berber_rock
25.04.20, 21:47
A co, jeśli COVID-19 wydostał się z laboratorium P4, a nie jak twierdzą władze chińskie – pojawił się na pełnym dzikich zwierząt mokrym targu w Wuhanie? Co jeśli do wybuchu epidemii doszło po przypadkowym zakażeniu jednego z pracowników laboratorium?
O ile teorie spiskowe o wytworzeniu wirusa przez chińskich naukowców – chętnie podejmowane m.in. przez francuskiego wirusologa, współodkrywcę HIV prof. Luca Montagniera – zostały obalone przez licznych naukowców, o tyle tezie o przypadkowym zakażeniu jednego z pracowników laboratorium poważnie przyglądają się m.in. amerykańskie służby. Te podejrzenia wzniecane są przez nieścisłości statystyczne podawane przez chińskie władze na temat stanu epidemiologicznego w ich kraju, a także udaremnianie rzetelnej pracy WHO i ekspertów zagranicznych w Wuhanie.
To dlatego amerykański sekretarz stanu Mike Pompeo wskazał na konieczność zbadania tej sprawy, a szef brytyjskiej dyplomacji Dominic Raab stwierdził, iż Chiny winny odpowiedzieć na te „trudne pytania”. Emmanuel Macron zaś powiedział: „Coś się tam niewątpliwie stało, ale nic o tym nie wiemy”.
Zaambarasowana Francja
Dla Paryża sprawa jest tym bardziej kłopotliwa, że laboratorium P4 w Wuhanie – to placówka z technologią wymagającą bezpieczeństwa biologicznego na najwyższym poziomie, badająca nieznane wirusy, na które nie ma dotąd szczepionki ani leku – było finansowane i wyposażone przez Francję.
Od początku współpraca francusko-chińska w tak wrażliwej dziedzinie wywołała we Francji wiele głosów sprzeciwu. Dziennikarskie śledztwo przeprowadzone przez francuskie publiczne radio potwierdza, że w 2004 r. – za prezydentury Jacques’a Chiraca – Francja znacznie poszerzyła współpracę z Chinami w dziedzinie medycyny i biologii. Ówczesny minister spraw zagranicznych Michel Barnier podpisał wtedy umowę o przekazaniu Pekinowi nowoczesnych technologii i o pomocy przy budowie laboratorium P4 w Wuhanie. Wcześniej premier Francji Jean-Pierre Raffarin spotkał się z Chen Zhu, chińskim lekarzem wyszkolonym w paryskim szpitalu Saint-Louis i zaprzyjaźnionym z byłym prezydentem Chin Jiang Zeminem.
Rok wcześniej, w 2003 r., epidemia SARS mocno uderzyła w Chiny.
„Pojawiły się głosy, by w badaniach nad nowymi wirusami koniecznie wesprzeć Chińczyków, by stworzyć do tego dobre warunki, aby nie pracowali sami, bez odpowiedniego sprzętu i wiedzy do tego typu eksperymentów. Innymi słowy, chodziło o to, by nie majstrowali przy wirusach po swojemu” – wyjaśnia wysoki rangą francuski urzędnik, który projektem zajmował się z bliska.
Od początku przy projekcie brakowało jednomyślności. Popierali go premier Raffarin i prezydent Chirac. Podobnie zresztą jak część wpływowych lekarzy, w tym Bernard Kouchner, oraz znany przemysłowiec z branży szczepionkowo-farmaceutycznej Alain Mérieux, który we współpracy z chińskim partnerem, doktorem Chen Zhu, przewodniczył zespołowi pilotującemu projekt. Głosy ostrzegawcze płynęły od specjalistów ds. nieproliferacji z ministerstwa spraw zagranicznych i obrony, z sekretariatu generalnego obrony i bezpieczeństwa narodowego, ze środowisk badawczych itd.
Jedni przestrzegali, że dostarczenie Chińczykom laboratorium typu P4 to dawanie im do ręki narzędzi do stworzenia groźnej broni biologicznej. Inni dodawali, że w przeciwieństwie do instalacji jądrowych i chemicznych międzynarodowy nadzór nad wrażliwymi materiałami biologicznymi nie istnieje.
Chiny, czyli totalny brak przejrzystości
Przypominano, że rząd Jean-Pierre’a Raffarina zaraz po epidemii SARS dostarczył Pekinowi mobilne laboratoria biologiczne typu P3, o których nikt nie wiedział, w jaki sposób były wykorzystywane. Niechętni projektowi specjaliści wskazywali na „problemy w uczeniu się” Chińczyków, brak „przejrzystości” w działaniu, „opór” wobec modelu współpracy proponowanego przez Francuzów.
„Trzeba mieć świadomość, że laboratorium typu P4 to jak fabryka przetwarzania odpadów nuklearnych – atomowa bomba bakteriologiczna” – dodaje nasz rozmówca.
Wirusy tam badane – np. Ebola – są ekstremalnie niebezpieczne. Procedury bezpieczeństwa – kombinezony, śluzy sanitarne – muszą być tam ściśle przestrzegane. Mimo ostrzeżeń specjalistów politycy podjęli decyzję o rozpoczęciu projektu. W styczniu 2015 r. laboratorium było gotowe. Inauguracja jego działalności zbiegła się z pierwszą oficjalną wizytą w Chinach prezydenta Macrona w styczniu 2018 r.
„Wszystko się przeciągało, ale Paryż dał w końcu zielone światło. Wówczas mieliśmy jeszcze inne projekty z Chinami: budowy zakładu odpadów jądrowych, kontrakty na sprzedaż wielkiej liczby airbusów. W przeciwieństwie do Stanów Zjednoczonych Francja jako średnie mocarstwo nie może sobie pozwolić na wstrzymanie takich projektów. Nie byłaby w stanie udźwignąć gospodarczych konsekwencji” – tłumaczy ekspert.
Premier Francji Bernard Cazeneuve odwiedza laboratorium P4 w Wuhanie, 23 lutego 2017 r. Fot. Johannes Eisele/AFP/East News
I dodaje: „Mamy miękkie podbrzusze. Niekiedy czynimy zbyt duże ustępstwa, by nie paść ofiarą szantażu. Wiemy też, że Chińczycy chcą przejąć naszą technologię”.
– Nasze władze – dodaje dyplomata – popełniły grzech naiwności. Myślały, że Chińczykom można zaufać. Projekt był skomplikowany. Na papierze wszystko było ustalone, lecz w ogóle nie byliśmy pewni, czy te ustalenia będą przestrzegane.
Ambasada USA alarmował już dwa lata temu
Ciąg dalszy historii laboratorium P4 w Wuhanie pokazuje, że rację mieli raczej ci, którzy sprzeciwiali się jego budowie.
Prace budowlane wykonywały firmy chińskie. Tymczasem, jak wyjaśnia ekspert, „architektura kompleksu P4 jest skomplikowana – rozmieszczenie zamkniętych przestrzeni wymaga szczególnej wiedzy i metod”. W 2015 r. Alain Mérieux odszedł z funkcji współprzewodniczącego projektu.
Pięćdziesięciu francuskich naukowców, którzy mieli pracować na kontraktach w P4 w Wuhanie przez pięć lat, nigdy tam nie pojechało. I tak oto wbrew „umowie” zawartej pomiędzy Paryżem i Pekinem Chińczycy prowadzą w Wuhanie badania bez nadzoru i wsparcia francuskich ekspertów.
Czy Chiny udaremniły ich przyjazd? Czy może Francja nie miała środków, by ich tam wysłać? Faktem jest, że laboratorium wymknęło się spod kontroli francuskich naukowców. W ubiegłym tygodniu „Washington Post” poinformował, że w styczniu 2018 r. ambasada amerykańska w Pekinie alarmowała Biały Dom, że w laboratorium P4 nie przestrzega się wymaganych środków bezpieczeństwa.
Nawet chińskie media – 16 lutego br. – donosiły o braku wymaganych zabezpieczeń w P4, twierdząc, że laboranci po wykonaniu eksperymentu wyrzucali materiały laboratoryjne do ścieków bez uprzedniego odkażenia odpadów biologicznych. Wyjawiły także, że niektórzy pracownicy laboratorium, chcąc dorobić, sprzedawali na rynku w Wuhanie zwierzęta, na których wcześniej przeprowadzali doświadczenia.
W tym czasie eksperci powtarzają jak mantrę: „Musimy dokładnie wiedzieć, skąd pochodzi ten wirus, by zapobiec nowym epidemiom