Mam rocznego syna, męża, którego kocham nad życie....ale nie jestem szczęśliwa odkąd....urodziło się dziecko. Wiem już,że nie sprawdziłam się jako matka....niewiem, czy kocham własne dziecko....ciężko by mi przechodziło słowo KOCHAM jeśli miałabym to powiedzieć do dziecka....
Nie chce mi się rano wstawać, bo wszystkie dni są do siebie tak podobne,że gdyby nie kalendarz to straciłabym rachubę....Co noc wyję w poduszkę...rozpamiętuję, co i jak było kiedyś, kiedy nie miałam dziecka....kiedy byłam wolna i niezależna....
Z mężem od niedawna mieszkamy sami(długo mieszkaliśmy z moją mamą), miałam nadzieję,że będzie dobrze, ale jest chyba gorzej.....u mamy mieliśmy jeden pokój więc spaliśmy razem....teraz ja śpię z dzieckiem w pokoju a mąż w drugim więc sypiamy osobno.....jesteśmy młodym małżeństwem i już osobno....dobija mnie to totalnie. Mąż pracuje więc musi się wysypiać dlatego śpi osobno. NAsze dziecko nigdy nie spało dobrze. Do tej pory nie śpi dobrze, mimo,że skończył już rok. Budzi się parę razy w nocy, potrafi przez 2 godziny ryczeć lub się wiercić i jęczęć, nawet jak jest przewinięty i pojedzony, nawet jak dostanie coś przeciwbólowego, wszystkiego już próbowałam....Mam już dość zarwanych nocy. Usypiania w nocy od początku tylko po to,aby za godzinę znowu wstwać i zaczynać od początku. Mam dośc,że nie mogę spokojnie zjeść, załatwić się, bo wszędzie za mną łazi, szarpie, dusi, wiesza się na mnie. Ogólnie mam dośc. Próbowałam jakieś plusy wyłonić z tego wszytskiego, ale nie potrafię. Tylko minusy. Wiele razy myślałam,żeby wyjść z domu i nie wrócić, iść gdziekolwiek. Ostatnio wyłam i myślałam,żeby sobie coś zrobić,żeby trafić do szpitala chociaż na parę dni, wtedy odpocznę....wiem-pomyślicie,że jestem totalnie głupia....ale ja już nie mam siły. Ryczę nawet teraz jak to piszę

Wszystko straciło dla mnie sens.
Musze udawać, kiedy jesteśmy gdzieś z rodziną....udawać,że jestem szczęśliwa i dobra mamusia.
Jestem szczęśliwa, bo mam męża i mimo,że mało mi pomaga to kocham go i boli mnie to jak teraz żyjemy....bo w nocy często są awantury...kiedy ja już zaczynam krzyczeć na dziecko on przychodzi i krzyczy na mnie....tak potrafi być nawet co noc....ostatnio doszłam do wniosku,że może lepiej się rozstać, bo będzie mnie to o wiele mniej bolało niż to jak żyjemy teraz....
Wszystko jest na mojej głowie....karmienie, przewijanie, kąpiel, usypianie, obiady....Nie chcę męczyć męża, bo on pracuje ciężko więc wszystko na mojej głowie...
A jak zostaję sama to wyję-dosłownie. Nie mam już sił, nie widzę sensu życia, bo czasu nie cofnę....Lekarz? Leki jakieś? U mnie w rodzinie nie ma czegoś takiego jak DEPRESJA....nie chcę zostać wytykana palcami...
A i to nie tak,że nie mam życia towarzyskiego. Mamy oboje z mężem. CO niedziela MAły jest u teściów, ostatnio 2 weekendy tam spędził, my wtedy mamy czas dla siebie,żeby gdzieś wyjść, pojechać....są takie chwile...ale ja ciągle czuję niedosyt, ciągle mi czegoś brak, ciągle źle mi z tym wszystkim....
Codzień boli mnie brzuch, nie mam apetytu, nie chce mi się nawet czasem rozmawiać....jak wychodzę z MAłym na spacer to z dala od innych mam, bo drażni mnie jak dziubdziają do swoich dzieciaków...boję się,żeby któraś nie zagadała do mnie....zdarzyło się tak nie raz i musiałam szybko się ewakuować....one są szczęsliwe w swojej roli, ja nie, więc o czym rozmawiać? A udawać wystarczy,że muszę przed rodziną, a przed obcymi mogę sobie darować....
Ogólnie-jestem wrak....psychicznie i fizycznie, bo nawet dbać mi się o siebie nie chce...
I wstyd-że jestem zła matką, która nie kocha swojego dziecka,że jestem tchórz, bo myślałam o samobójstwie....Jestem nikim