simapetyczna
22.02.25, 13:05
Było tak. W urzędzie, gdzie pracuję od 3 lat była babka na zastępstwo. Super pracownica. Szybka, bystra, bezproblemowa i przyjazna. Dlatego aż przez 3 lata wymyślano jej kolejne zastępstwa, bo nie chciano jej się pozbywać. Tutaj uwaga dla nieznających realiów pracy w urzędach. Żeby mieć umowę na stałe (a najpierw na czas określony), trzeba wziąć udział w rekrutacji i zdać egzamin. Jeśli się go nie zda, można być tylko na zastępstwo (nie dotyczy stanowisk stricte administracyjnych czy niekiedy eksperckich). Jak wspomniałam świetna pracownica i koleżanka, ale głowy do nauki przepisów i testów nie ma. Dlatego nigdy w konkursach nie startowała. Na jej stanowisku (obsługa klienta) potrzebne zresztą to nie jest. W końcu razem z przyjaciółką namówiłyśmy ją, żeby wzięła udział w oficjalnej rekrutacji na stanowisko zbliżone do tego, które zajmuje w naszym urzędzie i podeszła do testu. Zrobiła to i... nie zdała. W efekcie nie wiadomo co dalej. Mam nadzieję, że nie będzie miała problemów, ale czuję się fatalnie. Chciałam dobrze, a nie powinnam się wtrącać. Zastanawiam się czy nie iść do naczelnika i porozmawiać informując o sytuacji i swoim w niej udziale. Myślicie, że to dobry pomysł?