paulinajan
25.10.05, 19:50
Dziś poczułam się jakby ktoś wbił mi nóż w serce. Teściowa przebrała miarkę.
Jesteśmy z mężem szczęśliwym małżeństem od 7 lat. Mamy cudownego 4 letniego
synka, którym to ja sie zajmowałam dopóki nie poszedł od września do
przedszkola. W tym czasie ja poszukuję pracy. Moja teściowa była przeciwna
przedszkolu, bo uważała (razem z teściem), że mozemy zostawić im dziecko na 5
dni i w weekendy byłby tylko w domu. (ciekawe: a w weekendy to oboje
studiujemy). Ostatnimi dniami mały miał anginę i przez parę dni nie jadł. Ja
go do jedzenia nie zmuszam, bo wiem, że to sensu nie ma i po co ma wymiotować.
Teściowa pomagała nam w ten sposób: czasem większe zakupy czy pieniądze (o
które nigdy nie prosiliśmy!). Mój mąż prawdopodobnie straci pracę
(likwidacja zakładu), ale ma już na oku inną (co prawda trochę dalej od domu
i byc moze będziemy się widzieć tylko w weekendy). Ale do rzeczy o co mi
chodzi: dziś mojemu meżowi nagadali: że nie będą nam pomagać, bo niedojże "my
pójdziemy z torbami to jeszcze oni". W zwiazku z tym chcą, byśmy się
przeprowadzili do ich mieszkania (w bloku - 2 pokoje)bo mają cenatralne i tak
by nam pomogli. Dodam, że my też mamy 2 pokoje, tyle, że grzejemy piecem na
węgiel. Teściowa powiedziała, że jeśli my nie chcemy siewprowdzić, to
chociaż "dajmy im na zimę małego, bo my nie mamy stałej temperatury, że mały
u mnie nie je (gotuję codziennie 2 wartościowe dania na obiad!), że do
przedszkola go daję, a pieniędzy nie mamy. Chcą, byśmy zostawili małęgo na
całe poł roku, a sami powiedzieli do mojego męża: "my wam nie będziemy
utrudniać kontaktu". teściowa powiedziała też: "mały by się zgodził, bo ona
jest bardzo za mną". POczułam się jak rodzic bez serca. Ja tej rozmowy nie
słyszłam, tylko mąż mi przekazał, ale była to najgorsza rzecz jaką usłyszałam
przez 28 lat. Mój mąż wyszedł od nich tak wkurzony, ze (chociaż nie pali)
zapalił papierosa. Czy oni mogli pomyśleć, że my w sytuacji kryzysu
finansowego moglibyśmy oddać dziecko (jak rzecz)im? równie dobrze każda
matka, która nie ma kasy powinna oddać dziecko babci na wychowanie albo od
razu do Domu Dziecka. Teściowa jest osobą nadopiekuńczą, jak przyjeżża do
małego: to karmi go, lata za nim z łyżką zupy, chodzi za małym do ubikacji
(choć mały potrafi załatwic się sam), na podwórko ubierze dziecko tak, że
przychodzi mokre, przed obiadem naciśnie małemu kinderków, a potem ma do mnie
pretensje, ze on nie chce jeść. Mały nigdy u niej nie spał i nie chce spać,
bo po pierwsze nei ma tkaiej potrzeby, a po drugie chore to jest. Sprawa
teścia: jest takim dziadkiem, że mały jak się cieszy i czasem psoci to
potrafi mu nawet klapsa dać. Wiecznei wrzeszczy na niego, a mój synek jest
tam koło 2 godzin w niedzielę czy w sobotę. Nie mieszkamy razem i kontkaty
nie są zbyt częste. Tzn. raz , dwa razy w tygodniu. Ale dochodzę do wniosku,
że gdy wychodzę (w sprawie pracy czy studiów) to babcia buntuej dziecko, bo
mały często mówi do mnie: "nie lubie cię, nie kocham cię" i bije mnie przy
niej. Nie wiem juzjak reagować! mam Dość!!!. Jutro jeśli teściowa przyjedzie
mam zamiar jej powiedzieć, że jesteśmy dorośli, że to my jesteśmy rodizcami i
my będziemy decydować o naszym dziecku. Jakby nie to, że oboje studiujemy
(mąż kończy, mi 2 latka zostało) to wyjechalibyśmy za granicę. tak,
ucieklibysmy... Ale na razie mam zamiar wyrzucic z siebie emocje.
Musiałam się wygadać. Przepraszam, że takie długi post.