawet nie chcieliby się przyznać, że kiedykolwiek tu byli. Z grubsza połowa gości naszej imprezy nie zamieniłaby dzisiaj słowa z pozostałą połową.
        Czytasz ten artykuł, bo jesteś prenumeratorem Wyborczej. Dziękujemy!

        31 grudnia 1999 r. urządziliśmy sylwestra. Koniec tysiąclecia i początek następnego ludzie chcieli uczcić w jakimś egzotycznym miejscu. Nasze przyjęcie spełniało to kryterium. Wydaliśmy je w Chobielinie – dworku w północno-zachodniej Polsce, który kupili mój mąż i jego rodzice – wówczas zapleśniałej ruinie. Powolutku odrestaurowaliśmy ten dom. W 1999 r. nie był jeszcze gotowy, ale miał już dach oraz wielki, odmalowany i nieumeblowany salon – idealny na przyjęcie.

        Goście byli rozmaici: zaprzyjaźnieni dziennikarze z Londynu i Berlina, paru dyplomatów urzędujących w Warszawie, dwoje przyjaciół przyleciało z Nowego Jorku. Ale w większości byli to Polacy, nasi przyjaciele i koledzy mojego męża, wówczas wiceministra spraw zagranicznych. Była też garstka młodych polskich dziennikarzy – żaden nie był szczególnie sławny – wraz z kilkoma urzędnikami państwowymi i jednym czy dwoma członkami rządu.

        Większość z nich można było z grubsza zaliczyć do kategorii nazywanej przez Polaków prawicą – konserwatystów, antykomunistów. W tamtym jednak czasie można też było określić większość moich gości mianem liberałów – wolnorynkowych bądź klasycznych – a może thatcherystów. Nawet ci, którzy mieli mniej zdecydowane poglądy ekonomiczne, z pewnością wierzyli w demokrację, w rządy prawa, w Polskę należącą do NATO i zmierzającą do członkostwa w Unii Europejskiej. W latach 90. ubiegłego wieku to właśnie określało „prawicę”.

        Przyjęcie było trochę improwizowane. W wiejskiej Polsce lat 90. nie istniał catering, więc przyrządziłyśmy z teściową kadzie gulaszu wołowego i pieczonych buraków. Brakowało hoteli, zatem naszych stu kilku gości zamieszkało w wiejskich domach albo u przyjaciół w pobliskim mieście. Przygotowałam listę, kto ma się gdzie zatrzymać, ale i tak parę osób spało na kanapie w naszej piwnicy.

        Różnice kultur ujawniły się tylko przy muzyce – mikstejpach skompilowanych przed erą Spotify. Piosenki pamiętane przez moich amerykańskich przyjaciół z lat uniwersyteckich były inne od tych, które pamiętali z tych czasów Polacy, trudno więc było wspólnie tańczyć.

        W pewnej chwili poszłam na górę i dowiedziałam się, że ustąpił Borys Jelcyn. Napisałam krótki komentarz do brytyjskiej gazety, po czym wróciłam do gości na kolejny kieliszek wina. Około trzeciej nad ranem trochę zwariowana Polka wyjęła z torebki pistolecik i zaczęła strzelać w powietrze ślepakami.
        O czym przeczytacie w nowym
        Czytaj także:
        O czym przeczytacie w nowym "Dużym Formacie"? Już w poniedziałek jedyny taki magazyn reportażu

        Przyjęcie trwało całą noc, przeciągnęło się do wczesnego obiadu po południu. Zapamiętałam ówczesny nastrój optymizmu, wszak odbudowaliśmy dom, przyjaciele odbudowywali kraj. Szczególnie wyraźnie pamiętam przechadzkę po śniegu (dzień wcześniej, a może dzień po) – wszyscy z naszej grupy gadali jednocześnie, angielski i polski mieszały się i niosły echem po brzozowym lasku. Wówczas, tuż przed przystąpieniem Polski do Zachodu, czuło się, że wszyscy jesteśmy drużyną. Łączyły nas poglądy na demokrację i na to, jaką drogę obrać do ekonomicznej pomyślności – byliśmy zgodni, że sprawy idą w dobrym kierunku.
        Przyjaciele poszli do PiS. I koniec rozmów

        Dzisiaj, kilkanaście lat później, wolałabym przejść na drugą stronę ulicy, by uniknąć spotkania z niektórymi uczestnikami owego sylwestra. Oni zaś nie przekroczyliby już progu mojego domu, a nawet nie chcieliby się przyznać, że kiedykolwiek tu byli. Z grubsza połowa gości naszej imprezy nie zamieniłaby dzisiaj słowa z pozostałą połową.

        To podział polityczny, nie osobisty. Polska jest teraz jednym z najbardziej spolaryzowanych społeczeństw w Europie. Stoimy nagle na przeciwnych brzegach głębokiej przepaści; dzieli ona nie tylko niegdysiejszą polską prawicę, ale także dawną prawicę węgierską, włoską oraz – przy pewnych różnicach – prawicę brytyjską i amerykańską.

        Niektórzy z naszych sylwestrowych gości, podobnie jak mąż i ja, nadal są zwolennikami centroprawicy proeuropejskiej, prorynkowej, popierającej rządy prawa. Pozostają w partiach politycznych mniej lub bardziej utożsamiających się z europejskimi chrześcijańskimi demokratami, z liberalnymi partiami Niemiec i Holandii, z Partią Republikańską Johna McCaina. Niektórzy uważają się dziś za centrolewicę. Inni jednak przerzucili poparcie na rodzimą partię Prawo i Sprawiedliwość, która radykalnie odeszła od stanowiska, które zajmowała, kiedy po raz pierwszy krótko rządziła w latach 2005-07 i kiedy miała prezydenta w latach 2005-10.
        Anne Applebaum
        Czytaj także:
        Anne Applebaum: Obiecałam rodzicom, że będę w Polsce dwa lata [CZŁOWIEK ROKU "WYBORCZEJ"]

        PiS wyznaje dzisiaj nowe idee – nie tylko ksenofobiczne i pełne podejrzliwości wobec reszty Europy, ale też jawnie autorytarne. Po zdobyciu nieznacznej większości parlamentarnej w 2015 r. przywódcy tej partii złamali konstytucję, wyznaczając nowych sędziów Trybunału Konstytucyjnego. Później za pomocą podobnego niekonstytucyjnego scenariusza obsadzili Sąd Najwyższy. Partia przejęła państwową Telewizję Polską; wyrzuciła z pracy popularnych prezenterów; uprawia na koszt podatnika bezwstydną propagandę upstrzoną łatwymi do zdemaskowania kłamstwami. Rząd okrył się międzynarodową niesławą, gdy wprowadził prawo ograniczające publiczną debatę o Holocauście. Chociaż pod amerykańskim naciskiem ustawę w końcu zmieniono, miała ona szerokie poparcie ideologicznej bazy PiS – wśród dziennikarzy, pisarzy i intelektualistów, w tym niektórych gości mojego sylwestra, przekonanych, że antypolskie siły usiłują przypisać Polsce odpowiedzialność za Auschwitz.

        Z powodu takich poglądów trudno mi z niektórymi z owych gości rozmawiać o czymkolwiek. Od czasu histerycznej rozmowy w kwietniu 2010 r., kilka dni po katastrofie pod Smoleńskiem, ani razu nie rozmawiałam z niegdyś jedną z moich najbliższych przyjaciółek, matką chrzestną jednego z moich dzieci – nazwijmy ją Martą. W następnych latach Marta zbliżyła się do brata bliźniaka prezydenta, który wówczas zginął – przywódcy PiS Jarosława Kaczyńskiego. Zaprasza go na obiady i omawia z nim, kogo powinien mianować do rządu. Usiłowałam się z nią ostatnio zobaczyć w Warszawie, ale odmówiła. – O czym mamy rozmawiać? – spytała i zamilkła.

        Kobieta, która podczas naszego sylwestra strzelała w powietrze, z czasem rozeszła się z mężem Brytyjczykiem. Dzisiaj zdaje się poświęcać cały czas na internetowe trollowanie, fanatycznie propagując teorie spiskowe, w tym wiele zjadliwie antysemickich. Tweetuje o żydowskiej odpowiedzialności za Holocaust; niegdyś zamieściła kopię średniowiecznego malowidła angielskiego przedstawiającego chłopca rzekomo ukrzyżowanego przez Żydów z komentarzem: „A dziwią się, że ich wygnano”. Idzie w ślady luminarzy amerykańskiej alternatywnej prawicy (alt-right), a nawet wzmacnia jej język.
        Anne Applebaum i Radosław Sikorski
        wywiad
        Czytaj także:
        Anne Applebaum: dla świata Amerykanka, w Polsce: Żydówka. Tylko tu określają ją jej rodzinne korzenie [CZŁOWIEK ROKU "WYBORCZEJ"]

        Przypadkiem wiem, że obie te kobiety są skłócone ze swoimi dziećmi ze względu na poglądy polityczne. Tego rodzaju myślenie poróżniło rodziny i przyjaciół. Mamy koło Chobielina sąsiadkę, której rodzice słuchają prorządowego, katolickiego i rozpowszechniającego teorie spiskowe Radia Maryja. Powtarzają mantry tego radia, a jego wrogów uznają za własnych. Sąsiadka powiedziała mi: – Straciłam matkę, żyje w innym świecie.

        Muszę tu wyjaśnić, że nie jestem bezstronna, gdyż część owego spiskowego myślenia skupia się na mnie. Mój mąż był przez półtora roku ministrem obrony w koalicyjnym rządzie kierowanym przez PiS, gdy partia ta pierwszy raz sprawowała przez krótki czas władzę; później zerwał z nią i przez siedem lat był ministrem spraw zagranicznych w koalicy
        • maslova Re: A'propos wyborów 22.10.18, 08:57
          To nie rok 1937. Ale jest podobnie

          W słynnym dzienniku z lat 1935-44 rumuński pisarz Mihail Sebastian odnotował jeszcze bardziej radykalną zmianę w swoim kraju. Sebastian także był Żydem, a większość jego przyjaciół, podobnie jak moich, zaliczała się do prawicy. Opisywał, jak przyciągała ich jednego po drugim – jak płomień przyciąga ćmy – ideologia faszystowska. Odtwarzał tę arogancję i pewność siebie, której nabywali, kiedy porzucali tożsamość Europejczyków – podróżujących do Paryża wielbicieli Prousta – w zamian uznając się za Rumunów „z krwi i ziemi”. Słuchał, jak zagłębiali się w teorie spiskowe, obserwował ich rosnące zwykłe okrucieństwo. Ludzie, których znał od lat, nagle lżyli go prosto w twarz, po czym zachowywali się, jakby nic się nie stało. „Czy możliwa jest przyjaźń z ludźmi, którzy mają zupełnie obce myśli i uczucia – tak obce, że wystarczy, bym stanął w drzwiach, żeby nagle zamilkli ze wstydu i zakłopotania?” – pisał w 1937 r.
          Anne Applebaum
          wywiad
          Czytaj także:
          Anne Applebaum: Polacy, Rosja wyciąga was z Europy. Naprawdę tego nie widzicie?

          To nie jest rok 1937. Jednak podobne przemiany zachodzą dzisiaj w Europie, w której mieszkam, i w Polsce, której obywatelstwo otrzymałam. Przemian tych nie da się uzasadnić kryzysem gospodarczym, który ogarnął Europę w latach 30. ubiegłego wieku. Nawet po globalnym załamaniu finansowym 2008 r. Polska nie przeżyła żadnej recesji. Co więcej, wcale nie odczuła fali uchodźców, która uderzyła w inne kraje europejskie. Nie ma obozów dla migrantów, nie ma islamskiego ani żadnego innego terroryzmu.

          Jeszcze ważniejsze jest to, że ludzie, o których tu piszę, rodzimi ideolodzy – chociaż może nie odnoszą takich sukcesów, jakich by chcieli (o czym za chwilę) – nie są ani biedakami, ani mieszkańcami wsi. W żadnym sensie nie są ofiarami politycznej transformacji ani zubożałą podklasą. Przeciwnie, są wykształceni, znają języki obce, podróżują za granicę – zupełnie jak przyjaciele Sebastiana w latach 30. XX wieku.

          Jakie są przyczyny tych przemian świadomości? Czy niektórzy z naszych przyjaciół zawsze byli ukrytymi zwolennikami autorytaryzmu? Czy może ludzie, z którymi wznosiliśmy toast w pierwszych chwilach nowego tysiąclecia, zmienili się w ciągu kolejnych 20 lat? Sądzę, że wyjaśnienie jest skomplikowane i uniwersalne. W odpowiednich warunkach każde społeczeństwo może się zwrócić przeciwko demokracji. Jeśli można jakieś wnioski wysnuć z historii – to wszystkie społeczeństwa z czasem to zrobią.
          Afera Dreyfusa i honor narodu

          Zanim przejdę dalej – rzecz warta przypomnienia: otóż to wszystko już kiedyś się zdarzyło. Głębokie zwroty polityczne – wydarzenia, które nagle rozdzierają rodziny i przyjaciół, idą w poprzek społecznych podziałów klasowych, dramatycznie zmieniają sojusze polityczne – nie są co prawda w Europie codziennością, ale wcale nie są nieznane. Mało w ostatnich latach poświęca się uwagi wielkiemu konfliktowi w XIX-wiecznej Francji, choć stanowił on zapowiedź wielu sporów publicznych XX wieku i odbija się wyraźnym echem do dziś.
          Ten ogień podpalił świat. 121 lat sprawy Dreyfusa
          Czytaj także:
          Ten ogień podpalił świat. 121 lat sprawy Dreyfusa

          Afera Dreyfusa rozpoczęła się w roku 1894, kiedy wykryto, że we francuskiej armii ktoś zdradzał informacje Niemcom, które ćwierć wieku wcześniej pokonały Francję, po czym okupowały Alzację i Lotaryngię. Francuski wywiad twierdził, że wyśledził sprawcę. Kapitan Alfred Dreyfus był Alzatczykiem, mówił z niemieckim akcentem, oraz był Żydem, a zatem dla niektórych nie był prawdziwym Francuzem. Okazało się w końcu, że był niewinny. Ale w efekcie sfabrykowanych przez śledczych dowodów i ich fałszywych zeznań sąd wojskowy skazał Dreyfusa na zsyłkę w odosobnieniu na Diabelskiej Wyspie u wybrzeży Gujany Francuskiej.

          Afera podzieliła francuskie społeczeństwo wedle linii znanych i dzisiaj. Ci, którzy uznawali winę Dreyfusa, byli swoistą alternatywną prawicą tamtych czasów, jak dzisiaj PiS czy francuski Front Narodowy. Propagowali teorię spiskową. Na jej rzecz krzyczały nagłówki żółtej prasy prawicowej – XIX-wiecznej wersji współczesnych, skrajnie prawicowych trolli. Przywódcy tego obozu kłamali w imię honoru armii, a ich zwolennicy upierali się – przekonani, że tego wymaga narodowa lojalność – iż Dreyfus jest zdrajcą, nawet wtedy, gdy fałszywe oskarżenie zostały już zdemaskowane.

          Dreyfus nie był szpiegiem. Żeby udowodnić, co było nie do udowodnienia, antydreyfusowcy dopuszczali się nie tylko obrazy prawa, ale nawet racjonalnego myślenia. W stan podejrzenia postawili wręcz naukę, dlatego że wyrażała to co nowoczesne i uniwersalne, stając w konflikcie z emocjonalnym kultem przodków i macierzy. Jak pisał jeden z antydreyfusowców, „w każdej pracy naukowej” jest coś „groźnego” i „przypadkowego”.

          Dreyfusowcy natomiast dowodzili, że niektóre zasady są ważniejsze niż honor narodu, że istota rzeczy polega na tym, czy Dreyfus jest winny, czy niewinny. I przede wszystkim – że państwo francuskie ma obowiązek jednakowo traktować wszystkich obywateli niezależnie od ich wyznania. Oni także byli patriotami, ale innego rodzaju. Pojmowali naród nie jako etniczny klan, lecz jako ucieleśnienie ideałów sprawiedliwości, uczciwości, neutralności sądów. Była to wizja bardziej abstrakcyjna, intelektualna, trudniejsza do uchwycenia, ale niepozbawiona zdolności przekonywania.
          Anne Applebaum
          wywiad
          Czytaj także:
          Anne Applebaum: Polska poza Unią Europejską jest ceną, jaką Kaczyński jest gotowy zapłacić za stworzenie jednopartyjnego państwa

          Te dwie wizje rozdarły Francję na pół. Szalały emocje. W paryskich domach wybuchały kłótnie. Rodziny przestawały ze sobą rozmawiać, niekiedy na pokolenia. Podział ten wciąż się czuło w XX-wiecznej polityce, w sprzecznych ideologiach Vichy i francuskiego ruchu oporu. Trwa on do dzisiaj, widoczny w zmaganiach między nacjonalizmem „Francji dla Francuzów” Marine Le Pen a wizją Francji otwartej Emmanuela Macrona opartej na zbiorze wartości abstrakcyjnych: sprawiedliwości, uczciwości, neutralności sądów oraz globalizacji i integracji.

          Dla mnie afera Dreyfusa jest najbardziej interesująca dlatego, że została wywołana tylko z jednej przyczyny. Jedna głośna sprawa sądowa, jeden sporny proces pogrążył kraj we wściekłej awanturze i stworzył niedające się zasypać przepaści między ludźmi, którzy wcześniej nie uświadamiali sobie dzielących ich różnic. Owe całkowicie odmienne wyobrażenia o tym, czym jest Francja, musiały więc istnieć wcześniej i czekać na ujawnienie się. Podobnie 20 lat temu musiały już istnieć odmienne wyobrażenia o tym, czym jest Polska – aż zostały ożywione i wzmocnione za sprawą przypadku, nowych okoliczności lub osobistych ambicji.
          • maslova Re: A'propos wyborów 22.10.18, 08:57
            Leninowskie państwo jednopartyjne

            Być może nie ma w tym nic dziwnego. Wszak rdzeniem tych sporów – czy to we Francji lat 90. XIX wieku, czy w Polsce lat 90. XX wieku – są ważne pytania: kto definiuje naród? kto więc ma narodem rządzić? Przez wiele lat sądziliśmy, że są to kwestie już dawno rozstrzygnięte. Ale właściwie dlaczego miałyby być rozstrzygnięte kiedykolwiek?

            Monarchia, tyrania, oligarchia, demokracja – wszystkie te ustroje znał już Arystoteles ponad 2 tys. lat temu. Jednak nieliberalne państwo jednopartyjne – dzisiaj istniejące w całym świecie; to choćby Chiny, Wenezuela, Zimbabwe – pierwszy wymyślił i stworzył Lenin w Rosji w 1917 r. W przyszłych podręcznikach nauk politycznych założyciel ZSRR zostanie na pewno zapamiętany nie z powodu swoich marksistowskich przekonań, lecz właśnie dlatego, że wynalazł tę trwałą formę organizacji politycznej. Model, który dzisiaj naśladuje wielu początkujących autokratów.
            Włodzimierz Lenin przemawia w Moskwie w maju 1920 r. do żołnierzy Armii Czerwonej wyruszających na front trwającej w Rosji wojny domowej.
            Czytaj także:
            Rewolucja październikowa. Niemieckie miliony wyniosły Lenina do władzy. "Robi dokładnie to, czego sobie życzymy"

            W odróżnieniu od marksizmu leninowskie państwo jednopartyjne nie jest filozofią. Stanowi mechanizm utrzymania władzy. Jest skuteczne, bo jasno definiuje, kto ma być elitą – polityczną, kulturalną, finansową. W monarchiach, takich jak przedrewolucyjna Francja i Rosja, prawo do rządzenia przysługiwało arystokracji, która definiowała siebie za pomocą surowych kodeksów pochodzenia i etykiety. We współczesnych demokracjach zachodnich prawo do rządzenia, przynajmniej w teorii, wynika z rozmaitych form konkurencji: prowadzenia kampanii i wyborów; merytokratycznych testów określających dostęp do wyższego wykształcenia i do służby cywilnej, z wolnego rynku.

            Hierarchie społeczne w starym stylu także zwykle zależą od tej mieszaniny czynników, ale we współczesnej Wielkiej Brytanii, Ameryce, Niemczech, we Francji, a do niedawna też w Polsce, przyjmowaliśmy, że konkurencja jest najbardziej sprawiedliwą i efektywną metodą dystrybucji władzy. Zarabiać najwięcej powinny więc przedsiębiorstwa najlepiej prowadzone. Rządzić powinni politycy najbardziej przekonujący i kompetentni. Rywalizacja między nimi powinna przebiegać na zasadzie wyrównanych szans, żeby zapewnić sprawiedliwy wynik.

            Jednopartyjne państwo Lenina było oparte na odmiennych wartościach. Obaliło porządek arystokratyczny. Nie zastąpiło go jednak modelem konkurencyjnym. Bolszewickie państwo jednopartyjne nie było jedynie niedemokratyczne; było też antykonkurencyjne i antymerytokratyczne. Miejsca na uniwersytetach, stanowiska w służbie cywilnej, w rządach i w przemyśle nie przypadały ludziom najzdolniejszym ani najbardziej pracowitym. Przypadały najbardziej lojalnym. Awansowali, bo byli gotowi podporządkować się regułom członkostwa w partii.
            Jarosław Kaczyński
            Czytaj także:
            Rządzą późne wnuki Lenina

            Reguły te zmieniały się w czasie, ale pod pewnymi względami były niezmienne. Zazwyczaj wykluczały dawną elitę rządzącą i jej dzieci oraz podejrzane grupy etniczne. Sprzyjały dzieciom klasy robotniczej. A nade wszystko tym, którzy głośno deklarowali polityczną wiarę, brali udział w zebraniach partyjnych, publicznie demonstrowali swój entuzjazm. W odróżnieniu od zwykłej oligarchii państwo jednopartyjne umożliwia mobilność pionową – prawdziwie „wierzący” mogą awansować. Jak pisała Hannah Arendt jeszcze w latach 40. XX wieku, najgorsza odmiana państwa jednej partii „zastępuje wszystkie pierwszorzędne talenty, niezależnie od ich sympatii, świrami i głupcami, u których brak inteligencji i kreatywności jest najlepszą gwarancją lojalności”.

            System jednopartyjny był też odbiciem wrogości Lenina wobec idei neutralnego państwa, apolitycznych urzędników służby cywilnej i obiektywnych mediów. Pisał, że wolność prasy „jest oszustwem”. Wyszydzał wolność zgromadzeń jako „pusty frazes”. Sama zaś demokracja parlamentarna była wedle niego jedynie „mechanizmem ucisku klasy robotniczej”. Dla bolszewików prasa jest wolna, a instytucje są sprawiedliwe tylko pod warunkiem, że kontroluje je klasa robotnicza – za pośrednictwem partii.
            Ludzie, którzy sądzą, że zasługują na władzę
            Timothy Garton Ash
            Czytaj także:
            Kaczyński i Orban wzięli całą władzę. Unia przegrała w szachy z kickbokserem

            Ta parodia opartych na konkurencji instytucji „demokracji burżuazyjnej” i kapitalizmu miała też od dawna wersję prawicową. Zwykle jako przykład wymienia się Niemcy hitlerowskie. Ale jest wiele innych. Południowa Afryka w okresie apartheidu była w rzeczywistości państwem jednej partii korumpującym prasę i sądownictwo w celu wykluczenia czarnych z życia politycznego i wspierania interesów Afrykanerów, czyli białych wywodzących się głównie z osadników holenderskich, którzy nie radzili sobie w kapitalistycznej gospodarce utworzonej przez imperium brytyjskie.

            Dzisiaj w Europie są u władzy dwie nieliberalne partie: PiS w Polsce oraz Fidesz, partia Viktora Orbána, na Węgrzech. W Austrii i we Włoszech podobne partie wchodzą w skład rządzących koalicji albo cieszą się szerokim poparciem. Istnienie przeciwników politycznych tolerują, ale chwytają się wszelkich środków, legalnych i nielegalnych, żeby osłabiać zdolność oponentów do działania oraz ograniczać konkurencję w polityce i gospodarce. Nie lubią inwestycji zagranicznych i krytykują prywatyzację, chyba że służy ich zwolennikom. Podważają merytokrację. Podobnie jak Donald Trump drwią z idei neutralności i profesjonalizmu dziennikarzy i służby cywilnej. Zniechęcają firmy do reklamowania się w „opozycyjnych”, traktowanych jako bezprawne mediach.

            Świętowanie rocznicy odzyskania niepodległości Węgier, Budapeszt, 16 marca 1989 r.Świętowanie rocznicy odzyskania niepodległości Węgier, Budapeszt, 16 marca 1989 r. Fot. Krzysztof Miller / Agencja Gazeta

            Znamienne, że jednym z pierwszych posunięć rządu PiS była zmiana na początku 2016 r. ustawy o służbie cywilnej ułatwiająca zwalnianie z pracy profesjonalistów i zatrudnianie funkcjonariuszy partyjnych. Polska służba zagraniczna zamierza też znieść wymóg znajomości przez dyplomatów dwóch języków obcych, co było za wysoką poprzeczką dla faworyzowanych kandydatów. Rząd usunął ze stanowisk szefów firm państwowych. Mieli oni przynajmniej jakieś doświadczenie w pracy rządowej czy gospodarczej, teraz zastąpili ich członkowie partii, ich krewni i znajomi. Typowy przykład to Janina Goss, przyjaciółka Kaczyńskiego, od której były premier pożyczył niegdyś dużą sumę, podobno na koszty kuracji swojej matki. Goss, biegła w robieniu konfitur i przetworów, została członkiem rady nadzorczej Polskiej Grupy Energetycznej, największej firmy energetycznej w kraju, zatrudniającej 40 tys. ludzi.

            Można to nazwać nepotyzmem, przejmowaniem przez państwo. Ale jeśli się uprzeć, można szukać określeń pozytywnych: koniec wreszcie ze wstrętną merytokracją i konkurencją, czyli z zasadami z definicji niekorzystnymi dla ludzi, którzy nie osiągają sukcesów. Taki system układów wykluczający konkurencję jest fatalny, jeśli chcesz żyć w społeczeństwie rządzonym przez ludzi utalentowanych. Ale jeżeli wcale nie to jest najważniejsze, to czym się tu przejmować?

            Jeżeli więc ktoś wierzy, jak dziś moi dawni przyjaciele, że Polsce będzie się wiodło lepiej, gdy rządzą nią ludzie, którzy na to zasługują – skoro głoszą swoisty patriotyzm i są lojalni wobec przywódcy partii albo, wedle samego Kaczyńskiego, są „lepszym sortem” Polaków – to państwo jednopartyjne jest właśnie BARDZIEJ sprawiedliwe niż demokracja oparta na konkurencji. Z jakiej racji pozwalać różnym partiom, by rywalizowały na równych prawach, jeśli tylko jedna ma moralne prawo do tworzenia rządu? Z jakiej racji pozwalać przedsiębiorstwom, by konkurowały na wolnym rynku, jeśli tylko niektóre są lojalne wobec partii, zasługują więc na bogacenie się?

            Poglądy takie wzmacnia rozpowszechnione w Polsce, na Węgrzech i w wielu innych krajach dawniej komunistycznych przekonanie,
            • maslova Re: A'propos wyborów 22.10.18, 08:58
              że reguły konkurencji są wadliwe z powodu nieuczciwych reform z lat 90. XX wieku, które pozwoliły wielu dawnym komunistom zamienić władzę polityczną na ekonomiczną.
              Stanisław Piotrowicz podczas konferencji klubu PiS
              Czytaj także:
              Dyktatura Tylawy [TOCHMAN]

              Argumentacja ta, która wydawała się ważna przed ćwierćwieczem, dziś jest raczej kiepska i pozorna. Co najmniej od 2005 r. Polską rządzili prezydenci i premierzy, których polityczne biografie mają początek w antykomunistycznym ruchu „Solidarności”. Nie ma też w Polsce żadnego potężnego postkomunistycznego monopolu – przynajmniej na poziomie ogólnokrajowym, gdzie mnóstwo ludzi dorobiło się bez szczególnych powiązań politycznych. Uderzające, że najbardziej znanym byłym komunistą w polityce jest teraz poseł PiS Stanisław Piotrowicz – wielki wróg (co pewnie niedziwne) niezależnego sądownictwa.

              Jednak prawicowi intelektualiści z mojego pokolenia wciąż wyznają przekonanie o trwałych wpływach i układach komunistycznych. Niektórym chyba pomaga to wytłumaczyć ich osobiste niepowodzenia lub zwykły brak szczęścia. Nie każdy dysydent z lat 70. ubiegłego wieku mógł po 1989 r. zostać premierem, autorem bestsellerów czy powszechnie szanowanym intelektualistą. Wielu z nich żywi więc palącą urazę. Jeżeli sądzisz, że zasługujesz na udział we władzy, to masz silną motywację, by atakować elity, ustawiać sądy czy manipulować prasą dla zaspokojenia swoich ambicji. Urazy, zawiść, a nade wszystko przeświadczenie, że „system” jest niesprawiedliwy – to ważne emocje intelektualistów polskiej prawicy.
              Bracia Kurscy – awers i rewers

              Nie chcę przez to powiedzieć, że nieliberalne państwo jest pozbawione rzeczywistej atrakcyjności. Jednak przynosi także osobiste korzyści niektórym swoim zwolennikom – dlatego oddzielenie motywacji politycznych od osobistych jest niezwykle trudne. Przykładem jest historia Jacka Kurskiego, szefa telewizji państwowej i ideologa polskiego państwa nieliberalnego. Zaczynał w tym samym miejscu i czasie co jego brat Jarosław Kurski, redaktor największego i najbardziej wpływowego polskiego dziennika liberalnego. Są oni awersem i rewersem tej samej monety.
              Wiara Jacka Kurskiego góry potrafi przenosić, ale nie wyklucza herezji, a i apostazja nie jest mu obca. Wyniki TVP coraz gorsze, ale prezes jest bezpieczny...
              Czytaj także:
              Czy Kaczyński wie, że Kurski w TVP robi go w konia?

              Aby zrozumieć braci Kurskich, trzeba wiedzieć, że pochodzą z Gdańska, gdzie dźwigi portowe wznoszą się jak ogromne bociany nad hanzeatyckimi fasadami domów. Kurscy dorastali tam na początku lat 80. ubiegłego wieku, kiedy miasto było zarówno ośrodkiem antykomunistycznej działalności, jak i dość prowincjonalnym miejscem, gdzie w równych dawkach odmierzało się intrygi i nudę.

              W tamtym szczególnym czasie i miejscu bracia Kurscy się wyróżniali. Senator Bogdan Borusewicz, wówczas jeden z przywódców związkowego podziemia, powiedział mi, że ich szkoła, tzw. Topolówka, była znana z antykomunistycznej „rewolty”. Jarosław reprezentował swoją klasę w szkolnym parlamencie i z grupą kolegów o nastawieniu konserwatywnym zaczytywał się w historii i literaturze. Jacek, nieco młodszy, mniej interesował się intelektualną batalią z komunizmem, uważał się za aktywistę i radykała. Gdy wprowadzono stan wojenny, bracia brali udział w protestach ulicznych z hasłami i flagami. Obaj najpierw redagowali nielegalne pisemko szkolne, a potem nielegalne pismo zarządu regionu gdańskiego podziemnej „Solidarności” (o tym samym tytule).

              W październiku 1989 r. Jarosław został rzecznikiem prasowym Lecha Wałęsy, przywódcy „Solidarności”, który po powstaniu pierwszego niekomunistycznego rządu Tadeusza Mazowieckiego poczuł się odstawiony na boczny tor. W chaosie wywołanym przez rewolucyjne reformy gospodarcze i gwałtowne zmiany polityczne zabrakło bowiem dla niego oczywistej roli. Pod koniec 1990 r. Wałęsa wygrał wybory prezydenckie m.in. dzięki zmobilizowaniu ludzi, którzy odrzucali wynegocjowany kompromis towarzyszący upadkowi komunizmu w Polsce (np. odstąpienie od uwięzienia czy karania byłych komunistów). Doświadczenie to uświadomiło Jarosławowi, że nie lubi polityki, a zwłaszcza polityki resentymentu: „Zobaczyłem, na czym naprawdę polega robienie polityki… brudne intrygi, szukanie haków, kampanie pomówień”. Wtedy też po raz pierwszy zetknął się z Kaczyńskim – „mistrzem w tej dziedzinie. W jego politycznym myśleniu nie istnieje przypadek… Jeżeli coś się dzieje, to ktoś musi maczać w tym palce. Jego ulubiony wyraz to układ ”.

              (Jacek Kurski nie chciał ze mną rozmawiać. Wspólny przyjaciel dał mi numer jego telefonu komórkowego. Napisałam do niego SMS, potem kilka razy dzwoniłam i zostawiałam wiadomości. Zadzwoniłam znowu i ktoś zachichotał, kiedy podałam swoje nazwisko, głośno je powtórzył i powiedział: „Oczywiście, oczywiście. Naturalnie prezes oddzwoni”. Ale nigdy nie oddzwonił).
              Mieczysław Rakowski podczas ostatniego zjazdu PZPR w styczniu 1990 roku
              Czytaj także:
              Mądry rok 1989. Tak się kończył PRL

              W końcu Jarosław odszedł do „Gazety Wyborczej” założonej w czasie pierwszych częściowo wolnych wyborów w 1989 r. Jak mi powiedział, w nowej Polsce chciał współtworzyć wolną prasę i to mu wystarczało. Jacek poszedł w przeciwnym kierunku. Powiedział bratu: „jesteś idiotą”, kiedy się dowiedział, że rzucił pracę u Wałęsy. A sam, choć był jeszcze w liceum, już się sposobił do kariery politycznej, sugerował nawet, że przejmie stanowisko po bracie na zasadzie, że nikt tego nie zauważy.

              Jarosław mówi mi, że Jacka zawsze „fascynowali” bracia Kaczyńscy, spiski i intrygi. Zaliczał się do prawicy, ale nie interesowały go szczególnie zakręty polskiego konserwatyzmu, książki czy dyskusje, które frapowały jego brata. Przyjaciółka obu braci powiedziała mi, że Jacek nie kieruje się żadną prawdziwą filozofią polityczną. „Konserwatysta? Nie sądzę, a przynajmniej nie według ścisłej definicji konserwatyzmu. Jest człowiekiem, który chce być na szczycie”. I począwszy od późnych lat 80. XX wieku, do tego właśnie dążył.

              Nie wystarczy jeden artykuł, by opisać całą późniejszą karierę Jacka. Z czasem zwrócił się przeciw Wałęsie, być może dlatego, że nie dał mu stanowiska, na które Jacek w swoim mniemaniu zasłużył. Ożenił się i rozwiódł, kilka razy pozywał do sądu gazetę swojego brata, a ona z kolei skarżyła jego. Był współautorem płomiennej książki i twórcą filmu o froncie tajnych sił przeciwko prawicy. Należał do rozmaitych partii lub frakcji, niekiedy zupełnie marginalnych, niekiedy bardziej centrowych. Został posłem do Parlamentu Europejskiego. Zaczął się specjalizować w tzw. czarnym PR. Słynna była jego akcja w celu storpedowania prezydenckiej kampanii Donalda Tuska (który potem został premierem) po części za pomocą plotki, że dziadek Tuska był ochotnikiem w Wehrmachcie. Pytany o ten wymysł miał powiedzieć grupce dziennikarzy, że to oczywiście nieprawda, ale „ciemny lud to kupi”. Borusewicz nazywa go „człowiekiem bez skrupułów”.
              • maslova Re: A'propos wyborów 22.10.18, 08:59
                Jacek nie zdobył powszechnego uznania, które jego zdaniem należy się aktywiście „Solidarności” ze stażem od nastolatka. Było to ogromne rozczarowanie. Jarosław mówi: „Przez całe życie wierzył, że należy mu się wielka kariera… że zostanie premierem, że jest predestynowany do wielkich rzeczy. Ale los zrządził, że spotykał go jeden zawód po drugim… Doszedł do wniosku, że to wielka niesprawiedliwość”. Za to Jarosław odniósł sukces, wszedł do establishmentu.

                W 2015 r. Kaczyński wyciągnął Jacka ze względnego zapomnienia na marginesach polityki i zrobił go szefem państwowej telewizji. On zaś zmienił Telewizję Polską nie do poznania, wyrzucając najbardziej znanych dziennikarzy i radykalnie zmieniając linię polityczną stacji. Mimo że TVP finansują podatnicy, nowe programy nawet nie udają obiektywizmu czy neutralności. Na przykład w kwietniu tego roku stacja zafundowała sobie szczególną autoreklamę. Pokazała klip z konferencji prasowej szefa partii opozycyjnej Grzegorza Schetyny. Pytany o to, co Platforma Obywatelska osiągnęła przez osiem lat rządów w latach 2007-15, Schetyna zastanawia się, marszczy brwi – wideo zwalnia i na tym się kończy. Wygląda więc na to, że Schetyna nie ma nic do powiedzenia.
                TVP Info uświadamia naród. Jacek Kurski odkrył, że wystarczy postraszyć obcym, żeby oglądalność rosła razem z sondażami PiS
                Czytaj także:
                TVP Info uświadamia naród. Jacek Kurski odkrył, że wystarczy postraszyć obcym, żeby oglądalność rosła razem z sondażami PiS

                W rzeczywistości mówił przez kilka minut i wymienił wiele osiągnięć, od intensywnej budowy dróg i inwestycji na wsiach, po sukcesy w polityce zagranicznej. Jednak ten zmanipulowany klip uznano za tak znakomity, że przez kilka dni tkwił na szczycie wpisów na Twitterze TVP. Pod rządami PiS telewizja państwowa nie produkuje jedynie reżimowej propagandy – ona wręcz celebruje fakt, że to robi. Nie ogranicza się do przekręcania i wypaczania informacji, lecz wręcz oszustwem się szczyci.

                Jacek – przez tyle lat głodny szacunku – bierze wreszcie odwet. Dotarł tam, gdzie sądzi, że powinien być – w centrum uwagi. Oto radykał ciskający – w przenośni – koktajlami Mołotowa w tłum. Nieliberalne państwo jednopartyjne całkowicie mu odpowiada. A jeżeli komunizm nie nadaje się już na rzeczywistego wroga, którego można z kolegami zwalczać, to trzeba poszukać nowych wrogów.
                Po Kłamstwie Wielkim – Kłamstwo Średnie

                Od Orwella do Koestlera europejscy pisarze XX wieku mieli obsesję Wielkiego Kłamstwa. Ogromne konstrukcje ideologiczne komunizmu i faszyzmu, plakaty wzywające do wierności Partii lub Wodzowi, maszerujące formacje brunatnych i czarnych koszul, marsze z pochodniami, siejące terror policje – te Wielkie Kłamstwa były tak absurdalne i nieludzkie, że ich narzucenie wymagało długotrwałego stosowania przemocy, a utrzymanie – gróźb jej użycia. Wymagały one przymusowej edukacji, totalnej kontroli nad kulturą, upolitycznienia dziennikarstwa, sportu, literatury i sztuki.

                Natomiast polaryzujące Europę ruchy polityczne w XXI wieku żądają od swoich zwolenników znacznie mniej. Nie wymagają wiary w rozbudowaną ideologię, nie potrzebują przemocy ani terroryzującej ludzi policji. Nie zmuszają ludzi do wiary, że czarne jest białe, że wojna jest pokojem ani że państwowe gospodarstwa rolne wyrabiają tysiąc procent planu. Przeważnie nie posługują się propagandą sprzeczną z codzienną rzeczywistością. A jednak wszystkie opierają się, jeśli nie na Wielkim Kłamstwie, to na Kłamstwie Średnim albo wiązce Kłamstw Średnich – terminy te podsunął mi kiedyś historyk Timothy Snyder. Innymi słowy, wszystkie te ruchy zachęcają zwolenników do zaangażowania się, przynajmniej częściowo, w rzeczywistość alternatywną. Niekiedy powstałą w sposób naturalny, ale częściej starannie sformułowaną za pomocą nowoczesnych technik marketingowych, segmentacji odbiorców i kampanii w mediach społecznościowych.
                Anne Applebaum
                Czytaj także:
                Nieoświecony umysł Donalda Trumpa [APPLEBAUM]

                Amerykanie dobrze wiedzą, w jaki sposób kłamstwo zwiększa polaryzację i rozpala ksenofobię. Donald Trump wjechał do polityki na kłamstwie „złego urodzenia” („birtherism”) – o tym, że prezydent Barack Obama nie urodził się w Ameryce. Tej teorii spiskowej wówczas nie doceniano, ale utorowała ona drogę następnym kłamstwom – od „meksykańskich gwałcicieli” do „pizzagate”. W Polsce jednak, a także na Węgrzech, mamy obecnie przykłady tego, co się dzieje, kiedy Kłamstwo Średnie – teoria spiskowa – jest najpierw rozpowszechniane przez partię polityczną jako główny wątek jej kampanii wyborczej, a potem przez partię rządzącą, za którą stoi cała siła współczesnego scentralizowanego aparatu państwowego.

                Na Węgrzech kłamstwo nie jest oryginalne – jest nim przekonanie, podzielane przez Kreml oraz amerykańską alternatywną prawicę, o nadludzkiej potędze miliardera George’a Sorosa, węgierskiego Żyda, który jakoby spiskuje, by doprowadzić naród węgierski do upadku za pomocą umyślnego importu migrantów, mimo że w ogóle ich na Węgrzech nie ma.
                • maslova Re: A'propos wyborów 22.10.18, 08:59
                  W Polsce kłamstwo jest zaś jedyne w swoim rodzaju. Chodzi o teorię zamachu pod Smoleńskiem, przeświadczenie, że nikczemny spisek był przyczyną katastrofy prezydenckiego samolotu w kwietniu 2010 r. Historia ta ma szczególną siłę oddziaływania w Polsce, gdyż wypadek ten budzi niesamowite echa historyczne. Prezydent Lech Kaczyński leciał na uroczystość uczczenia ofiar zbrodni w Katyniu, gdzie w 1940 r. Stalin wymordował ponad 21 tys. Polaków – znaczną część polskiej elity. Na pokładzie samolotu były dziesiątki wysokich rangą wojskowych i polityków, z których wielu było moimi przyjaciółmi. Mój mąż sądzi, że znał wszystkich, z obsługą lotu włącznie.
                  Katastrofa smoleńska. Dopóki nie uporamy się ze swoimi demonami, żadna prawda nas nie wyzwoli
                  wywiad
                  Czytaj także:
                  Katastrofa smoleńska. Dopóki nie uporamy się ze swoimi demonami, żadna prawda nas nie wyzwoli

                  Katastrofa wywołała falę emocji. Naród ogarnął rodzaj histerii, coś podobnego do szaleństwa w Ameryce po 11 września 2001 r. Prezenterzy telewizyjni włożyli czarne, żałobne krawaty, do naszego warszawskiego mieszkania przychodzili przyjaciele rozmawiać o tym, że w tym ciemnym, wilgotnym lesie rosyjskim powtórzyła się historia. Zrazu tragedia wydawała się kraj jednoczyć. Wszak zginęli politycy z każdej większej partii, w wielu miastach odbyły się pogrzeby z udziałem tłumów ludzi. Nawet Władimir Putin, wtedy premier Rosji, zdawał się przejęty. Wieczorem po katastrofie pojechał do Smoleńska spotkać się z premierem Tuskiem. Następnego dnia jeden z największych kanałów rosyjskiej telewizji pokazał „Katyń”, wstrząsający, bardzo antysowiecki film Andrzeja Wajdy, największego polskiego reżysera. Ani przedtem, ani potem Rosja niczego podobnego nie widziała.

                  Jednak ta katastrofa nie zbliżyła ludzi do siebie. Śledztwo w sprawie jej przyczyn – także nie.

                  Tego samego dnia przybyli na miejsce polscy eksperci. Zrobili, co mogli, żeby rozpoznać zwłoki, z których wiele było już tylko popiołem. Badali wrak samolotu. Po odnalezieniu czarnej skrzynki przystąpili do transkrypcji nagrań z kabiny pilotów. Prawda, która wychodziła na jaw, nie była krzepiąca dla PiS ani dla przywódcy partii – brata bliźniaka nieżyjącego prezydenta. Samolot wystartował z opóźnieniem; prezydent chciał prawdopodobnie szybko wylądować, bo zamierzał w Katyniu rozpocząć swoją kampanię na rzecz reelekcji. W Smoleńsku nie było prawdziwego lotniska, lecz jedynie pas do lądowania w lesie. Gdy zeszła gęsta mgła, piloci rozważali skierowanie samolotu gdzie indziej, co jednak oznaczałoby kilkugodzinną podróż samochodami, by dotrzeć na ceremonię. Po krótkiej rozmowie prezydenta z bratem doradcy głowy państwa najprawdopodobniej nalegali na próbę lądowania. Niektórzy wbrew protokołowi wchodzili podczas lotu do kokpitu. Dowódca sił powietrznych, również wbrew procedurom, usiadł obok pilotów. Powiedział: „Zmieścisz się śmiało”. Kilka sekund później samolot ściął wierzchołki brzóz, obrócił się i uderzył w ziemię.
                  10.04.2010, katastrofa w Smoleńsku.
                  Czytaj także:
                  Katastrofa smoleńska. Do jej ponownego zbadania PiS mógł użyć wszelkich instytucji państwa, ale spisku nie udowodnił

                  Początkowo Jarosław Kaczyński zdawał się sądzić, że był to wypadek. Powiedział mojemu mężowi, wówczas ministrowi spraw zagranicznych, który go powiadomił o katastrofie: „To pana wina i wina tabloidów”. Chodziło mu o to, że rząd, zastraszany przez sensacyjną prasę popularną, nie kupił nowych samolotów dla VIP-ów. Jednak śledztwo przynosiło nowe ustalenia, które już Kaczyńskiemu nie odpowiadały. Samolot nie miał żadnej usterki.

                  Być może – tak jak wielu ludzi, w których mniemaniu teorie spiskowe nadają sens przypadkowym tragediom – Kaczyński po prostu nie mógł się pogodzić z tym, że jego ukochany brat zginął bezsensownie. A może nie pogodził się z jeszcze trudniejszymi do przyjęcia przesłankami świadczącymi o tym, że brat i jego ekipa naciskali na pilotów, by lądowali. Albo może, tak jak Trump, Kaczyński uznał, że teoria spiskowa pomoże mu zdobyć władzę.

                  Podobnie jak Trump, który za pomocą kłamstwa „złego urodzenia” Obamy i sfabrykowanego zagrożenia przestępczością ze strony imigrantów zmotywował swoich zwolenników, tak Kaczyński wykorzystał tragedię smoleńską do mobilizowania poparcia dla PiS i przekonywania stronników, by nie wierzyli rządowi ani mediom. Niekiedy sugerował, że to Rosjanie strącili samolot. Kiedy indziej za śmierć brata winił Platformę (poprzednio rządzącą, a dziś największą partię opozycyjną), wykrzykując w Sejmie: „Zniszczyliście mojego brata, zamordowaliście go, jesteście kanaliami!”.
                  Katastrofa smoleńska
                  Czytaj także:
                  Katastrofa smoleńska. Co wydarzyło się w Smoleńsku?

                  Żadnego z jego oskarżeń nie da się jednak udowodnić. Kaczyński – być może po to, żeby się jakoś zdystansować od skądinąd celowo powtarzanych kłamstw – powierzył zadanie forsowania teorii spiskowych jednemu ze swoich najstarszych i najdziwaczniejszych towarzyszy. Antoni Macierewicz należy do tego samego pokolenia co Kaczyński, od dawna jest antykomunistą, chociaż ma przedziwnych przyjaciół i zwyczaje, osobliwy wzrok i obsesje (kiedyś uznał „Protokoły mędrców Syjonu” za dokument prawdopodobnie wiarygodny). Zapewne dlatego PiS zapewnił w kampanii wyborczej 2015 r., że Macierewicz w żadnym razie nie będzie ministrem obrony.
                  Polityka smoleńskiego spisku

                  Jednak zaraz po wygranych wyborach Kaczyński złamał tę obietnicę i zrobił Macierewicza ministrem obrony. On zaś od razu zinstytucjonalizował kłamstwo smoleńskie. Utworzył nową komisję do badania katastrofy złożoną z maniaków: etnomuzykologa, emerytowanego pilota, psychologa, rosyjskiego ekonomisty i innych ludzi niemających żadnej wiedzy o katastrofach lotniczych. Poprzedni oficjalny raport usunięto z rządowej witryny internetowej. Policja wkroczyła do domów ekspertów lotnictwa, którzy uczestniczyli w pierwotnym śledztwie, przesłuchała ich i skonfiskowała im komputery. Kiedy Macierewicz poleciał do Waszyngtonu na spotkania w Pentagonie, pierwsze pytanie, które zadał, dotyczyło tego, czy wywiad amerykański ma jakiekolwiek tajne informacje na temat Smoleńska. Mówiono mi, że rozmówcy Macierewicza obawiali się o stan psychiczny polskiego ministra.

                  Kilka tygodni po wyborach 2015 r., kiedy europejskie instytucje i organizacje obrony praw człowieka zaczęły reagować na poczynania rządu PiS, skupiły się na tym, że podważa on niezależność sądów i przejmuje media publiczne. Nie zwracały zaś szczególnej uwagi na instytucjonalizację spiskowych teorii smoleńskich – szczerze mówiąc, zbyt kuriozalnych, by ludzie z zewnątrz mogli je zrozumieć. Jednak decyzja o użyciu spiskowego mitu jako rdzenia polityki polskich władz była w istocie źródłem autorytarnych działań, które nastąpiły później.
                  • maslova Re: A'propos wyborów 22.10.18, 08:59
                    Mimo że komisja Macierewicza nigdy nie dostarczyła wiarygodnego odmiennego wyjaśnienia katastrofy, to kłamstwo smoleńskie stało się moralnym podłożem innych kłamstw. Ludzie gotowi wierzyć bez żadnych dowodów w wydumany spisek smoleński mogą przyjąć wszystko. Nie przeszkadza im np. złamanie obietnicy, że Macierewicz nie wejdzie do rządu. Ludzie ci gotowi są też zaakceptować – mimo że PiS mieni się partią „patriotyczną” i antyrosyjską – decyzje tego ministra o wyrzuceniu wielu najwyższych stopniem dowódców wojskowych, o wycofaniu się z kontraktów zbrojeniowych, o awansowaniu ludzi o rosyjskich powiązaniach, o nalocie w środku nocy na obiekt NATO w Warszawie.

                    Kłamstwo smoleńskie dostarczało żołnierzom skrajnej prawicy podstawy ideologicznej do tolerowania różnych naruszeń prawa. Jakiekolwiek bowiem błędy popełnia partia, jakiekolwiek prawa łamie, to przecież „prawda” o Smoleńsku zostanie w końcu powiedziana.

                    Teoria smoleńskiego spisku, podobnie jak węgierska teoria spiskowa o uchodźcach, służyła jeszcze innemu celowi. Młodszemu pokoleniu, które nie pamięta komunizmu, oraz społeczeństwu, w którym byli komuniści w większości odeszli już z polityki, dawała nowy powód do nieufności do polityków, biznesmenów i intelektualistów – uczestników zmagań z lat 90. ubiegłego wieku, a dziś przywódców kraju. Co ważniejsze zaś, oferowała definicję nowej, lepszej elity – takiej, która nie potrzebuje konkurencji, egzaminów, życiorysów pełnych osiągnięć. Każdy wyznawca wiary w kłamstwo smoleńskie jest więc z definicji prawdziwym patriotą i nadaje się na posadę rządową.
                    Jeśli to Putin doprowadził do wyboru Trumpa, to demokraci nie muszą się zastanawiać, dlaczego Hillary nie przekonała Amerykanów
                    Czytaj także:
                    Spisek rządzi światem

                    Emocjonalna atrakcyjność teorii spiskowej polega na jej prostocie. Odrzuca złożoność zjawisk, objaśnia przypadkowe zdarzenia i wypadki, daje wierzącemu w nią satysfakcjonujące poczucie, że ma szczególny, uprzywilejowany dostęp do prawdy. Powtórzmy też jednak, że bardzo trudno oddzielić siłę przekonywania teorii spiskowej od wpływu tej teorii na kariery jej propagatorów. Strażnikom państwa jednopartyjnego rozpowszechniającym oficjalną teorię spiskową jej proste wyjaśnienia przynoszą jeszcze jedną nagrodę – władzę.
                    Przemiany Márii Schmidt

                    Mária Schmidt nie była gościem naszego przyjęcia sylwestrowego, ale znam ją od dawna. W 2002 r. zaprosiła mnie do Budapesztu na inaugurację Terror Háza – muzeum Dom Terroru – i od tamtego czasu byłam z nią w kontakcie. Muzeum, którego jest dyrektorką, przedstawia historię totalitaryzmu na Węgrzech, a w chwili otwarcia było jednym z najbardziej innowacyjnych muzeów we wschodniej części Europy.

                    Miało też od początku surowych krytyków. Wielu odwiedzającym nie podobała się pierwsza sala z szeregiem telewizorów nadających propagandę hitlerowską, a na przeciwległej ścianie – telewizorów z propagandą komunistyczną. W 2002 r. jeszcze szokowało takie porównanie obu reżimów, choć dzisiaj już pewnie mniej. Inni znów uważali, że muzeum nie przywiązuje dostatecznej wagi i nie poświęca dość miejsca zbrodniom faszyzmu, tyle że komuniści rządzili na Węgrzech znacznie dłużej niż faszyści, więc jest więcej do pokazania. Uważałam za cenne, że w muzeum przedstawiono kolaborację zwykłych Węgrów z obu reżimami, co mogło się przyczynić do zrozumienia przez społeczeństwo własnej odpowiedzialności za krajową politykę i do uniknięcia nacjonalistycznej pułapki obwiniania obcych o własne problemy.
                    Akcja pomocy biednym mieszkańcom miast, do których ma trafić chleb widoczny na zdjęciu. Niemcy, rok 1936
                    wywiad
                    Czytaj także:
                    "Nazywając Orbána czy Trumpa faszystą, rozmywamy to słowo". Polscy historycy tłumaczą, czym był faszyzm przed II wojną i czy PiS go wprowadzi

                    Jednak dziś Węgry wpadły w taką właśnie nacjonalistyczną pułapkę. Spóźniony rozrachunek z komunistyczną przeszłością – muzea, nabożeństwa upamiętniające, wskazywanie winnych – nie wzmocnił, wbrew moim oczekiwaniom, szacunku dla prawa, ograniczenia władzy państwowej ani pluralizmu. Przeciwnie, 16 lat po otwarciu Terror Háza partia rządząca nie uznaje żadnych ograniczeń. Poszła znacznie dalej niż PiS w upolitycznianiu mediów państwowych oraz niszczeniu prywatnych za pomocą gróźb i blokowania dostępu do reklam. Stworzyła nową elitę biznesu lojalną wobec Orbána. Węgierski biznesmen, który woli, by nie podawać jego nazwiska, opowiedział mi, jak wkrótce po przejęciu władzy przez Orbána jego kumple zażądali, żeby sprzedał im firmę za bezcen. Kiedy odmówił, nasłali na niego „kontrole podatkowe”, nękali na różne sposoby i zastraszali, aż musiał wynająć ochronę osobistą. Wreszcie sprzedał swój majątek na Węgrzech i wyemigrował.

                    Podobnie jak polski rząd węgierski uprawia Kłamstwo Średnie – propagandę obwiniającą o problemy kraju nieistniejących imigrantów muzułmańskich, Unię Europejską i wspomnianego George’a Sorosa. Mária Schmidt – historyczka, naukowiec, kurator muzeum – należy do głównych autorów tego kłamstwa. Regularnie pisze na blogu długie, gniewne, podburzające napaści na Sorosa, na budapeszteński Uniwersytet Środkowoeuropejski, pierwotnie założony za jego pieniądze, oraz na „lewackich intelektualistów”, mając na myśli głównie liberalnych demokratów, od centrolewicy do centroprawicy.
                    • maslova Re: A'propos wyborów 22.10.18, 09:00
                      Życie Márii Schmidt jest pełne paradoksów. Należy ona do czołowych beneficjentów rzekomo brudnej transformacji; jej nieżyjący mąż zbił fortunę na postkomunistycznym rynku nieruchomości, dzięki czemu wdowa mieszka we wspaniałym domu na wzgórzach Budy. Jej syn jest absolwentem Uniwersytetu Środkowoeuropejskiego, przeciwko któremu prowadzi ona kampanię. Mimo że wie bardzo wiele o wydarzeniach w kraju w latach 40. ubiegłego wieku, to po przejęciu szanowanego czasopisma „Figyelö” krok po kroku, wedle recepty partii komunistycznej, pozbyła się niezależnych dziennikarzy i zastąpiła ich lojalnymi stronnikami rządu.
                      Jarosław Kaczyński i Viktor Orban
                      Czytaj także:
                      Orbán, Kaczyński, rodzina na swoim

                      „Figyelö” jest nadal „własnością prywatną”. Ale widać jak na dłoni, kto to czasopismo wspiera. Numer atakujący węgierskie organizacje pozarządowe – na okładce porównano je graficznie do państwa islamskiego – zawierał aż kilkanaście stron opłaconych przez rząd reklam promujących węgierski bank centralny, skarb państwa i państwową kampanię przeciwko Sorosowi. Tak oto odkrywa się na nowo prorządową prasę państwa jednopartyjnego wraz z cynicznym językiem pomówień – jak niegdyś w wydawnictwach komunistycznych.

                      Schmidt zgodziła się ze mną porozmawiać – choć wcześniej nazwała mnie „arogantką i ignorantką” – pod warunkiem że wysłucham jej krytyki artykułu, który właśnie napisałam dla „Washington Post”. Poleciałam więc do Budapesztu. Miałam nadzieję na interesującą rozmowę, ale – co już mnie nie dziwi – okazało się to niemożliwe. Schmidt znakomicie mówi po angielsku, ale sprowadziła tłumacza – dość wystraszonego młodzieńca, który opuszczał, sądząc z późniejszego zapisu, całe fragmenty jej wypowiedzi. A mimo że zna mnie od niemal 20 lat, postawiła na stole magnetofon, co uznałam za dowód braku zaufania.
                      George Soros
                      Czytaj także:
                      George Soros - bicz na autokratów. Dlaczego zwalcza go prawica?

                      Potem zaczęła powtarzać argumenty ze swojego bloga. Jako główny dowód na to, że George Soros „ma w kieszeni” amerykańską Partię Demokratyczną, zacytowała epizod z satyrycznej audycji telewizyjnej „Saturday Night Live”. Jako dowód na to, że USA są „twardym ideologicznym mocarstwem kolonialnym”, przywołała wzmiankę z przemówienia Baracka Obamy, że jakaś węgierska fundacja proponuje wznieść pomnik na cześć Bálinta Hómana, który w latach 30. i 40. ubiegłego wieku był autorem węgierskich ustaw antyżydowskich. Powtórzyła swoją tezę, że imigracja poważne zagraża Węgrom, i zezłościła się, kiedy kilka razy spytałam, gdzie są ci wszyscy imigranci. W końcu warknęła, że „są w Niemczech” i że ostatecznie Niemcy zmuszą Węgry do „przyjęcia z powrotem wszystkich tych ludzi”.
                      Mária Schmidt mnie nagrywa

                      Schmidt ucieleśnia to, co bułgarski politolog Iwan Krastew niedawno analizował jako pragnienie wielu mieszkańców Europy Wschodniej i Środkowej „zrzucenia z siebie kolonialnej zależności wynikającej wprost z samej koncepcji westernizacji”, czyli szerzenia zachodniej cywilizacji; jako pragnienie uwolnienia się od upokorzeń, których przyczyną był ich status wiecznych naśladowców Zachodu. Schmidt mówiła, że zachodnie media, zapewne łącznie ze mną, „traktują z góry tych na dole, jak poddanych w koloniach”. Jej zdaniem mówienie na Zachodzie o węgierskim antysemityzmie, korupcji i autorytaryzmie to „kolonializm”. Mimo że głosiła, jak oddana jest sprawie promowania wyjątkowości Węgier, „węgierskości”, to hurtem zapożyczała się ideologicznie od skrajnie prawicowego amerykańskiego portalu Breitbart News, łącznie z karykaturalnym opisem amerykańskich uczelni i szyderstw z „transseksualnych łazienek”. Zaprosiła nawet do Budapesztu Steve’a Bannona, założyciela Breitbart News, i gwiazdę alternatywnej prawicy w USA Milo Yiannopoulosa.

                      Słuchając tego, zrozumiałam, że poglądy Márii Schmidt nigdy „nie uległy zmianie”. Nigdy się nie odwróciła od demokracji liberalnej, ponieważ nigdy w nią nie wierzyła, a przynajmniej nie uważała jej za szczególnie istotną. W jej mniemaniu odtrutką na komunizm jest nie demokracja, lecz antydreyfusowska wizja suwerenności narodowej. A jeżeli suwerenność narodowa staje się tożsama z państwem, którego elitę określają nie zdolności i talenty, lecz swoisty „patriotyzm” – czyli w praktyce gotowość służenia polityce Orbána – to ona świetnie się z tym czuje.
                      Iwan Krastew*
                      Czytaj także:
                      Węgry Orbana. Wybory są wolne, ale nie każdy ma prawo wyrazić swoje obawy [KRASTEW]

                      Márię Schmidt cechuje głęboki cynizm. Wsparcie Sorosa dla syryjskich uchodźców nie jest żadną filantropią – na pewno wynika z zamiaru zniszczenia Węgier. Polityka Angeli Merkel w sprawie uchodźców również nie wynika z chęci pomocy. Schmidt: „Uważam, że to kompletna bzdura. Merkel chce tylko udowodnić, iż tym razem to Niemcy są dobrzy. I że mogą wszystkich uczyć humanitaryzmu i moralności. Niemcom jest obojętne, czego uczą resztę świata, oni po prostu muszą kogoś pouczać”.

                      Kłamstwo Średnie jest oczywiście skutecznym narzędziem Orbána (i Trumpa), choćby dlatego że skupia uwagę świata na retoryce przywódcy, a nie na tym, co on robi. Przez większą część tej nieprzyjemnej dwugodzinnej rozmowy spierałam się z Márią Schmidt o nonsensy: czy Soros jest właścicielem Partii Demokratycznej? Czy nieistniejący imigranci, którzy i tak nie chcą żyć na Węgrzech, są zagrożeniem dla narodu? Nie rozmawiałyśmy w ogóle o rosyjskich wpływach na Węgrzech, dziś bardzo silnych. Ani o korupcji czy niezliczonych metodach (udokumentowanych m.in. przez „Financial Timesa”), dzięki którym przyjaciele Orbána korzystali z subsydiów europejskich i z prawnego kuglarstwa (partia rządząca, która upolityczniła sądy i zdławiła media, może znacznie łatwiej kraść).

                      Niewiele się w końcu dowiedziałam o samej Schmidt. W Budapeszcie mówiono mi, że jej motywacją jest dążenie do bogactwa i władzy. Jedną z kilku osób, od których usłyszałam, że „na Węgrzech nikt się nie wzbogaci, o ile nie utrzymuje jakichś relacji z premierem”, jest posłanka Zsuzsanna Szelényi, kiedyś członkini Fideszu, partii Orbána, a dziś niezależna. Dzięki Orbánowi Schmidt nadzoruje muzeum i parę instytutów historycznych. Ma dzięki temu wyjątkową sposobność kształtowania pamięci Węgrów o ich historii, co sobie bardzo ceni. Być może naprawdę wierzy, że Węgry stoją w obliczu złowrogiej groźby egzystencjalnej w postaci Sorosa i jakichś niewidzialnych Syryjczyków. Albo traktuje własną stronę polityczną oraz jej przeciwników z równym cynizmem – a wszystko to jest wyszukaną grą.

                      Jakąś odpowiedź przynosi to, co nastąpiło po naszej rozmowie. Mocno przeredagowany jej zapis Schmidt opublikowała bez mojej zgody na blogu, przedstawiając go bałamutnie jako swój wywiad ze mną. Zapis ukazał się po angielsku również na oficjalnej witrynie węgierskiego rządu (by pojąć, jakie to osobliwe, wyobraźmy sobie, że Biały Dom publikuje zapis rozmowy np. szefa Smithsonian Institution z cudzoziemskim krytykiem Trumpa). Oczywiście ten „wywiad” nie miał być dla mnie korzystny, lecz stanowił demonstracyjny akt lojalności Schmidt wobec reżimu i jej gotowości, by go bronić. Taka jest Mária Schmidt.
                      • maslova Re: A'propos wyborów 22.10.18, 09:01
                        Historia kolista. Nie tylko grecka

                        Nie tak dawno pewnego pięknego wieczoru w restauracji rybnej w Atenach opowiedziałam znajomemu greckiemu politologowi o moim sylwestrze w 1999 r. Stathis Kalyvas zaśmiał się z cicha. Coś, co nazwałam polaryzacją, nie było dlań niczym nowym. – Polaryzacja jest czymś normalnym. A okresem wyjątkowym był liberalizm po 1989 r. – uważa Kalyvas. Jeszcze istotniejsze jest to – dodam od siebie – że czymś normalnym jest również sceptycyzm wobec liberalnej demokracji. Wieczna zaś jest atrakcyjność autorytaryzmu.
                        Leszek Jażdżewski
                        Czytaj także:
                        Liberałowie muszą wrócić do gry

                        Kalyvas napisał kilka znanych książek o wojnach domowych, w tym o greckiej wojnie domowej w latach 40. XX wieku, która była jednym z wielu momentów w historii Europy, kiedy radykalnie odmienne ugrupowania polityczne rzuciły się na siebie zbrojnie, by się nawzajem pozabijać. Ale w Grecji „wojna domowa” i „pokój społeczny” to pojęcia w najlepszym razie względne. Rozmawialiśmy z Kalyvasem akurat w czasie, gdy niektórzy greccy intelektualiści skłaniali się ku centrum. Nagle modne stało się bycie „liberałem” – o czym mówiło mi w Atenach mnóstwo ludzi, nie mając na myśli ani komunistów, ani zwolenników autorytaryzmu, ani skrajnej lewicy, jak rządząca partia Syriza, ani skrajnej prawicy, jak jej nacjonalistyczny partner koalicyjny Niezależni Grecy. „Neoliberałami” nazywają siebie awangardowi młodzi ludzie, przejmując termin, który jeszcze parę lat temu był obelżywy.

                        Nawet jednak najbardziej optymistyczni centryści nie są przekonani, że jest to zmiana trwała. – Przeżyliśmy lewicowych populistów. Teraz szykujemy się na prawicowych populistów – mówiło mi parę osób z ponurą miną. Od dawna nabrzmiewał konflikt o nazwę i status Macedonii, sąsiadującej z Grecją republiki dawnej Jugosławii. Zaraz po moim wyjeździe rząd grecki wydalił dyplomatów rosyjskich za próby wzniecania antymacedońskiej histerii na północy kraju. Tak to bywa – kiedy tylko twoje państwo osiąga jako taką równowagę, zawsze w kraju czy za granicą znajdzie się ktoś, kto uzna, że warto ją zakłócić.

                        Cenne przypomnienie. Otóż my, Amerykanie, z naszą dzielną historią powstania republiki, nadzwyczajnym respektem dla konstytucji, naszą względną izolacją geograficzną i dwoma stuleciami sukcesów gospodarczych, długo żyliśmy w przekonaniu, że demokracja liberalna, którą stworzyliśmy, jest trwała. Historię Ameryki przedstawia się jako opowieść o postępie – zawsze w przód i wzwyż; z wojną secesyjną traktowaną jako nieszczęśliwy epizod, przeszkodę, którą zdołaliśmy przezwyciężyć. Grecy natomiast odczuwają historię nie jako linearną, lecz cykliczną. Po liberalnej demokracji przychodzi oligarchia. Kiedy liberalna demokracja powraca, nagle następuje dywersja z zagranicy, po czym próba komunistycznego puczu; dalej: wojna domowa, a wreszcie dyktatura. I tak to biegnie w koło od czasów republiki ateńskiej.

                        Historia jako proces cykliczny istnieje w świadomości także innych społeczeństw Europy. Rozdzierający Polskę podział jest uderzająco podobny do tego we Francji po aferze Dreyfusa. Język skrajnej prawicy europejskiej – żądania „rewolucji” przeciwko „elitom”, marzenia o „oczyszczającej” przemocy i o apokaliptycznym zderzeniu kultur – jest niesamowicie podobny do języka, którym niegdyś posługiwała się europejska skrajna lewica. Wejście na scenę sfrustrowanych intelektualistów – którzy uważają, że reguły gry są niesprawiedliwe, więc niewłaściwi ludzie mają niezasłużone wpływy – nie jest zjawiskiem wyłącznie europejskim. Moisés Naim, publicysta wenezuelski o światowej renomie, odwiedził Warszawę kilka miesięcy po przejęciu władzy przez PiS. Poprosił, żebym mu opisała nowych polskich przywódców: jacy to są ludzie? Rzuciłam kilka przymiotników: „gniewni”, „mściwi”, „mający za złe”. – To jak u nas chaviści, zwolennicy Cháveza – skomentował.

                        Po prawdzie, dysputy, kto właściwie powinien rządzić, nie mają końca nigdy, zwłaszcza w epoce, w której ludzie już dawno zanegowali przywileje arystokracji, a więc nie sądzą, że przywództwo należy się z urodzenia albo że klasa rządząca pochodzi z Bożego nadania. Niektórym z nas, w Europie i Ameryce Północnej, bliska jest idea, że najbardziej uczciwą alternatywą dla władzy dziedzicznej bądź nadanej z góry są różne formy demokratycznej i ekonomicznej konkurencji.

                        Nie powinny nas jednak zaskakiwać sytuacje – ja sama nie powinnam im się dziwić – gdy zasady merytokracji i konkurencji są kwestionowane. Przecież demokracja i wolne rynki mogą przynosić niezadowalające skutki, zwłaszcza gdy przepisy regulujące ustrój i gospodarkę działają wadliwie lub kiedy nikt nie ufa tym, którzy te przepisy tworzą i którzy wymagają ich przestrzegania, albo kiedy istnieją między ludźmi wielkie nierówności na starcie do owej konkurencji. A wtedy ci, którzy wyścig przegrają, w końcu – prędzej czy później – zaczną podważać wartość i zalety samej konkurencji.

                        Co jeszcze ważniejsze, zasady konkurencji, nawet jeżeli zachęcają ludzi utalentowanych i prowadzą do awansu społecznego, niekoniecznie przynoszą odpowiedzi na pogłębione pytania dotyczące tożsamości narodowej ani nie zaspokajają pragnienia ludzi, by należeć do pewnej moralnej wspólnoty. Natomiast państwo autorytarne czy półautorytarne – nieliberalne państwo jednej partii – właśnie to obiecuje. A mianowicie, że rządzić krajem będą najlepsi – ludzie, którzy na to zasługują, zwłaszcza członkowie partii, wyznawcy Średniego Kłamstwa. Aby taki cel osiągnąć, czyli stworzyć takie państwo, być może trzeba wręcz naginać demokrację, korumpować biznes bądź zniszczyć sądownictwo. Jeśli zaś uważasz się za jednego z owych ludzi, którzy na przywództwo zasługują, przyczynisz się do tworzenia takiego państwa.

                        Przełożył Andrzej Ehrlich

                        Artykuł ukazał się oryginalnie w październikowym wydaniu miesięcznika „The Atlantic”; tytuł i śródtytuły od redakcji „Gazety Wyborczej”

                        © 2018 The Atlantic Media Co., as first published in The Atlantic Magazine. All rights reserved. Distributed by Tribune Content Agency

                        Anne Applebaum – amerykańsko-polska dziennikarka, laureatka Nagrody Pulitzera (2004) za książkę „Gułag” (wyd. polskie, przeł. Jakub Urbański i Małgorzata Claire Wybieralska, Warszawa, Świat Książki); publicystka „The Washington Post”. Ukończyła Uniwersytet Yale, studiowała w London School of Economics i w Oksfordzie. Karierę dziennikarską rozpoczęła w 1988 r. jako korespondentka tygodnika „The Economist” w Warszawie; do 1991 r. opublikowała tu serię artykułów o przemianach społecznych i politycznych w Europie Wschodniej. Pracowała też w „The Spectator”, „Evening Standard”, internetowym magazynie Slate. Kieruje projektami „Transitions Forum” (przemiany polityczno-gospodarcze) w londyńskim think tanku Legatum Institute. Po polsku ukazały się też książki: „Między Wschodem a Zachodem: przez pogranicza Europy” (przeł. Ewa Kulik-Bielińska, Warszawa, Prószyński i S-ka 2001 i 2009); „Za żelazną kurtyną. Ujarzmienie Europy Wschodniej 1944-1956” (przeł. Barbara Gadomska, Warszawa, Świat Książki, współpr. Agora 2013); „Czerwony głód” (przeł. Barbara Gadomska, Wanda Gadomska, Warszawa, Agora 2018). Została Człowiekiem Roku 2018 „Gazety Wyborczej”. Żona Radosława Sikorskiego
        • grrru Re: A'propos wyborów 22.10.18, 12:20
          Wiesz, że właśnie złamałaś prawa autorskie?
      • olena.s Re: A'propos wyborów 22.10.18, 08:57
        Nie wklejam całych tekstów, mam z tym etyczny problem.
        Ale masz dwa fragmenty. Pierwszy dotyczy tego, jak (obecnie pisowska) grupa uasadnia odrzucenie merytokracji bedącej wszak podstawą demokracji liberalnej:

        "Znamienne, że jednym z pierwszych posunięć rządu PiS była zmiana na początku 2016 r. ustawy o służbie cywilnej ułatwiająca zwalnianie z pracy profesjonalistów i zatrudnianie funkcjonariuszy partyjnych. Polska służba zagraniczna zamierza też znieść wymóg znajomości przez dyplomatów dwóch języków obcych, co było za wysoką poprzeczką dla faworyzowanych kandydatów. Rząd usunął ze stanowisk szefów firm państwowych. Mieli oni przynajmniej jakieś doświadczenie w pracy rządowej czy gospodarczej, teraz zastąpili ich członkowie partii, ich krewni i znajomi. Typowy przykład to Janina Goss, przyjaciółka Kaczyńskiego, od której były premier pożyczył niegdyś dużą sumę, podobno na koszty kuracji swojej matki. Goss, biegła w robieniu konfitur i przetworów, została członkiem rady nadzorczej Polskiej Grupy Energetycznej, największej firmy energetycznej w kraju, zatrudniającej 40 tys. ludzi.

        Można to nazwać nepotyzmem, przejmowaniem przez państwo. Ale jeśli się uprzeć, można szukać określeń pozytywnych: koniec wreszcie ze wstrętną merytokracją i konkurencją, czyli z zasadami z definicji niekorzystnymi dla ludzi, którzy nie osiągają sukcesów. Taki system układów wykluczający konkurencję jest fatalny, jeśli chcesz żyć w społeczeństwie rządzonym przez ludzi utalentowanych. Ale jeżeli wcale nie to jest najważniejsze, to czym się tu przejmować?

        Jeżeli więc ktoś wierzy, jak dziś moi dawni przyjaciele, że Polsce będzie się wiodło lepiej, gdy rządzą nią ludzie, którzy na to zasługują – skoro głoszą swoisty patriotyzm i są lojalni wobec przywódcy partii albo, wedle samego Kaczyńskiego, są „lepszym sortem” Polaków – to państwo jednopartyjne jest właśnie BARDZIEJ sprawiedliwe niż demokracja oparta na konkurencji. Z jakiej racji pozwalać różnym partiom, by rywalizowały na równych prawach, jeśli tylko jedna ma moralne prawo do tworzenia rządu? Z jakiej racji pozwalać przedsiębiorstwom, by konkurowały na wolnym rynku, jeśli tylko niektóre są lojalne wobec partii, zasługują więc na bogacenie się?

        Poglądy takie wzmacnia rozpowszechnione w Polsce, na Węgrzech i w wielu innych krajach dawniej komunistycznych przekonanie, że reguły konkurencji są wadliwe z powodu nieuczciwych reform z lat 90. XX wieku, które pozwoliły wielu dawnym komunistom zamienić władzę polityczną na ekonomiczną.
        rgumentacja ta, która wydawała się ważna przed ćwierćwieczem, dziś jest raczej kiepska i pozorna. Co najmniej od 2005 r. Polską rządzili prezydenci i premierzy, których polityczne biografie mają początek w antykomunistycznym ruchu „Solidarności”. Nie ma też w Polsce żadnego potężnego postkomunistycznego monopolu – przynajmniej na poziomie ogólnokrajowym, gdzie mnóstwo ludzi dorobiło się bez szczególnych powiązań politycznych. Uderzające, że najbardziej znanym byłym komunistą w polityce jest teraz poseł PiS Stanisław Piotrowicz – wielki wróg (co pewnie niedziwne) niezależnego sądownictwa.

        Jednak prawicowi intelektualiści z mojego pokolenia wciąż wyznają przekonanie o trwałych wpływach i układach komunistycznych. Niektórym chyba pomaga to wytłumaczyć ich osobiste niepowodzenia lub zwykły brak szczęścia. Nie każdy dysydent z lat 70. ubiegłego wieku mógł po 1989 r. zostać premierem, autorem bestsellerów czy powszechnie szanowanym intelektualistą. Wielu z nich żywi więc palącą urazę. Jeżeli sądzisz, że zasługujesz na udział we władzy, to masz silną motywację, by atakować elity, ustawiać sądy czy manipulować prasą dla zaspokojenia swoich ambicji. Urazy, zawiść, a nade wszystko przeświadczenie, że „system” jest niesprawiedliwy – to ważne emocje intelektualistów polskiej prawicy."

        Fragment drugi - onielinerności historii:
        "Nie tak dawno pewnego pięknego wieczoru w restauracji rybnej w Atenach opowiedziałam znajomemu greckiemu politologowi o moim sylwestrze w 1999 r. Stathis Kalyvas zaśmiał się z cicha. Coś, co nazwałam polaryzacją, nie było dlań niczym nowym. – Polaryzacja jest czymś normalnym. A okresem wyjątkowym był liberalizm po 1989 r. – uważa Kalyvas. Jeszcze istotniejsze jest to – dodam od siebie – że czymś normalnym jest również sceptycyzm wobec liberalnej demokracji. Wieczna zaś jest atrakcyjność autorytaryzmu. (....) Zaraz po moim wyjeździe rząd grecki wydalił dyplomatów rosyjskich za próby wzniecania antymacedońskiej histerii na północy kraju. Tak to bywa – kiedy tylko twoje państwo osiąga jako taką równowagę, zawsze w kraju czy za granicą znajdzie się ktoś, kto uzna, że warto ją zakłócić.

        Cenne przypomnienie. Otóż my, Amerykanie, z naszą dzielną historią powstania republiki, nadzwyczajnym respektem dla konstytucji, naszą względną izolacją geograficzną i dwoma stuleciami sukcesów gospodarczych, długo żyliśmy w przekonaniu, że demokracja liberalna, którą stworzyliśmy, jest trwała. Historię Ameryki przedstawia się jako opowieść o postępie – zawsze w przód i wzwyż; z wojną secesyjną traktowaną jako nieszczęśliwy epizod, przeszkodę, którą zdołaliśmy przezwyciężyć. Grecy natomiast odczuwają historię nie jako linearną, lecz cykliczną. Po liberalnej demokracji przychodzi oligarchia. Kiedy liberalna demokracja powraca, nagle następuje dywersja z zagranicy, po czym próba komunistycznego puczu; dalej: wojna domowa, a wreszcie dyktatura. I tak to biegnie w koło od czasów republiki ateńskiej.

        Historia jako proces cykliczny istnieje w świadomości także innych społeczeństw Europy. Rozdzierający Polskę podział jest uderzająco podobny do tego we Francji po aferze Dreyfusa. Język skrajnej prawicy europejskiej – żądania „rewolucji” przeciwko „elitom”, marzenia o „oczyszczającej” przemocy i o apokaliptycznym zderzeniu kultur – jest niesamowicie podobny do języka, którym niegdyś posługiwała się europejska skrajna lewica. Wejście na scenę sfrustrowanych intelektualistów – którzy uważają, że reguły gry są niesprawiedliwe, więc niewłaściwi ludzie mają niezasłużone wpływy – nie jest zjawiskiem wyłącznie europejskim.
        Po prawdzie, dysputy, kto właściwie powinien rządzić, nie mają końca nigdy, zwłaszcza w epoce, w której ludzie już dawno zanegowali przywileje arystokracji, a więc nie sądzą, że przywództwo należy się z urodzenia albo że klasa rządząca pochodzi z Bożego nadania. Niektórym z nas, w Europie i Ameryce Północnej, bliska jest idea, że najbardziej uczciwą alternatywą dla władzy dziedzicznej bądź nadanej z góry są różne formy demokratycznej i ekonomicznej konkurencji.

        Nie powinny nas jednak zaskakiwać sytuacje – ja sama nie powinnam im się dziwić – gdy zasady merytokracji i konkurencji są kwestionowane. Przecież demokracja i wolne rynki mogą przynosić niezadowalające skutki, zwłaszcza gdy przepisy regulujące ustrój i gospodarkę działają wadliwie lub kiedy nikt nie ufa tym, którzy te przepisy tworzą i którzy wymagają ich przestrzegania, albo kiedy istnieją między ludźmi wielkie nierówności na starcie do owej konkurencji. A wtedy ci, którzy wyścig przegrają, w końcu – prędzej czy później – zaczną podważać wartość i zalety samej konkurencji.

        Co jeszcze ważniejsze, zasady konkurencji, nawet jeżeli zachęcają ludzi utalentowanych i prowadzą do awansu społecznego, niekoniecznie przynoszą odpowiedzi na pogłębione pytania dotyczące tożsamości narodowej ani nie zaspokajają pragnienia ludzi, by należeć do pewnej moralnej wspólnoty. Natomiast państwo autorytarne czy półautorytarne – nieliberalne państwo jednej partii – właśnie to obiecuje. A mianowicie, że rządzić krajem będą najlepsi – ludzie, którzy na to zasługują, zwłaszcza członkowie partii, wyznawcy Średniego Kłamstwa. Aby taki cel osiągnąć, czyli stworzyć takie państwo, być może trzeba wręcz naginać demokrację, korumpować biznes bądź zniszczyć sądownictwo. Jeśli zaś uważasz się za jednego z owych ludzi, którzy na przywództwo zasługują, przyczynisz się do tworzenia takiego państwa."
    • katja.katja Re: A'propos wyborów 22.10.18, 08:47
      Jak widać brak tolerancji jest obopólny.
      Mądrością jest mieć przyjaciół mimo odmiennych poglądów politycznych/na wychowanie dzieci/dietę/wiarę etc.
      Mamy tu postawę - albo masz poglądy jak ja albo "do widzenia".
      • olena.s Re: A'propos wyborów 22.10.18, 09:02
        Nie, gazeciarz. Ja wiem, że ty tylko magiel i magiel, ale tekst dotyczy czegoś innego.
        • katja.katja Re: A'propos wyborów 22.10.18, 09:47
          Zatem ustosunkuj się do mojego postu merytorycznie. Jesteś piewczynią tolerancji.
          • olena.s Re: A'propos wyborów 22.10.18, 10:51
            Nie, bo piszesz nudno i nie na temat.
            • katja.katja Re: A'propos wyborów 22.10.18, 11:54
              Piszę na temat.
              • olena.s Re: A'propos wyborów 22.10.18, 12:15
                Nie.
                Tematem nie jest bowiem to, czy i kto odrzuca grupę, która zmieniła poglądy, (albo kto odrzuca kogo bardziej, czy wczesniej, albo czy jest to odrzucenie wzajemne, symetryczne), ale to, jak i dlaczego dochodzi do polaryzacji stanowisk i z czym się to wiąże.
    • triss_merigold6 Re: A'propos wyborów 22.10.18, 08:52
      Czytałam. Na poziomie racjonalnym w dużej mierze się z nią zgadzam, na poziomie emocjonalnym - odrzucam.
      • katja.katja Re: A'propos wyborów 22.10.18, 09:46
        Rozwiniesz "odrzucam"?
        • triss_merigold6 Re: A'propos wyborów 22.10.18, 11:59
          Nie trawię Sikorskiego.
          • ulla_cebulla Re: A'propos wyborów 22.10.18, 13:47
            Odrzucasz wywód profesjonalnej dziennikarki, z którym, jak przyznajesz, merytorycznie byłabyś skłonna się zgodzić, dlatego ze twojej macicy nie podoba się jej mąż? Łał, brawurowa szczerość.
            • 45rtg Re: A'propos wyborów 22.10.18, 14:19
              ulla_cebulla napisał(a):

              > Odrzucasz wywód profesjonalnej dziennikarki, z którym, jak przyznajesz, merytor
              > ycznie byłabyś skłonna się zgodzić, dlatego ze twojej macicy nie podoba się jej
              > mąż? Łał, brawurowa szczerość.

              Mnie się nie podoba ani on, ani ona. Takie śliskie typy, które tylko kombinują, jak by tu coś zmanipulować na własną korzyść. Więc po prostu nie mam zaufania do tego, co ona pisze, bo obawiam się, że to agitka starająca się mnie do czegoś przekonać.
            • triss_merigold6 Re: A'propos wyborów 22.10.18, 14:31
              Miałam okazję poznać i oceniać Sikorskiego od strony sprawowanych przez niego funkcji, co oczywiście kobiecinie na zmywaku nie mogło przyjść do głowy. Odnośnie do profesjonalizmu dziennikarki, zaiste rzadko się zdarza, żeby żona była jednocześnie oficerem prowadzącym.
              • 45rtg Re: A'propos wyborów 22.10.18, 14:37
                triss_merigold6 napisała:

                > e do profesjonalizmu dziennikarki, zaiste rzadko się zdarza, żeby żona była jed
                > nocześnie oficerem prowadzącym.

                A już żeby ministra, i to spraw zagranicznych, a wcześniej to OIDP obrony, to w ogóle.
                • triss_merigold6 Re: A'propos wyborów 22.10.18, 14:47
                  Z podwójnym obywatelstwem.wink
                  Czy ktoś jeszcze pyta, w jakim charakterze późniejszy minister przebywał jako młody człowiek w Afganistanie? big_grin
                  • tanebo2.0 Re: A'propos wyborów 22.10.18, 19:02
                    Jako islamisty? Mam taką radę: weź rozpęd, pochyl się i walnij czółkiem w ścianę. Może klepki wskoczą na miejsce...
              • katja.katja [...] 22.10.18, 15:42
                Wiadomość została usunięta ze względu na złamanie prawa lub regulaminu.
                • triss_merigold6 [...] 22.10.18, 15:56
                  Wiadomość została usunięta ze względu na złamanie prawa lub regulaminu.
                • ulla_cebulla Re: A'propos wyborów 22.10.18, 16:04
                  Ten wspaniały "cios" to chamski tekst o "kobiecinach na zmywakach"? Rzeczywiście jest co uwielbiać...
                  • 45rtg Re: A'propos wyborów 22.10.18, 16:07
                    ulla_cebulla napisał(a):

                    > Ten wspaniały "cios" to chamski tekst o "kobiecinach na zmywakach"? Rzeczywiści
                    > e jest co uwielbiać...

                    Jak się pisze o upodobaniach cudzej macicy, to lepiej się od razu potem nie wypowiadać o chamskich tekstach.
                    • ulla_cebulla Re: A'propos wyborów 22.10.18, 16:24
                      Jeśli ktoś podaje za jedyne wyjaśnienie podaje emocje z "nie trawieniem"
                      Czyjegoś męża to jest argument na poziomie biologii. Na to zwróciłam uwagę.Mało co mnie tak żenuje jak kobiety otwarcie gardzące innymi kobietami i odmawiające im uznania, bo ich mąż coś tam...
                      • triss_merigold6 Re: A'propos wyborów 22.10.18, 18:30
                        Ty dorobiłaś emocje, bo nie przyszło Ci do głowy, że można znać byłego ministra rządu Olszewskiego Jana od strony sposobu pełnienia przez niego funkcji publicznych. tongue_out
                        Nie odmawiam publicystce Applebaum uznania, natomiast prezentuje ona określoną linię polityczną, której nie wszystkie elementy uważam za bezwzględnie wartościowe i zgodnie z ową linią buduje teksty z konkretnymi tezami.
                        • olena.s Re: A'propos wyborów 22.10.18, 19:45
                          E, nie sądzę, żebyś miała rację. Możesz Sikorskiego lubic/cenić/uwielbiać bądź przeciwnie, ale na logikę nie ma to absolutnie niczego wspólnego z artykułem napisanym przez jego żonę, ani z jej książkami o Rosji, ani z jej stopniami z matury. Czy raczej odwrotnie: jeżeli tekst uwazasz za celny/niecelny, to jakie znaczenie ma twój stosunek emocjonalny do męża autorki? Jakieś zapewne dostrzegasz skoro przywołujesz ten akurat argument.
                        • ulla_cebulla Re: A'propos wyborów 22.10.18, 20:59
                          Hej, odniosłam się do tego, co napisałaś. Nie jestem ematkowym ćpunem i nie profiluje forumek. Jeśli posiadasz jakaś wiedzę tajemną, która coś wnosi do tematu wątku, to zwyczajnie napisz co o jak i wtedy zobaczymy.
              • ulla_cebulla Re: A'propos wyborów 22.10.18, 15:54
                Sama napisałaś, że zgadzasz się z analizą przeprowadzoną przez autorkę, ale dyskredytyjesz ją ze względu na emocje, które wywołuje w tobie jej mąż. Z tym się nie da dyskutować, bo to argument na poziomie biologii. Autorka jest doświadczoną dziennikarka z olbrzymim dorobkiem własnym, a nie pańcią, której mąż zorganizował posadkę, a przytoczony tutaj tekst to nie agitka za jakaś partią polityczną, ale analiza mechanizmów prowadzących do kształtowania się danych systemów politycznych i wynikających z nich konsekwencji. Widocznie na tyle przekonywującą, że się z nią zgadasz, ale jednocześnie odmawiasz jej uznania, bo mąż autorki coś tam. W sumie nie wiadomo co, bo nic nie wyjaśniasz oprócz chamskich wstawek o dziuniach na zmywakach.
    • piepe Re: A'propos wyborów 22.10.18, 09:50
      Te same wyświechtane "przemyślenia" porównujące działalność partii PiS do działalności komunistów, skądinąd słuszne, ale ślepe na to, że i "obrońcy demokracji", świadomie czy nie, działają i myślą pod dyktatem idei marksistowskich. Trawestując ten fragment:
      "Dla bolszewików prasa jest wolna, a instytucje są sprawiedliwe tylko pod warunkiem, że kontroluje je klasa robotnicza – za pośrednictwem partii."
      "Dla postępowców prasa jest wolna, a instytucje są sprawiedliwe tylko pod warunkiem, ze kontrolują je uciskane mniejszości - za pośrednictwem partii."
      Problem w tym, że ci postępowo myślący, którzy czasem nazywani są "pożytecznym idiotami" zatrzymali się w swoim pojmowaniu rzeczywistości na etapie XIX i XX wieku. Nadal im się wydaje, że komunizm może występować tylko w jednej formie, gdzie wykorzystuje się klasę pracującą, by wywołać rewolucję, która nada władzę jednej autorytarnej sile. Tymczasem zdają się nie dostrzegać, że ta metoda zawiodła i potrzebna była jej głęboka rewizja, która się już zresztą dokonała. Straszenie bolszewikami sprzed 100 czy 50 lat to przejaw głębokiej nieznajomości rzeczywistości, w której owszem, dochodzi do powtarzających się cykli, ale ci, którzy sięgają po władzę starymi metodami starają się poprawiać błędy popełnione w przeszłości. Dlatego dzisiejsza rewolucja komunistyczna nie korzysta z buntu klasy robotniczej czy sfrustrowanego prekariatu w rozumieniu sprzed kilkudziesięciu lat - dzisiejszym paliwem rewolucji są mniejszości, w tym seksualne, a także nowy "człowiek sowiecki" (dziś powinniśmy mówić "Europejczyk"), czyli nowy prekariusz - ktoś, kto nie nadaje się do żadnej roboty, ale ma wielkie niespełnione ambicje (dobrym przykładem jest tutaj autor rozpaczliwego felietonu w "Krytyce Politycznej", który miał pretensje, że jako student musi pracować na "zmywaku", a powinien dostawać kasę za obronę demokracji).
      Dzisiejszemu komuniście nie przeszkadza także to, że jest wolnorynkowcem - przy czym pracować w pocie czoła na chleb mają oczywiście "inni" (Chińczycy, imigranci, roboty).
      Środki są inne, ale cele te same - przejęcie władzy. Dzisiejsza rewolucja komunistyczna w Europie nie przebiega tak drastycznie jak kiedyś, bo oparta jest głównie na powolnym praniu mózgów. Niemniej oczywiście są przygotowane w zanadrzu środki terroru, gdyby komuś nie pasowała idea tolerancji dla wszystkiego. Tym środkiem jest konieczność obsługi długu publicznego, który cały czas się powiększa w wyniku gospodarki sterowanej centralnie przez Partię.

      • olena.s Re: A'propos wyborów 22.10.18, 11:38
        Nie. Applebaum jako opozycję wobec monpartyjności i hierarchii wyznawców stawia wolną konkurencję. Rynkową, ideologiczną.

        A przejęcie władzy jest celem każdego organizmu politycznego, każdej partii bez względu na poglądy i filozofię.
        • 45rtg Re: A'propos wyborów 22.10.18, 14:22
          olena.s napisała:

          > Nie. Applebaum jako opozycję wobec monpartyjności i hierarchii wyznawców stawia
          > wolną konkurencję. Rynkową, ideologiczną.

          No to na wolnym rynku ideologicznym akurat wygrali ci, których Applebaum nie lubi. Peszek.
          • piepe Re: A'propos wyborów 22.10.18, 14:30
            W Polsce jeszcze jako-tako się naród broni przed masowym duraczeniem i ideologią tolerancji dla niektórych, ale akurat PiS nie ma z tym nic wspólnego (jeśli to oni twoim zdaniem wygrali).
            • 45rtg Re: A'propos wyborów 22.10.18, 14:32
              piepe napisał(a):

              > W Polsce jeszcze jako-tako się naród broni przed masowym duraczeniem i ideologi

              A ty to idź spadaj do jakichś michalkiewiczów.
              • piepe Re: A'propos wyborów 22.10.18, 14:52
                Niezłe - ujadacz, który tylko ujada, bo nie ma nic do powiedzenia w temacie, przyznał sobie funkcję moderatora dyskusji big_grin
          • olena.s Re: A'propos wyborów 22.10.18, 15:51
            Biedaku.....
            • 45rtg Re: A'propos wyborów 22.10.18, 15:57
              olena.s napisała:

              > Biedaku.....

              E tam zaraz biedaku. Owszem, towarzystwo, które nie leży Applebaum mnie nie leży również, ale nie przejmuję się tym aż tak bardzo, jak ona. Czyli jestem wygrany smile
        • piepe Re: A'propos wyborów 22.10.18, 14:24
          Ależ mamy wolną konkurencję "rynkowo - ideologiczną". Między agenturami wpływu - rosyjska, niemiecką i amerykańsko-żydowską. Monopartyjność i pozorna walka dwóch partii jest tego przejawem - raz to jesteśmy pod wpływem niemieckim, raz amerykańsko-żydowskim. Reszta jest tylko - za Michalkiewiczem - masowym duraczeniem, żeby naród miał trudności w połapaniu się o co chodzi, a ostatecznie aby przestał czuć narodową przynależność, wtedy duraczenie nie będzie już potrzebne.
      • josef_to_ja Re: A'propos wyborów 22.10.18, 19:55
        Piepe Ty mądra kobieta jesteś.
    • echtom Re: A'propos wyborów 22.10.18, 10:29
      Tak niemerytorycznie zastanawiam się, ile moich relacji z ludźmi rozpadło się z powodu różnic światopoglądowych. W zasadzie przychodzi mi do głowy jedna osoba, ale to raczej rozluźnienie kontaktu, bo nie przeszłabym na jej widok na drugą stronę ulicy. W sumie ciekawy temat na osobny wątek.
    • maadzik3 Re: A'propos wyborów 22.10.18, 14:28
      czytałam, rewelacyjny
      • olena.s Re: A'propos wyborów 22.10.18, 15:51
        smile
    • tanebo2.0 Re: A'propos wyborów 22.10.18, 17:05
      https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/thumb/9/90/Caran-d-ache-dreyfus-supper.jpg/804px-Caran-d-ache-dreyfus-supper.jpg myślę że ilustracja ta dobrze oddaje nasza sytuację. Natomiast zauważyłem że częścią pisowców kieruje coś innego - chęć zmiany...

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka