Temat dla mnie kontrowersyjny.
Dzieląc się z Wami moimi rozterkami, opisując intymne szczegóły życia
oczekiwałam mentalnego kopnięcia w tyłek, pogłaskania po główce, wysłuchania.
Wszystkiego, tylko nie wysłania do psychologa
Póki co dowiedziałam się, że mam "syndrom wyuczonej bezradności" i psycholog
pomógłby mi się z tym uporać. To pobudziło mój zainfekowany wirusem
bezradności mózg do podzielenia się z Wami refleksją na temat psychoterapii...
MOje rozważania wykluczają przypadki silnych depresji z myślami samobójczymi,
choroby alkoholowej, silnych depresji wywołanych tragedią życiową (śmierć
bliskiej osoby, rozwód, utrata środków do życia i wylądowanie na bruku).
Otóż uważam, że istnieje coś takiego jak moda na psychoterapię nakręcana
przez samych psychoterapeutów, którym przecież zalezy na jak największej
liczbie przypadków do leczenia. Na każdy stan umysłu mają "naukowy" termin,
każde zachowanie potrafią zgrabnie zaszlufadkować. Oczywiście koncerny
farmauceutyczne mają tu także niebagatelny udział: zależy im przecież na
sprzedaży jak największej ilości antydepresantów, które w przeważającej
większości są horrendalnie drogie.
Taki mechanizm porównuję tutaj do efektu, jaki wywołują reklamy produktów
typu Danonki czy Actimel. Popyt jest nakręcany sztucznie i miliony matek
gładko nabierają się na tę "zawartość wapnia pomagającą w tworzeniu mocnych
kości" czy też "bakterie alcasei tworzącą barieię ochornną dla organizmu".
Wszystko pięknie ładnie, tylko nikt nie wspomina o konserwantach czy
zawartości cukru. Poprzez odpowiednią manipulację kształtuje się popyt.
Mamy tu dwie różne sytuacje, ale mechanizm jest ten sam. O ile nic nikomu się
nie stanie, jak zje Danonka (hm...), o tyle w przypadku psychoterapii możemy
być narażeni na znaczny dren portfela, nie mówiąc o marnowaniu czasu i
energii.
Zapewne wiele z Was powie, ze psychoterapia pomogła Wam uporać się z
nierozwiązywalnymi, mogłoby się wydawać, problemami. Nie będę zaprzeczać -
dla mnie jednak jest to nie tyle kwestia "wyleczenia schorzenia" co efekt
wspomnianej przeze mnie manipulacji. Chętnie zrzucamy odpowiedzialność za
własne postepowanie na "depresję" czy inny "syndrom" i jeszcze chętniej
udajemy się do "specjalisty", który pomaga nam "spojrzeć w sieie". Czasami
wręcz wyolbrzymiamy nękające nas problemy, tarzamy się we własnym
nieszczęściu i jak chipondrycy szukamy tylko okazji, aby móc być leczonym
(przyznaję jednak, że to skrajne przypadki).
W ludziach od zawsze tkwi potrzeba oddania losu w czyjeś ręce; chcą czuć, że
tak naprawdę nic nie zalezy od nich (tylko od "choroby"), że "wszystko jest
zapisane w gwiazdach". Chętnie chodzimy do wróżek, jasnowidzów...
Zdaje nam się, że jeśli poznamy "naukowy" termin naszego schorzenia, że jeśli
nadamy imię naszemu demonowi, to łatwiej nam będzie go ujarzmić. Najlepiej
oczywiście, aby istnienie tego demona nie wynikało z naszego postępowania,
ale z jakichś bliżej nieokreślownych "naukowych" przyczyn typu predyzpozycje
genetyczne itd.
Przypominam, że jestem za leczeniem "prawdziwych" przypadków.
Wiem, że większość z Was powie, ze o co mi chodzi - jesli komuś to pomaga, to
dlaczego miałby tego nie robić?
A mnie chodzi tylko o uzasadnienie mojej decyzji, że z problemem toksycznej
matki uporam się bez psychoterapii

O ile to oczywiście kogoś obchodzi
Jeśli macie ochotę, zapraszam do dyskusji. Jestem gotowa zmienić zdanie

))
Pozdrawiam