Nie lubię roku szkolnego, cały ten kołowrotek, poranne wstawanie, poganianie, żeby dziecię raczyło się pospieszyć, bo nie zdąży na własne lekcje, to umeczenie tego dzieciaka, bo ciągle jakieś sprawdziany, testy, a przed wystawianiem ocen to w ogóle młyn, liczba godzin spędzonych poza domem w ciągłej presji i stresie.... nie znoszę szkoły jako takiej, sama też nie lubiłam, choć nie miałam problemów z nauką.
Teraz 8 klasa, znowu wymiana nauczycielki od kluczowego przedmiotu, przychodzi jakas nowa nie wiadomo skąd, w perspektywie egzaminy i cały rok stresy, oceny - dziecko niestety ten aspekt szkolny zawsze znosiło tak sobie, a ja już zapadam się w czarne myśli i zniechęcenie. I tak będzie przez cały rok.
Dziecko szczęśliwe, że klasa, koleżanki, że coś się dzieje, a jednocześnie przemeczone, zestresowane, zarobione, obladowane milionem niepotrzebnych wiadomości i zadań.
Dopiero w wakacje czuję, że żyjemy jak normalni ludzie.
I niestety właśnie to dobre się kończy.
Tak tylko wyzalic się chciałam, szkoda mi dziecka/wszystkich dzieci w tym beznadziejnym systemie, w którym dzień jest wypełniony jak u pracownika korporacji, kto ma/miał dziecko w 7, 8 klasie, wie, o co mi chodzi.
Co roku jest okropnie, ale teraz to już czuję się, jakby mnie ktoś jako rodzica żywcem w ziemi zakopywal

(((.