renia1807
29.08.07, 23:40
spotkałam dziś na mieście koleżankę z mojego rocznika
nie widziałam jej parę lat, bo przebywała za granicą ( teraz wróciła z Włoch)
zaproponowała mi kawę, bo chciała pogadać
ale czy to była rozmowa?
gadała prawie przez godzinę (nie dopuszczając mnie do głosu) o swoich
wojażach, o swoim nowym facecie (3-ci z kolei), o kasie jaką zarobiła
kiedy skończyła, spojrzała na zegarek i stwierdziła, że jest juz spóźniona...
wstając od stolika zapytała- a co u ciebie? wciąż jesteś z X(moim mężem), a
jak tam syn?
dodałam- mam jeszcze 1,5 roczną córkę
o Boże!- krzyknęła, dałaś się znów uwiązać w pieluchy?
ty nawet nie wiesz ile tracisz, siedząc w tej dziurze (10 tys. miasteczko) i
nie nudzi cię bycie z jednym facetem tyle lat?
w jednej minucie podsumowała całe moje życie, patrząc przez pryzmat własnego
nie pomyślała, albo pomyśleć nie chciała, że może istnieje inny rodzaj
szczęścia niż jej...inny sposób na życie
zastanawiam się, co ja takiego straciłam/tracę?
kasę?(nie jestem zachłanna)
bywanie w świecie?(Włochy to nie pępek świata)
a może to, że tkwię przy jednym facecie od prawie 20 lat i nie w głowie mi
zdrada i szukanie przygód, a co za tym idzie, brak możliwości przetestowania
nie jednego penisa?
może ktoś mnie oświeci, bo nic innego nie przychodzi mi do głowy...