W zwiazku z covidem kolejki do kas sa obecnie rzadsze niz kiedys, co z jednej strony jest fajne, a z drugiej jakby mniej. W jednym sklepie musialam pytac 10 osob, czy stoja w kolejce, czy moze tylko stoja ot tak sobie, bo byli sznureczkiem rozsiani pomiedzy polkami

W innym z kolei stalam w kolejce do kasy, z wypchanym koszykiem, a tu nagle miedzy mnie i poprzedniczke wchodzi pan (z jedna rzecza, co zauwazylam z opoznieniem) i nagle sie zatrzymuje. Upal i koniecznosc noszenia maseczek nie nastraja mnie pozytywnie, wiec pana objasnilam, ze mimo zachowania odstepu, to ja jednak stoje w kolejce, a nie podziwiam widoki

Pan tez nie byl zadowolony, ale poszedl na koniec ogonka. No i tak sobie mysle, ze gdyby nie covid, to stalabym blizej poprzedniczki (nie, nie jej na plecach, ale jednak blizej, zeby bylo widac, ze w kolejce jestem) i pan by sie nie pomylil. A gdyby nie maseczki, przez ktore ledwo dysze (i ledwo widze), to po prostu bym faceta z jedna rzecza przepuscila, bo zawsze tak robilam. No i zrobilo mi sie jakby glupio. Nie lubie siebie takiej, wkurwionej na niewinnych ludzi, walczacej o miejsce, no po prostu nie lubie. Tylko tak trudno sie powstrzymac, i zeby nie opanowanie pana, to bym tam po ematkowemu gownoburze zrobila z niczego... Dla mnie zakupy w maseczkach to nowosc, wy bardziej zaprawieni w bojach - to tylko poczatkowy wnerw i przejdzie, czy mam juz teraz na jakies techniki relaksacyjne sie zapisac, bo bedzie tylko gorzej?