Witam,
Starsze (stazem) forumowiczki na pewno wiedzą, bo nigdy się z tym nie kryłam,
a wręcz obnoszę się z tym, a młodszym powiem teraz: mam dziecko z probówki.
Podkreślam to zawsze kiedy mogę. Mam taką swoją życiową misję, uświadomić
każdego kto tylko zechce co to jest in vitro i z czym to się je

.
Pomysł na ten wątek powstał dzisiaj po pewnym idiotycznym tekście...
Niedawno pisałam list na temat in vitro, więc pomyślałam, że mogę jego
fragmenty dać Wam do przeczytania.
Wiem, że wiedza ta temat sztucznego zapłodnienia jest znikoma. Jest to
niestety temat tabu, osoby dotknięte niepłodnością zazwczaj się do niej nie
przyznają. Więc niniejszym otwieram wątek na temat in vitro. Jeśli macie
jakieś pytania proszę piszcie, postaram się odpisać tutaj lub (tym bardziej
nieśmiałym) na priva.
Zapłodnienie in vitro proponowane jest niepłodnym parom w przypadku gdy
przyczyną niepłodności jest:
- niedrożność jajowodów
- endometrioza
- czynnik męski
- niepłodność idiopatyczna (niewyjaśnionego pochodzenia)
Jeśli chodzi o sam zabieg zapłodnienia pozaustrojowego to jego
wybór zależy od lekarza prowadzącego. Na podstawie dianozy obojga
małżonków dobiera on najlepszą metodę w danym przypadku.
Upraszczając:
- In vitro polega na pobraniu jajeczek od kobiety, plemników od
faceta, wypreparowaniu ich odpowiednio i wrzuceniu na 2 dni na
płytkę szklaną (a nie do probówki

). W ciągu tych dwóch dni
chłopaki ostro działają - przebijają się przez skorupki jajeczek i
zapładniają je (dokładnie tak jak w jajowodach w naturze).
Statystyki mówią, że 50% komórek jajowych powinno się zapłodnić.
- In vitro ICSI polega na odpowiednim wypreparowaniu jajeczek i
plemników po czym łapie się plemniczka, urywa mu ogonek i za
pomocą odpowiedniej igły wprowadza się go bezpośrednio do
jajeczka. Czyli wspomaga się naturę w samym akcie zapłodnienia.
Potem też czeka się dwa dni na efekty tych działań. Zazwyczaj 70%
komórek jest zapłodnionych i zaczyna się dzielić.
W moim przypadku niepłodność jest efektem źle leczonego zapalenia przypadków.
Jako 20-latka byłam poddana operacji, na skutek której straciłam obydwa
jajowody i jajnik. Aby nie ryzykować utraty zbyt dużej ilości jajeczek
lekarz, który mnie prowadził, zdecydował o in vitro ICSI.
Wracając do zapłodnienia...
Zanim do niego dojdzie trzeba te jajeczka wyprodukować. Gdy kobieta zgłasza
się do lekarza dostaje leki izaczyna je zazwyczaj brać od początku cyklu,
czyli od 1 dnia miesiączki. W przededniu jajeczkowania (ok 12 - 14 dzień
cyklu) podawany jest zastrzyk powodujący pękanie pęcherzyków. Następnego dnia
kobieta ląduje na stole operacyjnym i specjalną sondą, pod
okiem USG lekarz pobiera wszystkie jajeczka. W tym czasie
mężczyzna oddaje nasienie. Jajeczka i nasienie zabiera specjalista
z laboratorium, który przygotuje odpowiednio gamety i będzie
czuwał nad ich zapłodnieniem. Po dwóch dniach przyszli rodzice
przychodzą do kliniki, ogladają swoje siedmio- lub ośmiokomórkowe
dzieci na monitorze mikroskopu. Zazwyczaj dwójka lub trójka z nich
trafia do specjalnej sondy do transferu. Resztę od tej pory
będziemy nazywać mrozaczkami - bo trafią do ciekłego azotu i
poddane zostaną hibernacji. Będą czekać na swoją kolej. No a ci z
sondy zostają wprowadzeni do cieplutkiej i mięciutkiej macicy i
mają jedno jedyne zadanie - złapać się mocno pazurkami i nie
puszczać. Jeśli im się to uda, po dwóch tygodniach ich mama
znajdzie na teście ciążowym dwie upragnione kreseczki.
Mnie udało się za trzecim razem. Za pierwszym razem "wyprodukowałam" 8
jajeczek. Zapłodniło się 7. Trzy embriony były podane, cztery zamrożone.
Niestety nie udało się ani tym pierwszym trzem, ani miesiąc później
odmrożonym mrozaczkom. Po kilku miesiącach przerwy było następne podejście.
Tym razem z pięciu jajeczek zapłodniły się trzy. Z tych trzech jednemu udało
się pozostać ze mną przez kolejnych dziewięć miesięcy. Jak wygląda teraz,
możecie zobaczyć klikając na link w sygnaturce
To by było na tyle

Jeśli macie pytania piszcie.
Fiszerowa