Szliśmy w niedzielne południe w gości do mojej mamy. W samym centrum
miasta, na oczach wielu przechodniów mój syn potknął się o własne
nogi i runął jak długi wprost pod moje nogi. A ja... ja patrzyłam
akurat na wystawę sklepową, więc go nie zauważyłam, potknęłam się o
niego i runęłam jak długa na chodnik

Miałam jeszcze na tyle duży
refleks, by postarać się nie nadepnąć mu na głowę, w efekcie czego o
mały włos wybiłabym sobie zęby o płytę chodnikową. To połowa wstydu,
jakiego się najadłam - przez resztę drogi bowiem mijani ludzie
patrzyli się na mnie bardzo podejrzliwie, bo nie mogłam przestać się
śmiać

I tak mi przyszło do głowy po tym wypadku, że posiadanie dzieci to
wieczne zmaganie się z obciachem (Mamo, a dlaczego ten pan ma taki
wielki brzuch? Mamo a dlaczego ta małpa ma czerwoną dupę? Mamo a
dlaczego ten pan ma dziurę w głowie?).
I kto mi powie, że macierzyństwo nie zalicza się do sportów
ekstremalnych?