Zima, niby nie zimno, a nawet niepokojąco ciepło jak na tę porę roku. Ale mokro. I szaro. A przede wszystkim tak błyskawicznie zapada zmrok.
Siedzę sobie i wspominam lato i tak... gdyby ktoś mi rok temu powiedział, że pewnego dnia wstanę i pójdę 52 kilometry z buta do Bochni przez Niepołomice i Kłaj to bym go chyba wyśmiała. Podobnie jakby mi zakomunikował trasę Kraków-Ojców czy choćby Kraków-Dobczyce. Ba, nawet trasa do Wieliczki to nie byłoby byle co, choć w to może bym była w stanie uwierzyć.
Ale jednak najbardziej wspominam Bochnię. Tak sobie właśnie leżę i nie mogę się nadziwić, jak dokładnie pamiętam najlepsze fragmenty. Jak pięknie pachniała łąka nad Serafą. Jak ślicznie wyglądał drewniany kościół w Grabiu. I Puszcza Niepołomicka. Ale przede wszystkim już sam koniec, jak docierałam na kładkę na Rabie. Co to był za zapach wtedy, 100% letniego wieczoru na wsi. Razem z obrazem i dźwiękiem. Jak ja się fantastycznie bawiłam przy tym, to aż boli.
2023 był jaki był - ciężki. Ale muszę stwierdzić, że jestem w życiowej formie. Poza tym, ematki, trzymajcie mnie za słowo - w 2024 dojdę do Zakopanego
Fotka z trasy na koniec roku.