..mówi się, że każdy rodzic wychowuje swoje dziecko na swój sposób, o ile oczywiście mieści się to w granicach norm prawnych i społecznych, ale bez dygresji. Dzisiaj odbierałam synka z p-ola no i jak zawsze (naprawdę zawsze, czy ja czy mąż go odbiera) sa z tym opory: mały nie chce wyjść, sto razy biega do pań powiedzieć dowidzenia(ma 4,5roku), skacze, nam puszczają nerwy ale czekamy... No i dzisiaj wymyślił sobie,że mam mu dac pieniążek, bo w holu stoi skrzynka na pieniążki wośp, i dostaje się serduszko. Żaden problem-myślę, ale jednak zawsze jakiś jest, bo synek daje "wytyczne": ma to byc po założeniu golfa(golfu..?) ale przed założeniem kurtki, bo chce nakleić na golf. ja stoję z kurtką, pani "wpuszczająca i wypuszczająca"stoi z boku, widzi i słyszy, jak synek dyryguje, więc mała trema. Udało mi się wywalczyć, że najpierw założy kurtkę, ok, założył, ale gałki już przeszklone, i gdyby nie to że w tym czasie otwieram portfel i wyciągam pieniązki, pewnie by się polały łzy. ale ok-daje mu jakies tam drobne(po raz kolejny, bo jedno serduszko już ma, jak mąż go odbierał dwa dni temu, dostał), on wrzuca, i Pani daje...aż dwa serduszka. Ja na to, grzecznie,żeby powiedział, co się mówi(chodziło mi dziękuję, zna to słowo, ale rzadk praktykuje

, on nic, jak słup. i tak kilka minut, już pani nawet go prosiła, objęłą, pytała, czemu nie chce jej powiedzieć, stwierdziła, że uparty(do mnie po cichu) ja, że jak nie powie dziękuję -zabieram serduszko oddaję pani z powrotem, on ściska je mocno, więc ja znowu: co się mówi. Synek jakby zaniemówił, patrzył tylko we mnie, jak ciele na....wiadomo, mnie w środku juz bierze.. do tego dylemat: odpuścić, czy nie dać za wygraną w myśl wszech zasad: jak raz popuścisz, nie uchronisz się przed następnym. trochę swojego rozumu, trochę niekomfortowej sytuacji, ze pani też czekała na owo "dzięuję" przeciągnęło kilka dobrych minut, licytacja nic nie dała jednal, syn się zaparł, mimo groźby oddania serduszek. Niby pierdoła, ale powiedzcie, jak w takich sytuacjach działać. Reasumując ponieważ po kilku minutach synek ani nic rzekł, ani nie oddał serduszek, wzięłam mu je sama (z bólem serca, wierzcie mi) z ręki i oddałam z powrotem do koszyka Pani. Odwróziłam się, powiedziałam do małego że idziemy do domu, patrzę, a z tyłu jeszcze jedna pani-przedszkolanka, wpatrzona w szopkę, pewnie jakiejś części musiała być świadkiem, zrobił mi się głupio, ale nie wiem, jak to odebrały, to całe zajście, czy był to z ich punktu widzenia wychowawcze, czy raczej radykalne i despotyczne (niby-chora czepialska matka). Nie sądziłam bowiem,że z igły zrobią się widły. Syn ma generalnie opory z dziekowaniem, mimo,że uczę, zawsze powtarzam, jak cos dostanie, pytam przy dawcy: "co się mówi", i raczej, po cichu, bo po cichu, ale odpowie, a tu-kamień w wodę. N i tak jak on się uparł, tak ja się uparłam,że jak nie powie, oddajemy serduszka, i...chciałam po prostu trzymać się tego, być konsekwentna. Ale...czy Panie nie odebrały tego, jako bezdusznego ataku na dziecko, i to jeszcze o serduszko z wośp? ...Musiałam się wygadać.