wieslawa-siemiatkowska
12.12.04, 14:31
Piszę pod innym nickiem.
Chciałabym podzielić się z Wami moim problemem. Dotyczy on studiów ale nie
tylko. Wszystko zaczęło się już w szkole średniej.
Jestem osobą sumienną i poważnie traktującą swoje życie. Odkad pamiętam
uczyłam się świetnie i byłam prymuską. Nie kryję, że wzbudzało to zazdrość u
koleżanek i kolegów z klasy, potem z grupy na studiach.
Chodziłam do klasy mat-fiz. Jest to bardzo absorbujący profil. Wymaga
porządnej, systematycznej nauki. Miałam kolegę, który pod płaszczykiem
sympatii do mnie notorycznie ode mnie ściągał lub domagał się podpowiedzi. Na
szczęście przejrzałam go w porę. Zresztą gdybym nie przejrzała to też nie
podpowiadałabym mu. Na maturze pisemnej z matematyki zauważyłam, że kolega
ten, a ślizgał się jakimś cudem z klasy do klasy korzystając z pomocy innych
dziewcząt, najzwyczajniej w życiu ściąga. Zwróciłam mu uwagę delikatnym
chrząknięciem. Nie poskutkowało. Wstałam i podeszłam do stołu komisji.
Powiedziałam o wszystkim. Na dowód tego, że mówię prawdę, powiedziałam, gdzie
trzyma ściąge. Pan z kuratorium zabrał mu ściągę, kartkę i kazał wyjść.
Matury nie zdał oczywiście. Do dzisiaj ten człowiek ma do mnie pretensje.
Podobnie było na studiach. Miałam przyjaciółkę. Była z mojej grupy. Uważałam,
że jest sympatyczną koleżanką. Do czasu. Aż odkryłam, dlaczego się ze mną
przyjaźni. Na pisemnym kolokwium bezczelnie przesiadła się i zaczeła pisać
zadania z mojej grupy! Odpisywała bez najmniejszych skrupułów! Nie
pozostawiłam tego tak. Poszłam do asystenta i powiedziałam mu o wszystkim.
Koleżanka poniosła olbrzymią karę. Wg mnie słuszną. Wyszło na jaw, ze nic nie
umie. Długo musiała się uczyć, aby zaliczyć od nowa wszystkie ćwiczenia
pisemne i ustne. Oczywiście ma do mnie pretensje. A moim zdaniem trzeba było
się uczyć.
Teraz jestem na studiach doktoranckich. I znowu zauważam, jak dużo młodych
ludzi nauki podchodzi do tematu swoich prac badawczych z przymrużeniem oka.
Jestem matką i nie chciałabym uczyć mojego dziecka, że można do wszystkiego
dojść oszustwem i krętactwem.
Czy ktoś z Was chciałby leczyć zęby u niedouczonego dentysty lub nie daj Boże
mieć operację u chirurga, który zdawał egzaminy na ściągach?
Kto ma rację? Ja czy moi koledzy? Ja myślę że ja. Więc dlaczego obrażają się
na mnie? Czyżby wyrzuty sumienia mimo wszystko?