Dodaj do ulubionych

Psychoterapia

19.05.04, 12:47
Temat dla mnie kontrowersyjny.

Dzieląc się z Wami moimi rozterkami, opisując intymne szczegóły życia
oczekiwałam mentalnego kopnięcia w tyłek, pogłaskania po główce, wysłuchania.
Wszystkiego, tylko nie wysłania do psychologawink

Póki co dowiedziałam się, że mam "syndrom wyuczonej bezradności" i psycholog
pomógłby mi się z tym uporać. To pobudziło mój zainfekowany wirusem
bezradności mózg do podzielenia się z Wami refleksją na temat psychoterapii...

MOje rozważania wykluczają przypadki silnych depresji z myślami samobójczymi,
choroby alkoholowej, silnych depresji wywołanych tragedią życiową (śmierć
bliskiej osoby, rozwód, utrata środków do życia i wylądowanie na bruku).

Otóż uważam, że istnieje coś takiego jak moda na psychoterapię nakręcana
przez samych psychoterapeutów, którym przecież zalezy na jak największej
liczbie przypadków do leczenia. Na każdy stan umysłu mają "naukowy" termin,
każde zachowanie potrafią zgrabnie zaszlufadkować. Oczywiście koncerny
farmauceutyczne mają tu także niebagatelny udział: zależy im przecież na
sprzedaży jak największej ilości antydepresantów, które w przeważającej
większości są horrendalnie drogie.
Taki mechanizm porównuję tutaj do efektu, jaki wywołują reklamy produktów
typu Danonki czy Actimel. Popyt jest nakręcany sztucznie i miliony matek
gładko nabierają się na tę "zawartość wapnia pomagającą w tworzeniu mocnych
kości" czy też "bakterie alcasei tworzącą barieię ochornną dla organizmu".
Wszystko pięknie ładnie, tylko nikt nie wspomina o konserwantach czy
zawartości cukru. Poprzez odpowiednią manipulację kształtuje się popyt.

Mamy tu dwie różne sytuacje, ale mechanizm jest ten sam. O ile nic nikomu się
nie stanie, jak zje Danonka (hm...), o tyle w przypadku psychoterapii możemy
być narażeni na znaczny dren portfela, nie mówiąc o marnowaniu czasu i
energii.

Zapewne wiele z Was powie, ze psychoterapia pomogła Wam uporać się z
nierozwiązywalnymi, mogłoby się wydawać, problemami. Nie będę zaprzeczać -
dla mnie jednak jest to nie tyle kwestia "wyleczenia schorzenia" co efekt
wspomnianej przeze mnie manipulacji. Chętnie zrzucamy odpowiedzialność za
własne postepowanie na "depresję" czy inny "syndrom" i jeszcze chętniej
udajemy się do "specjalisty", który pomaga nam "spojrzeć w sieie". Czasami
wręcz wyolbrzymiamy nękające nas problemy, tarzamy się we własnym
nieszczęściu i jak chipondrycy szukamy tylko okazji, aby móc być leczonym
(przyznaję jednak, że to skrajne przypadki).
W ludziach od zawsze tkwi potrzeba oddania losu w czyjeś ręce; chcą czuć, że
tak naprawdę nic nie zalezy od nich (tylko od "choroby"), że "wszystko jest
zapisane w gwiazdach". Chętnie chodzimy do wróżek, jasnowidzów...
Zdaje nam się, że jeśli poznamy "naukowy" termin naszego schorzenia, że jeśli
nadamy imię naszemu demonowi, to łatwiej nam będzie go ujarzmić. Najlepiej
oczywiście, aby istnienie tego demona nie wynikało z naszego postępowania,
ale z jakichś bliżej nieokreślownych "naukowych" przyczyn typu predyzpozycje
genetyczne itd.

Przypominam, że jestem za leczeniem "prawdziwych" przypadków.

Wiem, że większość z Was powie, ze o co mi chodzi - jesli komuś to pomaga, to
dlaczego miałby tego nie robić?
A mnie chodzi tylko o uzasadnienie mojej decyzji, że z problemem toksycznej
matki uporam się bez psychoterapiiwink O ile to oczywiście kogoś obchodziuncertain

Jeśli macie ochotę, zapraszam do dyskusji. Jestem gotowa zmienić zdaniesmile))

Pozdrawiam
Obserwuj wątek
    • carri Re: Psychoterapia 19.05.04, 13:09
      Nie podyskutuje z Toba, bo u psychologa jeszcze nie bylam. Rozwazam taka
      mozliwosc, ale sie waham, bo przede wszystkim nie wiem, czy to naprawde cos mi
      da. Czy nie pojde tam tylko, zeby wlasnie uslyszec naukowo, co mi jest. A ja
      szukam konkretnego rozwiazania. Chcialabym czasem, zeby ktos mi powiedzial zrob
      tak, bo to dobre dla Ciebie, a tego chyba psycholog nie zrobi. Moze to
      infantylne, moze uciekam od stawienia czola moim problemem sama, ale troche sie
      ich nawarstwilo i znikad pomocy. Czekam na wpis kogos, kto na nowo nauczyl si
      cieszyc zyciem, mimo ze mocno mu dokopalo i to w najculszy punkt.
    • chalsia Re: Psychoterapia 19.05.04, 13:10
      Hłe hłe.
      Ty się i tak kwalifikujesz na psychoterapię bo przeżyłas tragedię życiową w
      postaci rozpadu związku (nie musi koniecznie być rozwód). A tego, że masz
      depresję, możesz nawet nie wiedzieć. Bo np. jednym z objawów depresji jest
      totalna niemożność podjęcia jakichs decyzji, kroków, czyli taka bezradność i
      tkwienie w kropce również.

      Podam swój przykład - poszłam do psychoterapeuty, bo po tym co się stało w
      moim zyciu nie chciałam skamienieć wewnętrznie. I nie widziałam możliwości
      działania samodzielnie, bo sama z siebie nie wyjdę (Ty również). Nie jesteś w
      stanie często sama zobaczyć swoich ograniczeń. I żadna reklama, trend, etc nie
      miały na moją decyzję wpływu. Jak mnie ząb boli to idę do dentysty. I nie
      zwalnia mnie to z obowiązku samodzielnej pracy w postaci codziennej dbałości o
      uzębienie. Terapeuta czy psychiatra nie zrobią nic za Ciebie - to jest ciężka
      samodzielna praca, często całkiem niemiła. Oni tylko nakierowują. To trochę tez
      tak jak z nauką prawa jazdy - to Ty siedzisz za kierwonicą a facet z boku jest
      od podpowiadania albo korygowania. A przepisy i tak musisz wkuć sama.

      Pozdrawiam,
      Chalsia
      • virtual_moth Re: Psychoterapia 19.05.04, 13:41
        chalsia napisała:

        > Ty się i tak kwalifikujesz na psychoterapię bo przeżyłas tragedię życiową w
        > postaci rozpadu związku (nie musi koniecznie być rozwód). A tego, że masz
        > depresję, możesz nawet nie wiedzieć. Bo np. jednym z objawów depresji jest
        > totalna niemożność podjęcia jakichs decyzji, kroków, czyli taka bezradność i
        > tkwienie w kropce również.

        No cóż, przewidywałam, że ktoś tam wie lepiej co czuję po rozpadzie związku i
        że mam depresjęwink Zewsząd słyszę, że kocham exa i tylko mi się wydaje, że go
        nie kocham. A jesli rzeczywiście rozpad związku nie był dla mnie przyczynkiem
        do wpadnięcia w otchłań rozpaczy, to z pewnością coś ze mną nie tak i tak czy
        inaczej nadaję się do leczeniasmile)) Zdaję sobie sprawę, że psychoterapeuci
        znaleźliby u mnie 350 schorzeń i wykryli rozpad osobowości, a fakt, iż -
        oczywiście pozornie - uważam się za osobę zdrową świadczy tylko na moją
        niekorzyść, bo coś tam spycham do podświadomości. Tak czy owak na pewno nadaję
        się do leczenia, tylko jeszcze o tym nie wiemsmile))

        > I nie widziałam możliwości
        > działania samodzielnie, bo sama z siebie nie wyjdę (Ty również). Nie jesteś w
        > stanie często sama zobaczyć swoich ograniczeń.

        Nie rozumiem dlaczego porównujesz swoją sytuację do mojej. Fachowiec
        powiedziałby, ze stosujesz "przeniesienie" czy cuś. Może ja nie potrzebuję
        pomocy "fachowca", bo po prostu czuję się dobrze? Co najwyżej potrzebna mi
        jakaś dobrze urządzona sala trningowa z takimi specjalnymi workamiwink A sam
        fachowiec mógłby mi pomoć, pewnie, ale jako ewentualny pracodawca tudzież
        kandydat na mężawink(to taki mało lotny żart z mojej strony, wiem).

        Co do charakteru pomocy jaką udziela psychoterapeuta, to oczywiście wiem co
        masz na myśli. Dpskonale obrazuje to dowcip:
        - Ile potrzeba psychoterapeutów do wkręcenia żarówki?
        - Jeden, tylko żarówka musi sama chcieć się wkręcić.

        Sorry za prześmiewczy ton mojego postu. Wiem, że ludzie czasami znajdują się w
        takich sytuacjach życiowych i tak ich życie poniewiera, że nie ma innego
        wyjściścia niż psychoterapia i leki. Chciałam jednak, na przykładzie mojej
        sytuacji, trochę oddemonizować rolę "fachowców od duszy" i zachęcić do
        zastanowienia się nad całym tym szumem, jaki ostatnio się robi wobec
        psychoterapii. Czy, mimo wszystko, nie jest to tylko moda?

        Pozdrawiam
        • ann_mart Re: Psychoterapia 19.05.04, 14:41
          Wiesz a ja naprawdę nie wiedziałam, że mam depresję. A mam już ponad rok. I
          miałam ją długo przed jej zdiagnozowaniem. Tak się zdarza. Tak więc
          stwierdzenie Chalsi, że możesz sama o tym nie wiedzieć, jest prawdziwe. Nie
          chcę przez to powiedzieć, że wiem lepiej co czujesz i na co chorujesz. Po
          prostu to się zdarza.
          A co do terapii - jeżeli to moda to jak najbardziej dobra. Oczywiście nie mówię
          tu o biegani do terapeuty z każdym problemem czy chodzeniu do niego latami, czy
          niemożności podjęcia bez niego żadnej decyzji (bo to uzaleznienie). Mówię o
          pójściu do kogoś kto wie jak przebiegają pewne procesy w życiu (bo to schematy,
          z których nie zdajemy sobie nawet sprawy) i wie jakimi "sztuczkami" się
          posłużyć, żeby je oswoić. Kto cię wysłucha i nie będzie wmawiał, "że go kochasz
          tylko o tym nie wiesz". I będzie nastawiony, żeby ci pomóc. Kilka wizyt pozwala
          inaczej spojrzeć na problemy a wtegdy łatwiej znaleźć rozwiązanie.
          Poza tym jeżeli kwestionujesz mozliwość niesienia pomocy "nieprawdziwym"
          przypadkom to jak te osoby miałyby pomóc "prawdziwym"?
          Aha i nie uważam, że psycholog wyleczy Cię z "syndromu wyuczonej bezradności"
          czy jak mu tam. On Cię nie wyleczy. Ty to musisz zrobić. jednemu łatwiej samemu
          innemu z pomocą. Ale chyba lepiej, żeby pomoc, jeśli ma być, była fachowa.
          Pozdrawiam
          Anka
      • iwona3 Re: Psychoterapia 19.05.04, 14:38
        Chalsia, ja myślę, że virtual moth nie o to chodziło. Wszystko w porządku,
        jeżeli idziesz do dentysty z zepsutym zębem. Gorzej, jeżeli zgłaszasz się np.
        na okresowy przegląd, a dentysta chce Ci naprawić pół szczęki, bo tam coś
        zżółkło, a tu starą plombę można by wymienić. Kiedyś sama trafiłam do
        takiego „specjalisty”, który zatruł mi zdrowy ząb, wprawił plombę w ósemkę,
        chorego nie wyleczył, a mi wyparowało ponad tysiąc złotych. Kiedy się
        połapałam, byłam wściekła, że tak dałam się oskubać. Podobnie z psychologiem.
        Są przypadki, kiedy pomoc terapeuty jest niezbędna, ale czasem idziemy po
        prostu na łatwiznę. Życie jest po to, by je przeżyć, podejmować decyzje
        samodzielnie, wygrzebywać się z dołów o własnych siłach. Dla mnie psycholog
        jest jak antybiotyk, na ciężkie przypadki, i nie można go nadużywać. Najlepszy
        przykład to ten syndrom nadpobudliwości u dzieci. Zrobiono z tego chorobę, w
        Stanach dzieciaki szprycuje się psychotropami. Tylko mało który psychiatra ma
        odwagę powiedzieć, że ta „choroba” po prostu… mija z wiekiem.
        Z tego, co piszesz wynika, że ja przeżyłam kilka depresji. I obeszło się bez
        psychologa.
        Virtual month ma rację, teraz są takie czasy, że podaż jest kreowana przez
        popyt, a nie odwrotnie. Cała masa specjalistów wmawia nam, że musimy mieć coś,
        co tak naprawdę do życia nie jest nam wcale potrzebne. Mi też chce się śmiać z
        tych actimelów, drogie jak jasna cholera, a warte tyle, co kefir.
        Pozdrawiam
        • pelaga Re: Psychoterapia 23.05.04, 23:29
          iwona3 napisała:

          > Najlepszy
          > przykład to ten syndrom nadpobudliwości u dzieci. Zrobiono z tego chorobę, w
          > Stanach dzieciaki szprycuje się psychotropami. Tylko mało który psychiatra ma
          > odwagę powiedzieć, że ta „choroba” po prostu… mija z wiekiem.

          Z tego co piszesz wynika jasno, ze nie masz pojecia o nadpobudliwosci
          psychoruchowej u dzieci. Ja wychowuje dziecko nadpobudliwe i zapewniam Cie, ze
          TO JEST CHOROBA. I bardzo chce wierzyc w to, ze to minie z wiekiem, o niczym
          innym nie marze tylko o tym, zeby to mu minelo z wiekiem, zeby mogl zaczac
          normalnie zyc i zeby to wszystko nie wyrylo trwalego pietna na psychice mojego
          dziecka. Tylko, ze czasem leki sa potrzebne, bo coz z tego, ze dziecku minie
          np. w wieku 14 lat napobudliwosc, skoro nie uda mu sie do tego wieku przyswoic
          umiejetnosci czytania??????????????????????????? A leki wyciszaja i pozwalaja
          na odkrycie zdolnosci dziecka, na wydobycie z niego umiejetnosci,z ktorych
          nikt nie zdawal sobie sprawy.
          Jak to jest, ze czasem ludzie nie potrafia zrozumiec innych ludzi i potrafia
          tak mocno dopiec... Po co wyrazac opinie na tamaty o ktorych nie ma sie
          zielonego pojecia? Gdybys wiedziala z jakimi problemami na co dzien borykaja
          sie rodzice dzieci nadpobudliwych nie twierdzialabys, ze to nie jest choroba, a
          ja Ci zycze szczerze, zebys sie NIGDY nie przekonala, jak bardzo sie mylisz.

          Pozdrawiam
          • cheddar Re: Psychoterapia 23.05.04, 23:41
            Pelaga, napisz coś więcej, bo czasem mam obawy, że moja córcia należy do tej
            grupy. Na razie ma 2 latka i 3 miesiąca i jest bardzo, bardzo bardzo żywa.
            Zajmowanie się nią to ciężka fizyczna praca, naprawdę. Nie wiem, czy to jest po
            prostu "zywy dzieciak", czy może już symptomy tej choroby. Jak można to
            sprawdzić, bez ganiania po lekarzach (już się naganiała, bo trochę była
            rehabilitowana). Czy na tym etapie jestem w stanie sama to rozpoznać?
            I chwała za to mediom, że coraz wiecej miejsca poświęcają tym dzieciom. NIe
            mogę myśleć o tym horrorze, jaki przeżywały te dzieci do czasu nazwania tej
            choroby. Jak sobie wyobraże te odtrącane dzieciaki, szufladkowane
            jako "niedobre, nieprzystosowane itp.". Gdbyby pójść tym tropem to nasze
            szpitale psychiatryczne nadal wyglądałyby tak jak w Rumunii po zamachu na
            Caucescu.
            • pelaga Re: Psychoterapia 23.05.04, 23:51
              cheddar napisała:

              > Pelaga, napisz coś więcej, bo czasem mam obawy, że moja córcia należy do tej
              > grupy.

              Podaj mi swoj adres mailowy na GG, bo ja chyba nie jestem jeszcze gotowa zeby
              pisac o swoich i mojego dziecka problemach publicznie. Nie znioslabym
              komentarzy osob lubiacych komentowac dla hobby, nie majacych pojecia o skali
              problemu. Moje dziecko tez bylo rehabilitowane, z powodu kreczu szyjnego.
              Odpisze Ci jutro, bo teraz lece spac, wstaje codziennie o 5.00 sad

              Pozdrawiam serdecznie
              • cheddar Re: Psychoterapia 24.05.04, 00:05
                napisałam na priva bo GG kompletnie nie znam.
                Pozdrawiam
          • iwona3 Re: Psychoterapia 24.05.04, 15:22
            Przykro mi, że poczułaś się dotknięta tym, co napisałam. To nie był zarzut.
            Masz rację, nie mam pojęcia, czym jest nadpobudliwość psychoruchowa u dzieci,
            bo moje dziecko jej nie ma. Jest normalnym, w normie energicznym trzylatkiem.
            Chodzi mi o coś innego, tzn. o nadużycia. Moje dziecko też kiedyś wylądowało u
            lekarza, od którego wyszliśmy z diagnozą: „reakcje nerwicowe” i skierowaniem do
            psychiatry. I jeszcze stwierdzeniem, że mógłby już teraz dostać leki
            uspakajające. Przez kilka dni umierałam. Zastanawiałam się, jak do tego doszło,
            czułam się winna. Koniec końców stwierdziłam, że nie pozwolę szprycować mojego
            dziecka chemią, a psychiatra wydał mi się za dużym kalibrem. I pewien mądry
            człowiek (psycholog) zburzył tą misterną diagnozę nerwicy, powiedział, że to,
            co dzieje się teraz, za jakiś czas samo przejdzie. I przeszło. Nie wiem, co by
            było, gdybym nie wyrzuciła tego skierowania do kosza. Najprawdopodobniej moje
            dziecko zaczęto by „leczyć”.
            Czytałam kiedyś reportaż o dziecku, któremu lekarz b. wcześnie postawił
            diagnozę nadpobudliwości, przepisał leki uspakajające, następnie pobudzające,
            bo dziecko było zbyt ospałe, w wieku 4 lat chłopczyk był uzależniony od
            wszystkiego. Wrak człowieka. Rzecz działa się w Stanach, recepty były na
            życzenie mamy, która z dzieckiem nie mogła wytrzymać. Lekarz do próśb się
            przychylał.
            Z drugiej strony wiem, że dzieci z nadpobudliwością mogą chodzić do normalnej
            szkoły, że trzeba być przy nich niesamowicie cierpliwym, np. powtarzać po
            kilkadziesiąt razy to samo polecenie, by mogły je usłyszeć. Wierzę, że nie jest
            łatwo żyć z takim dzieckiem, ale z nim można pracować i osiągnąć sukces.
            Taak, oby nigdy mnie to nie spotkało… Codziennie dziękuję siłom opatrzności, że
            żadne z nas nie wpadło dziś pod samochód, że moje dziecko urodziło się bez
            żadnych wad genetycznych czy urazów okołoporodowych, że mamy co jeść i gdzie
            spać, że mogę pojechać na wakacje, że nie mieszkam w Afganistanie itd.
            Naprawdę, doceniam to, co mam. I nie narzekam.
            Pozdrawiam
            • pelaga Re: Psychoterapia 24.05.04, 20:49
              iwona3 napisała:

              > Przykro mi, że poczułaś się dotknięta tym, co napisałam.

              Moze za ostro zareagowalam, bo mamy ostatnio zaostrzenie stanu i wysiadam
              powoli psychicznie sad((

              > Koniec końców stwierdziłam, że nie pozwolę szprycować mojego
              > dziecka chemią, a psychiatra wydał mi się za dużym kalibrem.

              Mi tez sie tak wydawalo do niedawna. A dzis niestety bylam zmuszona umowic sie
              na wizyte do psychiatry sad(((( Chcialabym znalezc zloty srodek, ale nie
              potrafie sad(( Pani psycholog przez godzine tlumaczyla mi, ze czasem leki
              pomagaja...


              > Z drugiej strony wiem, że dzieci z nadpobudliwością mogą chodzić do normalnej
              > szkoły,

              Moj chodzi do normalnej szkoly, ale niestety odstaje od poziomu klasy, bo nie
              potrafi sie skupic odpowiednio dlugo. Pracuje z nim w domu, ale to wszystko za
              malo.

              > że trzeba być przy nich niesamowicie cierpliwym, np. powtarzać po
              > kilkadziesiąt razy to samo polecenie, by mogły je usłyszeć. Wierzę, że nie
              > jest łatwo żyć z takim dzieckiem,

              Oj nie jest latwo...

              > ale z nim można pracować i osiągnąć sukces.

              Wlasnie zbieram ponownie sily, staram sie wydobyc nowe poklady, bo stare sie
              wyczerpaly i baterie mi wysiadly ostatnio.

              > Naprawdę, doceniam to, co mam. I nie narzekam.

              Ja tez sie staram, choc nie zawsze mi sie udaje i czasem sobie ponarzekam.
              Ale to chyba nie jest takie straszne, skoro jednak bilans wychodzi na plus smile

              Pozdrawiam
      • ewik35 Re: Psychoterapia 19.05.04, 14:47
        Hmm. sama skończyłam wydział psychologii UW, ale moj adroga zawodowa poszła
        innym torem (poniekąd z braku wiary w moc terapii). Też znalazłam się w związku
        z trudną osobą, bardzo trudną osobą - na granicy tego co społecznie
        akceptowane, też mamy dziecko razem, też tkwiłam długo w niemożnosci podjęcia
        stanowczej decyzji i konsekwentnego zachowania.....
        poszłam do polecanej osoby - terapeutki by się jakoś wzmocnić wewnętrznie i
        zmobilizować do działania..... po jednym spotkaniu nabrałam przekonania, że
        muszę sama ta decyzję podjąć i tyle, nikt i nic mi nie pomoże.
        Podjęłam, pracuję nad sobą, wewnętrznie - jest mi dobrze - tzn. obiektywnie
        moja sytuacja jest trudna - ale ja nie umieram, nie wpadam w depresję,
        przeciwnie, cieszę, że udało mi się samej zrobić pierwszy krok. Teraz robię
        kolejne, małe kroczki i modlę się, bym szła dalej. Nie szukam teraputy choć
        czytam tony artykułów, książek.
        Mój partner chodził pół roku na terapię - ale nie dało to nic, bo On nadal nie
        widzi swojej "choroby", tkwi w przekonaniu o swoim, jest uparty, nieprzystępny,
        nie okazuje uczuć, nie zajął się sobą, nie dał się wciągnąc w przygodę pracy ze
        sobą....w pzrygodę budowania czegoś... wartościowego pomimo trudności. On chyba
        woli być sobą starym, i żaden terapeuta nic nie wskóra.
    • omama Re: Psychoterapia 19.05.04, 13:31
      Moda modą, ale ja tam w psychoterapię wierzę. W sytuacji silnego stresu szłam
      do szpenia napięta jak struna fortepianowa a wychodziłam w stanie nirwany
      niemal. Kompletna harmonia.
      A najbardziej niesamowite było to, że gość mi nie robił wykładów, tylko w
      cwanym momencie stawiał pytanie, które kompletnie inaczej oświetlało
      zagadnienie.
      • cynamoon6 Re: Psychoterapia 19.05.04, 17:03
        Moda modą, ale ja tam w psychoterapię wierzę. W sytuacji silnego stresu szłam
        > do szpenia napięta jak struna fortepianowa a wychodziłam w stanie nirwany
        > niemal. Kompletna harmonia.
        > A najbardziej niesamowite było to, że gość mi nie robił wykładów, tylko w
        > cwanym momencie stawiał pytanie, które kompletnie inaczej oświetlało
        > zagadnienie.

        Dokladnie, dokladnie tak!!!
        Omamo, gdyby nie Ty, napisalabym to samo!

        Mam wrazenie, ze wiekszosc ludzi wyobraza sobie wizyty u psychologa w sposob,
        jaki pokazuja w filmach (tak samo zreszta, jak porod-jest to zazwyczaj mocno
        przesadzone). A to wyglada calkiem inaczej.

        Poza tym, ja np w zyciu nie uslyszlam od mojej babeczki, do ktorej chodze jak
        mi zle zadnego naukowego terminu, typu wspomnainy przez mnie syndrom itp. Za
        to, gdy ja ich uzywam, ona dziwnie na mnie patrzy smile
        Podobnie reaguje, jak mwoie o ksiazkach psychologicznych, ktore przeczytalam smile

        Ludzie sa rozni. Mnie naprzyklad pomaga, jak mam publicznosc, w osobie
        psycholozki, ktora darza szacunkiem i ufam jej, przy ktorej moge sie
        uwewnetrznic po czym smam dochodze do konkretnego wniosku i wszytsko zaczyna
        pasowac do ukladanki.
        A jak sama sobie mysle do siebie, to mam chaos i bledne kolo i czuje sie
        bezradna. Tak wiec, zalezy pewnie od czlowieka. Nie wszystko jest dobre dla
        kazdego.
        A czy jest na to moda? Mysle, ze po prostu ludzie sa coraz bardziej zagubieni,
        z powodu presji bycia najlepszym we wszytskim i szczesliwym.
        Warto sprobowac, zeby sie przekonac.
    • cheddar Re: Psychoterapia 22.05.04, 22:42
      Bez psychoterki nigdy nie dowiedziałabym się, że moje gadanie typu "mama była
      taka a taka, ale przecież ona też miała ciężkie życie, teraz mnie kocha" itp.
      to tylko dalszy ciąg rozpoczętej w dzieciństwie na mój własny użytek bajeczki.
      To że ciągle coś się u mnie pieprzyło zrzucałam na karb mojego osobistego
      popieprzenia. Miałam mnóstwo kłótni z moim eksem o to, że czepiał się swojej
      matki że go lała. Tłumaczyłam mu jak nauczyciel "lała, ale cię wychowała, a
      ojciec odszedł". Bezsensowne kłótnie. Dopiero moja Małgosia zadała mi
      pytanie "ale dlaczego Ciebie tak to rusza? Dlaczego nie pozwolisz mu po prostu
      ponarzekać, że matka go lała?". Po nitce do kłębka. Dzięki niej po raz pierwszy
      wyryczałam wiele spraw, między innymi ból tamtej kilkulteniej tłuczonej
      dziewczynki. Widzę wiele rzeczy jaśniej i mnie już nic nie usrpawiedliwi, jeśli
      podobną krzywdę zrobię mojej córce. Wiem, na co dmuchać, może nie wszystko
      wiem, ale istnieje mniejsza szansa, że moją córkę będę motywować do działania
      szantażem emocjonalnym i wpędzaniem w poczucie winy. A do tej pory były to moje
      ulubione narzędzia - mimo że sobie nie zdawałam sprawy. A teraz gdy moja mama,
      która chwilowo opiekuje się moją córcią, bo ja leżę z ospą- zabiera słuchawkę
      córce i mówi "skończ niuniu, bo telefon kosztuje i mamusia nie będzie miała na
      autobusik do Ciebie" - wiem, że za jej niby dobrą intencją i kochającym głosem
      tkwi właśnie ta metoda wychowawcza, wpędzić w poczucie winy, wtedy uzyskam
      efekt o który mi chodzi. Oczywiście nie można wpadać w paranoję, ale dzięki
      psychoterapii umiem wychwycić te niby niewinne uwagi i poprosić ją, aby nie
      mówiła takich rzeczy mojej córce, bo bez względu na to, ile pieniędzy przegadam
      przez telefon, na autobus aby po nią przyjechać, zawsze będę miała. Jeśli chce
      ją uczyć krótszych rozmów telefonicznych, niech to robi inaczej, bo nie chcę
      aby moje prawie 2,5 letnie dziecko myślało, że sama jest sobie winna ze po nią
      nie przyjeżdzam. To tylko malutki przykład, ale chwała dobrym psychoterapeutom,
      którzy nazwali i zajmują się temat np. toksycznej matki.
      Jeżeli nigdy nie spróbowałaś psychoterapii (bo Danonki jak rozumiem próbowałaś)
      to nie krytykuj, nie można tak autorytatywnie mówić o czymś, czego się naprawdę
      dobrze nie poznało.
      • virtual_moth Re: Psychoterapia 23.05.04, 08:53
        Cheddar, dziękuję Ci za cenną wypowiedźsmile

        Jednego nie rozumiem: dlaczego część za Was odbiera moje posty jako krytykę?
        Nie pierwszy raz spotkałam się tutaj z protekcjonalnym tonem i niemal
        oburzeniem, że niektóre Wasze rady śmiem odrzucać.
        Jeśli piszę jakiś żartowbilwy post, to "niepotrzebnie bagatelizuję problem",
        jesli na coś marudzę to jestem "malkontentką". Jeśli z jakimś poglądem się nie
        zgadzam i zaczynam dyskusję to wmawia się mi, że tak naprawdę nie powinnam
        zabierać głosu, bo się nie znam.

        Jak bardzo trzeba być zdołowanym i ja żałosny ton ma przybrać post, aby autor
        godzien był przyjaznego traktowania?wink

        Pozdrawiam
      • cynamoon6 Re: Psychoterapia... 23.05.04, 13:55
        Dokladnie to wszytsko jest opisane w ksizcze "Toksyczni rodzice"
        Czytanie jej bardzo boli ale leczy. I otwiera oczy na wiele takich spraw.
        Dziewczyny, przeczytajcie to!
        Wiem, ze ciagle o tu proponuje te ksiazke, ale gwarantuje, ze zadna nie
        pozaluje!
        • grzalka Re: Psychoterapia... 23.05.04, 15:24
          Poglądy virtual_moth sa moimi poglądami na psychoterapię. Jest tak, jak
          piszesz, z tą jednak uwaga, że siła psychiki jest naprawdę wielka i wielu
          ludziom psychoterapia/wizyta u psychologa własnie dlatego pomaga. Ale ani
          Tobie, ani mnie by nie pomogła, niestety.
          • virtual_moth Re: Psychoterapia... 23.05.04, 16:08
            Cześć Grzałka,

            ja wcale nie uważam, że psychoterapia by mi nie pomogła. Gdybym zmagała się z
            problemem alkoholizmu, gdybym chciała się zabić, gdybym miała silną depresję -
            szukałabym pomocy u psychiatry. Wiem nawet, że alkoholizmu wręcz NIE DA się
            pokonać bez terapii.

            A to, że mam toksyczną matkę nie jest problemem mojej psychiki, tylko właśnie
            psychiki matki. Ja sobie mogę być asertywna, mogę sobie manifestować moją
            niezależność mentalną, mogę sobie nawet wytatuwać na czole "mam 29 lat i prawo
            do własnego życia", ale to i tak niewiele da bez JEJ zrozumienia problemu.

            Pozdrawiam
            • chalsia Re: Psychoterapia... 23.05.04, 16:18
              Oj, oj, oj.....
              Czyli co - w wypadku alkoholizmu problem ma tylko alkoholik ???? a jego rodzina
              nie?

              Twoja matka ma problem, ale Ty też masz problem w związku z tym jaka ona jest,
              bo to jaka ona jest wpływało na Ciebie przez dziesci lat Twojego życia.

              Pozdrawiam,
              Chalsia
              • virtual_moth Re: Psychoterapia... 23.05.04, 17:07
                chalsia napisała:

                > Oj, oj, oj.....
                > Czyli co - w wypadku alkoholizmu problem ma tylko alkoholik ???? a jego
                rodzina nie?

                Mam swój prywatny pogląd na ten temat. Moim zdaniem problem tak zwanego
                współuzależnienia kończy się po podjęciu przez chorego (czyli alkoholika)
                skutecznej terapii, lub też po urwaniu z nim kontaktu (np. rozwód). Do momentu,
                kiedy alkoholik będzie pił, MOIM ZDANIEM żadna terapia dla jego rodziny nie ma
                sensu.

                > Twoja matka ma problem, ale Ty też masz problem w związku z tym jaka ona
                jest, bo to jaka ona jest wpływało na Ciebie przez dziesci lat Twojego życia.

                Oczywiście, dlatego też uważam, że najprostszym i najskuteczniejszym sposobem
                uzdrowienia naszych relacji jest wyleczenie mojej matki (jeśli już mówimy o tym
                w kontekście choroby) z zaborczej, toksycznej miłości. To, że JA "zrozumiem"
                dzięki lekarzowi jaka ta nasza relacja jest, wcale nie wyeliminuje głównej
                przyczyny konfliktu.

                Pozdrawiam
    • virtual_moth Re: Psychoterapia-do cheddar 23.05.04, 17:33
      Bardzo Ci współczujęsad

      Pójście do psychoterapeuty pewnie nie zaszkodzi - zresztą nie chcę się wtrącać,
      zrobisz jak będziesz chciała.
      Mówią, że nienawiść jest uczuciem destrukcyjnym. Moim zdaniem - niekoniecznie.
      Czasami są takie sytuacje, kiedy nienawiść daje nam siłę, by walczyć z jej
      źródłem. Najgorsze jest zobojętnienie i związana z nim niemoc (pewnie taką
      postawę reprezentuje Twój ojciec).
      Nienawiść unieszczęśliwia, jednka daje siłę do działania. Moim zdaniem bardziej
      unieszczęśliwia bezsilność, którą czujemy bedąc poniżani.

      Cóż, najlepiej by było po prostu pójść na swoje... Po czasie nienawiść minie.

      Pozdrawiam
      • grzalka Re: Psychoterapia- 23.05.04, 17:42
        Mnie psychoterapia właśnie dlatego by nie pomogła, ze mam do niej zbyt
        krytyczny stosunek. I do własnej psychiki także.
        Ale myslałam, ze my tu rozmawiamy o standardowym "człowieku z problemami", a
        nie o alkoholikach i depresjach endogennych (cóż, tu akurat wierzę tylko w
        farmakologię, pychoterapia jako jedynie wpomaganie).
        A prostych sztuczek z własna psychiką mozna się nauczyć z książek, jak ktos ma
        ochotę.
        • cheddar Re: Psychoterapia- 23.05.04, 22:54
          Do virtual_moth
          Zdawało mi się, że Twój drugi post był prześmiewczy, dlatego może odebrałaś
          moją odpowiedź jako oburzenie. Może trochę nim było. Poczułam się jakby ktoś
          bagatelizował mój problem, jak by to że miałam (i mam) toksyczną matkę (ja
          także czytałam te książkę, podobała mi sie, ale daleko jej do efektów jakie
          osiągnęłam dzięki terapii), że to wszystko co przeżyłam, mój ból, moje łzy,
          rozpacz, że ktoś to bagatelizuje tylko dlatego, że nie była to głęboka depresja
          lub alkoholizm. Użyłaś lekko ironicznego tonu, a niektóre z nas, jak ja, mają
          bardzo bolesne, traumatyczne wspomnienia i czasem jeszcze tego typu opinie bolą.
          Nie jest prawdą, że trzeba leczyć matkę, a nie mnie (czy też Ciebie, czy też
          każdą dziewczynę), bo jeśli Twoja matka nie zechce się zmienić, a na Ciebie
          działa jak płachta na byka, tzn. że nie masz szansy na lepsze życie. To my
          jesteśmy odpowiedzialne za nasze życie, za przerwanie dziedzictwa.
          Edzieckokarenina. Doskonale Cię rozumiem. Ja powoli przestaję nienawidzieć
          mojej matki, już nie mam ochoty jej pobić. A najśmieszniejsze jest to, że idąc
          to terapeuty bardzo ją kochałam, ze wszystkiego usprawiedliwiałam. Tyle że w
          moim życiu jakoś się pieprzyło. Wchrzaniałam się w niemożliwe związki (żonaci,
          emocjonalnie niedostępni, popaprani) a jak już z kimś byłam to potrafiłam to
          koncertowo spieprzyć. Długo by opisywać pozory mojej pozornie normalnej
          egystencji - zdarza się przecież że komuś nie idzie tak standardowo, że wybiera
          nie tych facetów, że nie umie sobie znaleźć miejsca. Ale ja byłam w ciąży i ta
          huśtawka była groźna dla mojego dziecka. Bałam się, jak sobie poradzę z
          dzieckiem, skoro sama ze sobą sobie nie radzę.
          Przerwałam terapie na etapie bólu, nienawiści i chęci wykrzyczenia jej tego
          wszystkiego, co mi robiła w dzieciństwie i młodości. Pozornie nic takiego, ale
          gdy moja Gosia powiedziała mi, że tak nie wolno robić dzieciom, że to co
          zostało mi zrobione to krzywda którą trzeba odpłakać, nagle wrócił do mnie
          strach, samotność i poczucie, ze jestem gównem, przez które mama ciągle musi
          płakać (przez kilkuletnie dziecko, umówmy się?) przez które mamusię ciągle
          głowa boli. Potem przeczytałam jeszcze książkę "Zimno mi, mamo" Hanny Samson.
          Wypisz wymaluj moja historia. Ale to co robiła moja mama nie jest karalne.
          Przecież jeszcze nigdy nikogo nie wsadzano za szantaże emocjonalne, za łamanie
          charakteru.
          I to nie prawda edzieckokarenina, że Twoja matka musi się zmienić. To jak Ty na
          nią reagujesz to jest Twój problem, nie jej. Psychoterapia pozwoli Ci wyzwolić
          się z tych reakcji, uwolnić się od niej. Pozwoli Ci spojrzeć - jak mnie - na
          swoją matkę z dystansu, już nie będzie boleć.
          Jak wspominałam, moja terapia nie dobiegła końca, dlatego sama sobie musiałam
          poradzić z tym bólem. Zajęło to dużo czasu i przebiegało może nie tak jak
          trzeba. Po prostu przy wielu okazjach wykrzykiwałam jej swoje żale. Oczywiście
          uznała, że to wina mojego eksa, że mnie buntuje itp. Wypierała się wszystkiego,
          wszyściusieńkiego. Teraz dalej się wypiera. Ale mnie to już wali. Ważne że ja
          już wiem, że nie jestem gównem, że jestem warta miłości itp. Wiem też, że
          niechcący przejęłam wiele jej cech (no może "ceszek") na które, jak na
          uśpionego demona muszę uważać.
          Muszę pamiętać, że nie jest najważniejsze np. aby osiągnąć określony cel przy
          wychowywaniu dziecka, tylko sposób w jaki osiągasz. Moja mama zawsze szła na
          skróty, sprawiała że gdybym nie zrobiła tego co ona chce, to sama czuła bym się
          paskudnie (poza sytuacjami, gdy zmuszała mnie po prostu biciem). Wiem, że ja
          muszę wytłumaczyć dziecku, dlaczego czegoś od niego oczekuje, a jeśli to zrobi,
          to ma to zrobić dlatego, że wierzy że tak jest słusznei, a nie dlatego, że się
          mnie boi, albo że nie chce aby mi było przykro, abym płakała, albo nie odzywała
          się do niej kilka dni, a przeprosiny przyjmowała westchnieniem "taką podłą
          matkę przepraszasz?". Moja matka wyparła się wszystkiego, nawet tego, że
          powiedziała mi "no to leć do tego swojego tatuśka (byli po rozwodzie), gdyby
          nie ja to byś nie żyła, bo tatuś chciał cię wyskrobać". Mimo, że mam żal do
          mojego eksa, wiem, że to są tylko moje frustracje i do dziecka ani razu złego
          słowa nie powiedziałam, wręcz przeciwnie, nie mówimy o nim inaczej niż "tatuś".
          Wierzcie mi, nie raz ostatnio, gdy miałam duże problemy, w dodatku od dwóch lat
          mam tylko problemy, a od kilku ogromne stresy, no więc, gdyby nie terapia i
          uświadomienie sobie pewnych mechanizmów, nie raz nie wytrzymałabym i wyżyła się
          na dziecku. Świadomość tego łańcuszka pokoleń, którą zyskałam dzięki terapii,
          pozwala mi trzymać tego demona w środku. Nawet nie zdajemy sobie sprawy, jak
          wiele z cech, które nienawidzimy u swoich rodziców, nieświadomie przejmujemy.
          Jak wspominałam, ja po prostu automatem przejęłam (w wersji soft coprawda)
          sposób na manipulowanie ludźmi, poprzez wpędzanie w poczucie winy. Zdałam sobie
          sprawę że moje życie pełne było takich drobniutkich gierek z ludźmi. Teraz
          staram się grać fair, nawet wobec eksa. Bo to jest mój problem. Nie mojej
          matki. I to że jej nienawidziłam to też był mój problem, bo nienawiść nie
          dawała mi normalnie żyć. Teraz, cieszę się że moje dziecko ma kochającą babcię,
          tylko czasem muszę ją "naprostować". Ona oczywiście się unosi, że się jej
          czepiam, ba mówi mi "nie krzycz na mnie" i oczywiście wypiera się wszystkiego
          co dosłownie przed chwilą powiedziała, ona zupełnie co innego powiedziała a ja
          jak zwykle mam pretensje, że ona wszystko źle robi. Stary teatrzyk, próba
          wpędzenia w poczucie winy, bo ona taka dobra a ja ją tak krzywdzę. Ale mnie to
          teraz wali. Asertywnie mówię jej, że nie życzę sobie tego a tego i ignoruję jej
          sceny. Bez psychoterapii, byłabym dalej gównem nie wartym miłości, jak by mi
          było źle, to czasem przylałabym córce, jakby nie posprzątała zabawek, albo coś
          zbroiła, to bym jej powiedziała, że nie będę się do niej odzywać, moją mamę
          nadal uważałabym za świętą krowę i biłabym się jak do tej pory z każdym, kto
          choćby słówkiem ważyłby się ją tknąć. I już nigdy nie uwierzyłabym, że mogę być
          dla kogoś najważniejsza na świecie, bo przecież tyle krzywdy zrobiłam mojej
          mamie, że na pewno nie jestem warta miłości. No i oczywiście czytałabym, jak
          moja mama, pamiętniki mojej córki, bo nikt mnie nie uczył poszanowania cudzej
          intymności. Zresztą torbę i notesy, telefony eksa, kontrolowałam przy każdej
          okazji. A teraz jestem wolna, może jeszcze nie do końca, ale jestem wolna, bo
          moje upodlenie było moim problemem, nie mojej matki. Moja matka, tak wybrała,
          chce nadal grać swoją role, swój teatr. Trudno. Ale beze mnie.
          • chalsia Re: Psychoterapia- 24.05.04, 09:41
            No właśnie. Nic dodać, nic ująć.
            Ja chciałam tylko dopisać, że łatwiej i szybciej "leczyć" tych, którzy niejako
            rykoszetem cierpią z powodu toksycznej matki, ojca alkoholika, etc, etc niz
            tych, których bezpośrednio dana "przypadłość" trapi.
            Pozdrawiam,
            Chalsia
            • virtual_moth Re: Psychoterapia- 24.05.04, 09:55
              chalsia napisała:

              > łatwiej i szybciej "leczyć" tych, którzy niejako
              > rykoszetem cierpią z powodu toksycznej matki, ojca alkoholika, etc, etc niz
              > tych, których bezpośrednio dana "przypadłość" trapi.

              No pewnie. W końcu łatwiej leczyć skutki choroby niż jej przyczynę.
          • virtual_moth Re: Psychoterapia- 24.05.04, 09:49
            Cheddar,
            nie chciałam Cię urazić - wypowiadam tylko swoje poglądy. Nie rozumiem dlaczego
            część z Was tak bardzo bierze sobie do siebie moje słowa. Przecież to tylko
            moje zdanie - JA nie poszłabym do psychologa z problemem toksycznej matki. Nie
            potępiam osób, które szukają pomocy u psychologa, zachęcam tylko do podzielenia
            się swoim doświadczeniami.

            Jeśli zaś chodzi o toksyczną matkę, to może dlatego nie czuję potrzeby terapii,
            bo po prostu moja matka nie jest toksyczna? Po Twoim poście i poście
            Edzieckokareniny coraz bardziej utwierdzam się w tym przekonaniu. Jednocześnie
            dochodzę do wniosku, że część osób dopowiedziało sobie tę "toksyczność" mojej
            matki, przenosząc swoje doświadczenia na moje.

            U mnie wygląda to zupełnie inaczej niż u Was - moja matka WIE, że może sobie do
            mnie mówić i mówić, a ja i tak postawię na swoim. Nie może się jednak
            powstrzymać od komentarzy, sugestii, pouczania, odwoływania się do rozsądku
            itd. Zbyt wiele razy manifestowałam moją niezalezność w czynach (w słowach też,
            ale to i tak nic nie daje), aby jeszcze wierzyła, że może na mnie wpłynąć. Nie
            przeszkadza jej to jednak na każdym kroku krytykować moich zachowań - robi to
            jednak ot tak, dla samego krytykowania i nigdy się nie dziwi ani nie "obraża",
            gdy i tak robię swoje. Niby nic takiego, poględzi, poględzi i tyle, ale na
            dłuższą metę może to człowieka doprowadzić do szału. Mimo tego, że prawie
            zawsze wychodziło na moje i prawie zawsze to JA miałam rację, ona i tak musi
            dorzucić swoje trzy grosze. Nie mówi mi wprost: "a nie mówiłam, zmarnowałaś
            życie", ale nasila po prostu swoje ględzenie od kiedy z nią mieszkam.
            Mimo tego, że prawie zawsze postepowałam wbrew jej radom, ona nigdy nie
            próbowała wzbudzić we mnie poczucia winy (albo może na mnie to nie działało).
            Raczej szanowała moje zdanie, tym bardziej przecież, że prawie zawsze miałam
            rację...

            Mój problem jest zatem 100 razy bardziej błahy niż Wasz, dziewczyny i nawet mi
            wstyd z tego powodu, że marudzę. Moja matka po prostu jest chorobliwie skąpa,
            chorobliwie "prawa" (może popełniła jakieś straszne grzechy w przeszłości i
            teraz boi się, że ja je popełnię?) i trzymając "bank" pod swoją prawicą może
            teraz spokojnie mną manipulować. Poza tym jestem w JEJ domu i czuję, że
            powinnam to szanować.

            Pozdrawiam

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka