masz_ci_los
23.08.19, 20:52
Mam dość i jest mi źle.
Dziecko mi się rozwydrzyło. Nie chciałam tego, ale chyba nie mogło być inaczej bo całe życie daję sobie wchodzić na głowę, nie potrafię obronić żadnej swojej granicy (właściwie praktycznie ich nie mam). Wszyscy błyskawicznie orientują się, że można mnie ignorować. Jestem typem osoby, która kiedy mówi, żeby zrobić coś tak i siak, to i tak nikt nie posłucha, nawet w jej własnym domu, nawet jeśli to dotyczy jej samej. Taki napis "miej mnie w doopie" na czole.
No i nie mogło być inaczej. Widzę jak na dłoni, że nie mam za grosz autorytetu u córki. Nie jestem autorytetem i oparciem, którym zawsze chciałam być, ale kompletnie nigdy nie potrafiłam. I tym trudniej mi było, że nie doświadczyłam takiej relacji z dorosłym. Wiedziałam więc, że ma być inaczej niż w moim dzieciństwie, tylko wielka niewiadoma: jak? Próbowałam naśladować innych, rzucałam się to na taki, to na inny poradnik, ale wszystko wychodziło mi zawsze sztywno, pokracznie i niekonsekwentnie (kiedy zdarzała się nieksiążkowa sytuacja i zachowywałam się po swojemu). W końcu stanęło na tym, że raz jestem sobą, z wyżej wspomnianym napisem na czole, aż w końcu jest większa akcja i włącza mi się: "aha, to jest moment, w którym wg mojej wiedzy powinnam powiedzieć coś surowiej" więc zaczynam jakąś zasłyszaną gadkę typu: "jak się do mnie odzywasz? nie jestem twoją koleżanką" i tym podobne bzdety. Efekt oczywiście żałosny. Na razie córka ma 6 lat, więc łatwo to jakoś ogarnąć, ale widzę jak na dłoni, że zaraz stanę się popychadłem i zerem dla własnego dziecka jak i dla wszystkich innych.
To tyle, wyrzygałam, co chciałam.