headonshouldersbaby
23.04.24, 11:08
Od paru miesiecy mieszka z nami moja przyrodnia siostra. Niby wiem jak z nią rozmawiać i w ogóle jak rozmawiać z ludźmi ale tu poległam. Jest w żałobie od 6 miesięcy, w ciężkim momencie życia ( zmarła jej mama) , juz pare lat temu zauważyłam ze spożywa codziennie alkohol. Niby niedużo ale jednak. Po paru miesiącach jej mieszkania u nas zdecydowałam się z nią wczoraj porozmawiać ale trafiłam na ścianę , później ubrała się i poszła na noc do znajomej, niby bez dramatu i obrażenia się ale widać było ze ja to zabolało co powiedziałam. Powiedziała mi ze ona wcale dużo nie pije, tylko z powodu bólu pleców nie jest w stanie wshjsc z domu bez wypicia chociaż przysłowiowego naparstka wina , czyli problemu nie widzi. Cały czas narzeka ze nie jest w stanie myśleć i ze jej mozg nie funkcjonuje tak jak trzeba itp, próbowałam wytłumaczyć ze gdybym siedziała całymi dniami w ciemnym pokoju, zasłonięte rolety, ciemno i brak powietrza a na świeże wychodziła tylko na fajkę i pila codziennie , nawet ta mała ilość, to jest mała ilość 5 dni w tyg ale 2x w tyg jest butelka albo więcej..... ja chyba bym się zastrzeliła lub wpadła w szaleństwo... tak było i przed czasami żałoby i teraz, z tym ze teraz wręcz wylewa się z niej cały czas smutek, kiedyś jeszcze się śmiała dużo, była taka iskierka, troszkę leniwa zawsze i zawsze polegająca na swojej urodzie , pracy prawdziwej nigdy nie miała ale miała umiejętności nawiązywania znajomosci, miała swój urok i zawsze jakoś dawała rade mimo ze nie miała nigdy luksusów, ale teraz jest masakrycznie zdołowana tym jak poszło jej życie plus śmiercią mamy.. Ona zaprzeczyła ze ma jakikolwiek problem, mówi ze robi co może, mimo ze widzę jak żyje. Pali dużo papierosów, malenko je, jest wychudzona, jest przepiękna kobieta , utalentowana, która po prostu zaczyna wyglądać jak słabiutka staruszka wszystko ja przytłoczyło ale wydaje mi się ze alkohol gra tu ogromna role. Proponowałam wszystko, karnet na siłownię, może mieszkać ile chce, może jeść co chce z lodówki, generalnie wyjeżdżamy zaraz i cały dom jest 'jej' do końca lata. Juz sama zostawala wcześniej , nawet jestem spokojniejsza jak ktoś tu mieszka jak nas nie ma wiec naprawdę na plus sytuacja. Miałam nadzieje ze wprowadzi się do nas i się pozbiera nie będzie się martwic o mieszkanie / czynsz to jej odejdzie duży problem i się skupi na 'pozbieraniu swojego balaganu'. No ale nie wygląda na to. Na początku jeszcze się jakoś poczuwała żeby posiedzieć z dzieckiem czy pomoc w domu , ale teraz juz w ogóle wszystko zlała. Naprawdę poległam nie wiem jak jej pomoc, nie wiem czy ona chce konkretnie się pozbierać czy po prostu żałobą i cala reszta jest wymówka na kontynuacje takiego stylu zycia .. Czuje się jak ostatnia bicz ze oczekuje ze się pozbiera kiedy ona może po prostu nie potrafi. Nie ma motywacji w sumie do niczego , wyglada mi to na ciężka depresje albo ciężkie lenistwo. Wiem ze gdyby to ona miała kasę i duży dom to napewno pomogłaby mi, ma złote serce, zreszta pomogła mi ogromnie w wielu momentach życia nawet zanim ja miałam lepiej, dzieliła się tym wszystkim co miała. Trochę mnie wkurza ze sama z siebie nie weźmie odkurzacza, raz na tydzień może rozładuje zmywarkę / rozwiesi pranie. Czasami mnie strzela ze wracam do domu, jest druga baba która nawet nie pracuje, a bajzel i wszystko na mnie czeka. Ale to moje dzieci, moje psy, moje pranie wiec tez nie 'oczekuje' pomocy jestem tylko w szoku ze sama się nie poczuwa, ze nie ma takiej wewnętrznej potrzeby żeby się odwdzięczyć. No i...... zaczyna mnie to drażnić. I drażni mnie to tez, ze zaczyna mnie to drażnić bo nie lubie się tak czuć bo pomagam bezinteresownie, a jednak widzę luki w jej charakterze i zaczynam rozumieć dlaczego tak jej życie wyglada.
No wiec wczoraj powiedziałam jej ze musi podjąć decyzje poprawy, ze ma nastawić sobie budzik rano i wstać jak reszta świata, iść na spacer rano zamiast fajki, ( tu juz wymówka ze ja plecy bola ) żeby poćwiczyła, jadła porządnie, nakleiła plaster nikotynowy, żeby otworzyła okno w pokoju i zasłony , żeby usiadła przy biurku do pracy a nie leżała w rozbabranym łóżku, żeby przestała pic codziennie, żeby się wzięła k.... w garść bo jest złe i będzie gorzej. No i ona wyszla z domu niby nie obrażona ale widać ze ja to ubodło.
Boje się ze jestem zbyt surowa w takim momencie jej życia a z drugiej strony nie czuje się jak dobra siostra jak milczę i tylko obserwuje jak jest coraz gorzej. Terapeutę ma, ale cos czuje ze go okręciła wokół palca bo jest ogromnie emocjonalnie inteligentna poza tym nie przyzna się do alkocholu ani do niczego innego. Wyprowadzka jej nie wchodzi w rachubę, nie ma gdzie iść narazie.
Nie wiem jak z nią rozmawiać , nie chce tez po wczorajszym niezdrowej atmosferki w domu