Rozpocząłem nowy wątek bo wydaje mi się, że sytuacja tego wymaga (tamten jest już przeciążony, no i odeszliśmy od głównego tematu). Prosiłbym Was o przeniesienie tutaj dyskusji - będzie łatwiej nam wszystkim.Zacznę od tego, że bardzo posmutniałem czytając posty Hermiony i wturujących jej koleżanek. Zdaża mi się takie coś niezwykle rzadko (wybaczcie proszę - ja już nie wiem czy powinienem napisać "żadko", czy rzadko, a Dorka śpi).Podobnie jak Nastka poczułem iskierkę nadziei, że może jest jakaś szansa dla naszych dzieci. Szansa w Domowej Edukacji.Hermiona, którą nie ukrywam bardzo cenię, jakby tę nadzieję mi zabrała. Nie dam się rzecz jasna tak łatwo, ale zrobiło mi się na prawdę bardzo przykro. Nie dlatego, że Hermiona, myśli tak jak myśli, ale dlatego, że zdałem sobie sprawę, że w ten sposób jak Ona będzie myślało prawdopodobnie 99% społeczeństwa i z tej pięknej idei wyjdą nici. Wcześniej przez chwilę myślałem nawet, że może w ciągu kilku lat uda się przeforsować rozwiązania prawne, które Domową Edukację umożlwią.Dość tego marudzenia. Chciałbym zadać kilka otwartych pytań na które trzeba sobie odpowiedzieć jeśli jest się przeciwko Domowemu Nauczaniu. Nie mam na myśli osób, które nie chcą tego same robić (bo nikogo nie chcę do tego zmuszać, ani namawiać), ale mam na myśli osoby, które nie chcą aby kto inny mógł to robić dla dobra swoich dzieci.Po pierwsze. Dlaczego Państwo ma nam ograniczać sposób kształcenia naszych dzieci. Dlaczego nie możemy mieć wolności wyboru?Rozumiem ograniczenia narzucane przez Państwo, które wiążą się z czyjąś krzywdą, lub ważnym interesem Państwa. Czy zgoda na samodzielne kształcenie swoich dzieci wiąże się z czyjąś krzywdą, czy kłóci się z jakimś ważnym interesem Państwa? Zakładam co semestralną weryfikację wiedzy najpóźniej w momencie przewidzianym dla danego wieku. W przypadku niezdania w tym terminie egzaminu - przymus nauki w szkole tradycyjnej. W najgorszym więc razie dziecko, którego rodzice nie byli w stanie (lub nie chcieli) przyłożyć się do nauki byłoby "w plecy" o rok w stosunku do rówieśników. Powtarzam więc pytanie co złego może spotkać dziecko uczone w systemie Domowej Edukacji?Tak się składa, że mam (i pewnie nie tylko ja mam) całą masę odpowiedzi na pytanie "Co może spotkać złego dziecko uczące się w tradycyjnej (Bogusiu wybacz) szkole. Nie znajduję jednak żadnych złych stron w takim sposobie edukacji.Pytanie drugie.Dlaczego ignorujecie poważne i naukowe dane na temat rezultatów Domowej Edukacji z krajów gdzie jest ona powszechna? Przecierz Bogusia podawała linki i cytaty z oficjalnych opracowań, które mówią o sukcesach tej formy nauki. Dlaczego uważacie, że w Polsce to się na pewno nie uda? Dlaczego nie można spróbować? Na jakiej podstawie twierdzicie, że Polacy są na tyle głupim narodem, że nie będą w stanie tego robić? Przecierz nie mówimy o tym, że szkoły mają być zlikwidowane, ale o tym, żeby osoby chętne miały alternatywę.Pytanie trzecie.Wiecie moje drogie krytykantki w dużym mieście jest wybór - można zmienić szkołę, czasem można nawet wywalić złego nauczyciela. Myślicie, że tak jest wszędzie? Są miejscowości, gdzie nauczyciel jest święty mimo, że jest najgorszym świnią i baranem, bo NIKT nie przyjdzie na jego miejsce. Po prostu nikt mu nic nie zrobi, bo nie ma dla niego alternatywy! Dlaczego nie checie dać jednak rodzicom, którzy nie mają możlwości ani zmiany nauczyciela, ani zmiany szkoły możliwości uczenia dziecka samemu? Co z dziećmi z biednych rodzin, które są nieprzeciętnie zdolne? Dlaczego jak chce Hermiona wynagradzać im nudzenie się na lekcjach? Dlaczego one zamiast sie uczyć na miarę swoich możliwości siedzą na lekcji i patrzą w sufit i marnują czas? Po co stwarzać sytuację, którą potem trzeba "wynagradzać" na jakimś kółku zainteresowań? Czy myślicie, że w jakieś szkole powstanie kółko zaintersowań z predmiotu, gdzie jest jeden zdolny uczeń? Czy to nie jest stawianie sprawy na głowie? Pamiętam te przedmioty, gdzie siedziałem znudzony i gasł mój zapał i zaintersowanie do przedmiotu. Z chemii w ósmej klasie zdobyłem drugie miejsce na olimpiadzie wojewódzkiej. W trzeciej klasie liceum nie dostałem trójki na koniec roku tylko dlatego, że nauczycielka miała o mnie dobre mniemanie (wiedziała o moich wcześniejszych sukcesach). Ta nauczycielka zniszczyła moje zainteresowanie chemią. Wcale nie była taką złą nauczycielką (większość pozostałych nauczycieli była od niej gorsza). Nie tylko zainteresowanie do chemii zostało we mnie zniszczone przez nauczycieli

. Dlaczego musimy zdawać się na szczęście w przypadku doboru nauczycieli? Mojej nauczycielce od chemii żaden rodzic nie był w stanie nic zarzucić, była jak najbardziej poprawna, co więcej była wychowawczynią klasy i była jedną z nielicznych nauczycielek, które dało się lubić i szanować. I co z tego? Nauczycieli z pasją, którzy potrafią zainteresować przedmiotem w moje karierze było może dwóch. Byłem dobry z przedmiotów, którymi interesowałem się na własną rękę ZANIM pojawiły się w szkole. Jak kończyłem szkołę średnią, to byłem szczęśliwy, że pewnych przedmiotów (jak astronomia, informatyka, czy kosmologia) w szkole nie miałem... bo pewnie moje zainteresowanie nimi zostałoby zgaszone tak jak zainteresowanie chemią.Kłębi mi się w głowie wiele myśli. Nie chcę o wszystkich pisać aby nie zrobić Bigosu z tego wątku.Opowiem Wam jednak na koniec historię mojej przyjaźni z dzieciństwa. Chłopak z którym się zaprzyjaźniełem nie chodził ze mną do szkoły (w sumie to chodził, ale wtedy <klasy 1-3> nawet się nie znaliśmy). Zaprzyjaźniliśmy się bo mieliśmy podobne pro "naukowe" zainteresowania. Zaprzyjaźniliśmy się, dlatego, że jego rodzice potrafili stworzyć przyjazny dom w którym nawet codzienne odwiedziny były mile widziane jego kolegi. Był ode mnie starszy o rok i wiele się dzięki niemu nauczyłem. Nasza przyjaźn przetrwała ponad pięcioletnie mieszkanie od siebie w odległości ponad 300km. Zniszczyła ją dopiero kobieta. W gruncie rzeczy nie miałem szansy na żadną szkolną przyjaźń. Zawsze byłem outsiderem. Po pierwsze dlatego, że ciągle byłem "nowy" (podstawówkę zmieniałem 3 razy z powodu przeprowadzek), po drugie, dlatego, że dobrze się uczyłem. Czy jesteście w stanie zrozumieć, że ktoś specjalnie przestaje się uczyć by być bardziej akceptowany (a i tak nic to nie dało, bo nie potrafiłem robić tego co wszyscy, bo pewne rzeczy były dla mnie po prostu głupie)? Szkoła tak na prawdę uczy tego by się nie wychylać. Nie czarujmy się, że nawet najbardziej aktywni rodzice to zmienią - tu nawet nie chodzi o nauczycieli. Jak już przy nauczycielach i rodzicach jesteśmy - między innymi dlatego byłem outsiderem, że mój ojciec nie siedział cicho. Nie chcę opisywać znowu kolejnej historii, ale nie skończyło się to zawaloną maturą prawdopodobnie tylko ze względu na moje celujące oceny z matematyki(o jakichkolwiek zmianach wśród nauczycieli po wielkiej awanturze w związku ze skandalicznym zachowaniem się nauczyciela nie było nawet mowy).Proszę więc odpowiedzcie uczciwie na postawione wyżej pytania. Do osób, które uwazają, że Domowa Edukacja może być alternatywą dla tradycyjnej szkoły (a w szczególności do Bogusi, która jest w temacie najbardziej obeznana) - nie rezygnujcie proszę z walki o tak piękną i jakże bezbronną niestety ideę.KristoVelMefisto