Wkurzyłam się. Znów mój małż wyszedł do pracy zostawiając po sobie burdel.
Zajęłam się od rana pracą, on miał iść po pieczywo i pozmywać. Oczywiście to
niewykonalne. Za to zarzucenie podłogi ubraniami już tak. Kurde, słońce za
oknem, wyszłabym jak skończę pracować z dziećmi na spacer, a tu w programie na
dziś mam odkurzanie, mycie podłogi, dwa prania i prasowanie. I jeszcze obiad
ugotować, a wcześniej zakupy zrobić. Wszystko pomiędzy karmieniem młodego i
przewijaniem, pilnowaniem młodej, a drugą turą pracy po 17.00.
Macie jakiś patent na męża-lenia? Tylko nie mówcie, żeby po nim nie sprzątać -
już to testowałam. Efekt był taki, że nie było ani jednego czystego talerza, a
o porozrzucane ciuchy i zabawki można sie było zabić. Nie mówiąc już o
wszechobecnym kurzu, na który mam uczulenie. Wkurza mnie, bo M. chodzi do
pracy na ogół na 11.00, ja wstaję po 6.00 i już tyram, a on po 8.00 i z niczym
"się nie wyrabia", jak twierdzi