Chorobliwa ambicja...

18.08.04, 22:42
Witajcie.
Niedawno zdałem sobie sprawę, że chyba mam problem. Ze sobą. A problem jest
tym większy, że może się odbić na moim synu. Mam wobec niego bardzo wysokie
oczekiwania, może nie wyrażane wprost, w końcu jest dopiero w przedszkolu,
ale cały czas pielęgnowane. Są one w dodatku proporcjonalnie większe, bo
próbuję chyba udowodnić całemu światu, że pomimo tego, iż wychowuję syna sam,
on w niczym nie ma gorzej i zawsze będzie najlepszy. Kiedy pani
przedszkolanka rzuciła kiedyś mniej więcej: „Ale masz dzisiaj pogniecioną
koszulkę, Joszko. Tatuś pewnie nie miał czasu wyprasować. Na pewno ma wiele
spraw na głowie”, to od tego czasu mogłem spóźnić się do pracy, a
wyprasowałem mu koszulkę i spodnie. Zawsze staram się ubierać go bardzo
schludnie i układać mu włosy, żeby nikt nie mógł z pobłażaniem powiedzieć, że
on taki niechlujny, bo nie ma matki. Boję się tylko, że zrobię z niego przy
tym fircyka. Jego dobre wyniki są dla mnie w sumie oczywiste – tak miało być;
a kiedy panie przedszkolanki zaproponowały posłanie go rok wyżej, to
właściwie tego oczekiwałem i tylko udawałem zdziwienie. Zacząłem go uczyć
czytać i liczyć, kiedy miał trzy i pół roku. Uczę go masy rzeczy
nieprzydatnych dla dziecka w jego wieku, nie będę wszystkich wymieniał, bo
teraz widzę, jak ja się ośmieszam, ale mały rozpoznaje z twarzy wielu
polityków, przyporządkowuje ich do partii i wie na przykład, że premier to
prezes rady ministrów. Pojęcia takie jak Trybunał Konstytucyjny i Trybunał
Stanu mamy rozpracowane. Nauczyłem go mnóstwa wierszy i to nie „Stoi na
stacji lokomotywa...”, ale raczej „Litwo! Ojczyzno moja!” i Brodskiego. A
akcję „Cała Polska czyta dzieciom” odwróciłem i mój syn, w ramach ćwiczeń,
przed snem czyta mi Wyborczą. Zawsze go sprawdzam potem z rozumienia tekstu i
tłumaczę bieżące wydarzenia. Jak dotąd nie widziałem w tym nic niepokojącego,
bardzo mi się podobało, że mały tyle wie i pamięta, to było takie zabawne i
ciekawe i – przyznaję z bólem serca – można się było pochwalić przed
znajomymi. Kiedy młody recytował z zapałem: ”Bo wolność jest wtedy, gdy
zapominasz pisowni nazwiska tyrana, a ślina w ustach smakuje słodziej niż
chałwy Persji (...)”, wszystkich rzucało na kolana, a ja puchłem z dumy.
Dopiero niedawno przyjaciółka zwróciła mi uwagę, że to może nie do końca jest
dobry pomysł. I zacząłem się zastanawiać. Przecież jemu do niczego nie jest
potrzebne nazwisko prezydenta Hiszpanii i takich rzeczy jeszcze kiedyś będzie
się przecież uczył, a póki co, to chyba dla niego jest ta lokomotywa, która
stała na stacji. Dla dorosłych to jest śmieszne, że maluch opowiada o
poważnych rzeczach, ale czy dla malucha to też jest takie śmieszne? W dodatku
zdałem sobie sprawę, że ja go już widzę w swoim zawodzie. Kiedy przynoszę
jakieś rzeczy z pracy, opowiadam mu o nich i wszystko wyjaśniam, doszukuję
się u niego zdolności w tym kierunku, pilnie obserwuję wszystkie podejmowane
próby działań i mam daleko idące projekty rodzinnego przedsięwzięcia!
Przecież to chore. Moi rodzice mówili mi, że mogę zostać stróżem nocnym, byle
bym tylko był szczęśliwy. Ja tak nie umiem powiedzieć. Nie wyobrażam sobie,
żeby mój syn nie skończył studiów – a on ma dopiero pięć lat. Zdecydowałem
się nie wysyłać go do wyższej grupy w przedszkolu, ani wcześniej do szkoły
też z troski o to, żeby mógł mieć potem łatwiej i być –najlepszy– , żeby mógł
się bez problemów dostać na politechnikę. A wcześniej, kiedy myślałem, że go
poślę wcześniej, miałem na uwadze rok, który mógłby poświęcić szlifowaniu za
granicą języków obcych.
Jak ja mam się hamować? Nie chcę zrobić mu krzywdy, ale tak się boję, że
czegoś nie dopilnuję. Pół biedy chyba, że zdałem sobie sprawę z moich
zapędów, pytanie tylko, jak z nimi walczyć, żeby też nie przegiąć w drugą
stronę.
No właśnie. W zbliżającym się roku szkolnym zamierzam wysłać syna na
angielski i lekcje gry na instrumencie. To chyba nie będzie zbyt duże
obciążenie? Bo mi się wydaje, że to najwyższy czas...
Za wszystkie rady i podpowiedzi będę wdzięczny. Nie śmiejcie się ze mnie za
mocno. Pozdrawiam. Borys
    • chalsia Re: Chorobliwa ambicja... 18.08.04, 23:10
      Samoświadomość to już połowa sukcesu - niestety ta łatwiejsza smile))))

      Tylko dwa pomysły mam - daj tej przyjaciółce pozwolenie in blanco na kopanie
      Cię w kostkę w każdej sytuacji, która jej, obserwatorce z boku, będzie się
      wydawała "podejrzana" (w kontekście Twoich obaw)
      Drugi - za każdym razem jak coś z małym robisz - zastanów się czy tak robią
      rówieśnicy (bo nie wydaje mi się np. by czytanie Wyborczej kształtowało u
      dziecka wyobrażnię albo myślenie kreatywne - natomiast dywagacje o tym jak
      można było inaczej załatwić 40-stu rozbójników - owszem).

      Pozdrawiam,
      Chalsia
    • kruszynka301 Re: Chorobliwa ambicja... 18.08.04, 23:17
      bardzo dobrze, że sobie zdałeś sprawę, że za dużo oczekujesz. Ja mam podobne zdanie do Twoich rodziców - byle synek był szczęśliwy, choćby był stróżem nocnym.
      Ja sama byłam zawsze i wszędzie prymusem - opłaciłam to samotnością - dorośli uważali mnie za dziecko, a z rówieśnikami nie miałam o czym rozmawiać......I nawet rodzice nie musieli mnie do niczego zachęcać, nie sprawdzali mi stopni, nie wysyłali na dodatkowe zajęcia.
      Nie sądzę, aby umiejętności okupione brakiem znajomym (bo liczne kursy i zajęcia dodatkowe mogą się do tego sprowadzić) uszczęśliwiły Twojego synka.
      ja staram się korzystać ze wzorca nauczania moich rodziców - nie zajęcia dodatkowe, ale dyskusje w domu, nie kursy, ale mówienie po angielsku.
      Lekcje gry na instrumencie naprawdę uważam za nieprzydatne (chyba że Twój synek ma wyjątkowe zdalności muzyczne).
      Może zamiast tego zacznij z nim chodzić na basen, najlepiej taki ze zjeżdzalnią, biczami wodnymi - to dzieci lubią najbardziejwink)
      • berkot Re: Chorobliwa ambicja... 18.08.04, 23:26
        A przeczytanie "Lokomotywy" powinno być fajną zabawąsmile)
        pzdr.
        berkot
    • carri Re: Chorobliwa ambicja... 19.08.04, 08:28
      A ja dla odmiany powiem, że choć z jednej strony chorobliwa ambicja jest
      baaardzo zła i może wyrządzić wiele krzywdy dziecku, za co ja sama mam trochę
      żal do mojej mqmy, bo zamiast pochwał słyszałam tylko, że "mogło być lepiej",
      to z drugiej podziwiam Twoje działania i do pewnego stopnia popieram. Do tego,
      do którego będą się one podobały synkowi i będziesz umiał powiedzieć "nic się
      nie stało", gdy zawali jakiś sprawdzian. Równie dobrze można się bawić ucząc
      się na pamięć "Lokomotywy" i Inwokacji. A dzięki temu poszerzasz dziecku
      horyzony. Nie widzę w tym nic złego, wręcz przeciwnie. Nie będzie miał żadnych
      braków z wiedzy ogólnej.
      Choć powtarzam: musi to być dla niego zabawa i powód do pochwał jedynie. Nie
      można go ganić jeśli mu się nie chce lub coś myli.
      A odnośnie zajęć pozalekcyjnych - polecam. Może nie tylko języki i gra na
      fortepianie, ale jakiś sport na dodatek. Ja żałuję, że mnie na takie nie
      ciągano. Byłabym w czymś bardzo dobra, a tak musiałam później nadrabiać
      zaległości.

      PS. smile A propos znajomości polityków. Wbrew temu, co twierdził pan Bush (brat
      obecnego prezydenta) podczas sowjej ostatniej wizyty w Hiszpanii, kraj ten nie
      ma prezydenta smile))
      • borys.joszko Re: Chorobliwa ambicja... 22.08.04, 23:34
        > A propos znajomości polityków. Wbrew temu, co twierdził pan Bush (brat
        > obecnego prezydenta) podczas sowjej ostatniej wizyty w Hiszpanii, kraj ten
        nie ma prezydenta smile))

        Ach!smile Oczywiście, masz rację. Chciałem na koniec rzucić jakiś barwny przykład
        i walnąłem bezmyślnie. Brawo za uwagę!smile
    • leeya Re: Chorobliwa ambicja... 19.08.04, 09:34
      Widzisz Borys, moze nie powinnam sie wypowiadac na ten temat, bo jeszcze nie
      mam dziecka, ale chyba jednak dorzuce swoje 5 groszysmile

      Moi rodzice zawsze duzo pracowali i raczej nie mieli czasu na planowanie naszej
      przyszlosci. Mnie powierzyli moim pradziadkom i strasznie duzo na tym
      skorzystalam, poniewaz oprocz nauki gotowania, szydelkowania i haftowania
      wynioslam stamtad tez milosc do historii, techniki, swietna znajomosc
      niemieckiego i rosyjskiego... i umiejetnosc gry w karty (przede wszystkim poker
      na zapalkismile. Nie mowiac oczywiscie o umiejetnosci pisania, czytania we
      wszystkich znanych mi jezykach (tak! Cyrylica), matematyki. A mialam tylko 5 lat

      Moja o 12 lat mlodsza siostra nie miala tego szczescia, pradziadkowie juz nie
      zyli, zajmowaly sie nia opiekunki. Kiedy miala 10 lat zamieskala ze mna. I
      postanowilam nadrobic czas. Teraz ma 15 lat i chyba jest zadowolona z
      mojej "chorobliwej ambicji" wobec niej. Co prawda najpierw chcialam ja
      ukierunkowac w moja strone... ale okazalo sie, ze jest typowa humanistkasmile
      Zrozumienie tego zajelo mi pol roku. Ten czas byl ciezki ala nas obu, ale w
      koncu odnalazlysmy jej droge i cokolwiek nie wybierze, popre to. Nawet ten
      Kikboxing na ktory sie zapisuje od wrzesnia, chociaz ja naciskalam na jazde
      konna..

      Dlatego wydaje mi sie, ze nie ma nic chorobliwego w checi dawania dziecku tego,
      co najlepsze. Oczywiscie, byleby tylko nie przesadzic, nie zabierac dziecku
      dziecinstwa. Dopoki Joszko nie boi sie powiedziec czegos dziecinnego i nawet
      niemadrego, bawic sie, dokazywac z rowiesnikami, wydaje mi sie, ze nie ma
      problemu.
    • bojana Re: Chorobliwa ambicja... 19.08.04, 10:00
      Po pierwsze witam cieplutko (nie dlatego, że jesteś facetem, ale dlatego, że
      wydajesz się normalnywink)
      Borys, dla mnie bez wątpliwości, przesadnie chcesz pokierować życiem Twojego
      syna. Zastanów się, dlaczego to robisz? Troszczysz się o jego edukację i
      rozwój, to bardzo dobrze, ale pozwól mu być dzieckiem, zostawcie Prezesa Rady
      Ministrów.... Twoje ambicje w stosunku do syna są ciut niezdrowe, wybacz
      bezpośredniość. Może się zdarzyć, że kiedyś będzie rozdarty pomiędzy swoje i
      Twoje oczekiwania, a to raczej nie pozwoli mu wyrosnąć na szczęśliwego
      człowieka. Może podświadomie próbujesz mu coś zrekompensować?
      Absolutnie polecam Ci lekturę - Dobrą Miłość (W. Eichelbergera i A. Samsona)i
      spotkanie z kimś, kto pomoże Ci ustalić dlaczego postępujesz w ten sposób.
      (kawałek o ambicjach rodziców względem dzeci mogę Ci wysłać faxem jutro, jeżeli
      masz chęć to dla mnie żaden kłopot).
      Też sugerowałabym odpuścić naukę gry na instrumencie jeżeli Joszko nie ma
      wielkich uzdolnień. Najlepiej zaś będzie jeżeli wybierzesz kilka różnych zajęć,
      zreferujesz co i jak i pozowlisz synkowi samemu zdecydowac co będzie robił
      (myślę o czymś zamiast instrumentu bo kwestie językowe popieram) Dzięki temu
      poczuje się ważnym gościem i będzie musiał potem ponosić konsekwencje swojego
      wyboru. To byłoby baaardzo cenne doświadeczenie w jego życiu, w Twoim teżwink
      Pozdrawiam
    • x_slawek Re: Chorobliwa ambicja... 19.08.04, 11:43
      Borys!
      Całe szczęście, że ludzie są różni. Jedni chorobliwie ambitni, inni wcale. Ja
      mogę Ci napisać tylko jakie jest moje zdanie. Gdyby była jakaś uniwersalna
      prawda na temat wychowywania dzieci, to wszyscy byśmy wiedzieli jak trzeba
      postępować. Za chwilę wszyscy byli by tacy sami.
      Odzywam się dlatego, że jestem w podobnej sytuacji. Wychowuję 5-letnią córkę.
      Tylko to ona jest bardzo ciekawa świata i dosyć ambitna. To ja muszę nadążać za
      jej pomysłami i pomagać w ich realizacji. Marta chodzi na angielski - specjalne
      zajęcia dla dzieci, była na obozie konnym - też dla dzieci. Z równą radością
      pomagałem jej nauczyć się huśtania na huśtawce. Teraz, od września, bardzo chce
      chodzić na zajęcia taneczno - wokalne. Obserwuję koleżanki Marty, którze mają
      podobne obciążenia, ale i tak obawiam się, że taka ilość zajęć to może być za
      wiele.

      Marta ubiera się dosyć oryginalnie. Nie uprasowane ubranie, to drobiazg. Tu
      kompletnie nie przejmuję się opiniami otoczenia.

      Slawek
      • chalsia Re: Chorobliwa ambicja... 19.08.04, 11:56
        > Marta ubiera się dosyć oryginalnie. Nie uprasowane ubranie, to drobiazg. Tu
        > kompletnie nie przejmuję się opiniami otoczenia.

        I bardzo słusznie.
        Aczkolwiek, biorąc pod uwagę, ze wychowujesz KOBIETĘ, warto by było jakoś
        wymyślić metodę, by pozytywnie odebrała wartość uprasowanego ubrania smile)

        Pozdrawiam,
        Chalsia
    • judytak Re: Chorobliwa ambicja... 19.08.04, 13:17
      co do prasowania koszul, żebyś wiedział: większość dzieci, mających pełne
      rodziny, nie chodzi w wyprasowanych koszulach i spodniach :o)
      większość dziecięcych ubrań tak naprawdę nie wymaga prasowania, w każdym razie
      w 10 minut po założeniu nikt nie powie, czy było prasowane czy nie...

      co do oczywistości dobrych wyników: to dobrze, dużo lepiej, niż jakbyś
      przesadnie się zachwycał :o)
      tylko żebyś potrafił tak samo naturalnie przyjąć, że są (będą) dziedziny, w
      których dziecko okaże się być średni, albo wręcz słaby...

      co do ilości dodatkowych zajęć: angielski i gra na instrumencie są OK dla
      spokojnego, dojrzałego sześciolatka; jeśli jest w zerówce, a mógłby być w
      pierwszej klasie, taka stymulacja intelektualna tylko dobrze zrobi (nie słuchaj
      tych, którzy mówią, że gra na instrumencie jest niepotrzebne, znakomicie
      rozwija ogólno-intelektualnie, a w szkole nie możesz liczyć nawet na podstawowe
      podstawy wiedzy o muzyce (niestety))

      dołożyłabym zajęcia sportowe, ruchowe, czy to w formie jakichś zajęć dla
      dzieci, czy to w formie męskiego postanowienia "dwa razy w tygodniu chodzimy na
      basen i raz gramy w piłkę", w ogóle, poza tym też, zwracaj uwagę na ruch, dużo
      ruchu na świeżym powietrzu, dziecku jest to bardzo potrzebne, a tobie też się
      przyda :o)

      co do tego, że dziecko wie, kim jest Marek Belka: dobrze-dobrze, ale czy on
      wie, kim jest Kubuś Puchatek, Pippi Langstrump, czy Królowa Śniegu? a czy ty
      wiesz?! bo kiedy on dorośnie, nikt już nie będzie pamiętał, kim był Marek
      Belka, a Kubuś Puchatek nadal będzie powszechnie znana i szanowaną
      osobistością ;o)

      nie dlatego czyta się dzieciom bajki, bo są jeszcze małe i głupie, i
      poważniejszych rzeczy nie rozumieją, tylko dlatego, że z bajek dzieci uczą się
      bardzo ważnych rzeczy: uczą sie tego, jaki jest świat, jacy sa ludzie, uczą się
      przenośni, symboli, sztuki, kreatywności... GW, przy całym szacunku, do tego
      się nie nadaje :o(

      co do "popisywaniu się dzieckiem przed znajomymi" - masz wyjątkowo grzeczne i
      układne dziecko, jeśli to jeszcze toleruje... albo jeszcze się nie połapało, że
      dorośli się z niego śmieją, a nie podziwiają go...

      co do układania dziecku życia do przodu: a nie ciekawiej jest obserwować, co
      się z niego "wykłuje", i na bieżąco się dostosowywać? polecam zasadę mojego
      ojca: "moje dziecko nie jest głupsze ode mnie, ja sobie poradziłem w życiu, to
      i ono sobie poradzi" ;o)

      uwierz, że robisz wszystko dobrze, i wrzuć na luz ;o)))
      są wakacje :o)))

      pozdrawiam
      Judyta

    • bei : Chorobliwa ??????ambicja...:):) 19.08.04, 20:34
      poddaję watpliwości- czy chorobliwasmile
      Gdybyś uczył synka na siłę- wbrew jego checiom- to byłaby patologia....ale Twój
      dzielny pieciolatek ma feajde z takiego traktowania...inaczej już by sie
      buntowal....Moi synowie b.wczesnie czytali..pisali...uczyli się
      języków....trwało to do chwili- gdy chcieli....starszy troszke przestał chcieć
      w tym roku...ale już od października wraca na studia- zmienił kierunek...a
      młodszy nadal b. chce- jest wzorowym uczniem gimnazjum...studia starszego- to
      nie kwestia moich ambicji- chciałabym- by był szczęśliwy...nie miał pomysłu co
      zrobić ze sobą po maturze i dyplomie- wiec podsuwałam mu pomysły dalszej
      edukacji... Jesteś wspaniałym TATĄ- i to, że chcesz dla synka jak najlepiej- to
      jest zdrowe....wierzę- że nie zrzucisz swojemu synkowi problemów całego życia w
      partnerskich rozmowach....wierze- że potrafisz stworzyć mu swiat- w którym
      będzie miał szczęśliwe dzieciństwo...już je ma....Nie wiem, dlaczego
      wychowujesz synka sam...ale wiem- intuicja mi krzyczy- że Twój syn wspomni czas
      przeżyty z Tobą jako szczęśliwy...z serdecznością-
      Bea
      • borys.joszko Re: : Chorobliwa ??????ambicja...:):) 22.08.04, 23:37
        Jesssu... Bea, dziękuję!

        > Twój syn wspomni czas przeżyty z Tobą jako szczęśliwy...
        To chyba moje największe marzenie.
        smilesmilesmile Pozdrawiam serdecznie. B.
    • omama Re: Chorobliwa ambicja... 20.08.04, 09:21
      Wiesz, Wańkowicz cytował kiedyś swoją żonę: nie prowadź dziecka, idź za
      dzieckiem.
      Kup mu klasykę dla dzieci -Jannson, Lindgren, Lewis, Nesbit, etc. Niech się
      bawi, niech pobędzie dzieckiem (angielski popieram, muzykę - jeżeli będzie sam
      chciał). Przyglądaj się; jaki jest? Czego chce? Gdzie go ciągnie?
      POszukaj w sobie źródeł tej rozszalałej ambicji. Pamiętaj, że dzieci można
      ukierunkować tak, żeby spełniały rodzicielskie oczekiwania, ale najczęściej to
      dla nich szkoda, nie pożytek. Pamiętaj, że mały może mieć obawę, że kochasz go
      za to, że przeskakuje coraz wyższe poprzeczki, a nie za to, jaki jest.
      Skończ z prezentacjami dziecka przed znajomymi.
      A sam przeczytaj sobie harper lee "zabić drozda".
    • borys.joszko Dzięki 22.08.04, 23:35
      Bardzo dziękuję wszystkim za wypowiedzi. Przeczytałem wiele mądrych zdań i,
      wierzcie, wziąłem je sobie do serca. Oczywiście, nie zmuszam mojego syna, żeby
      był dorosły, moje zwyrodnienie nie jest chyba jeszcze aż takiesmile „Kubusia
      Puchatka” i „Mikołajka” czytamy też i nie wymagam (już tak długofalowo), żeby
      mój syn był świetny we wszystkich dziedzinach.
      Przy lekcjach gry na instrumencie będę obstawał. Tak naprawdę to nie wiem
      jeszcze, jaki ma słuch. To dopiero będzie ocenione przy dobieraniu mu
      odpowiedniego instrumentu. Chętnie bym go widział ze skrzypcami, ale do nich
      trzeba mieć słuch absolutny i jeśli nie będzie miał, to dobre będzie i co
      innego. Joszko chce grać, pytałem go o to. Rozważałem również chór, ale na to
      jest chyba za mały. Ja sam w latach chłopięcych śpiewałem w chórze w moim
      rodzinnym mieście, notabene w tym chórze, który obecnie ma tak fatalną sławę,
      ale wspominam to bardzo dobrze, jako rozwijające doświadczenie, mimo że nie
      związałem życia z muzyką.
      Piszecie, że powinienem też postawić na rozwój fizyczny, jakieś zajęcia
      ruchowe. Myślałem o tym, ale chwilowo muszę to synkowi odpuścić ze względu na
      jego stan zdrowia. W zasadzie nie muszę też go na nic zapisywać, gdyż z własnej
      inicjatywy, kiedy tylko możemy, sporo się ruszamy.
      A jeśli zaś chodzi o branie, bądź, jak w przypadku Sławkowej Marty, niebranie
      pod uwagę opinii innych, to trochę się niepokoję. Mój syn odkrył, że dzięki
      swojej cherubinkowatości może sporo zdziałać, więc przegląda się w lustrze jak
      dla mnie niepokojąco często. I znowu mam wychowawczy dylemat – zwalczać to czy
      nie. Ech, zajmowanie się dziećmi to właściwie pasmo dylematów. Dzięki, że
      pomagacie mi je rozwiązywaćsmile
      Pozdrawiam serdecznie. Borys
      • kasiajulia Re: Dzięki 23.08.04, 04:49
        Borys,
        Świetnie wygladacie razem, podglądałam fotografie.
        Moja córka tańcem i właśnie muzyką sie interesuje nadmiernie, zamierzam to
        wykorzystać. Wyborczej nie czyta, ale uwielbia tworzyć z ciastoliny różne cuda
        i też przegląda się w lustrze, prawi mi komplementy. Podczas mojego malowania
        paznokci ona również do tego się przymierza, gdy czytam to ona "czyta" obok. Z
        racji bycia dziewczynką nie martwię się przesadnie.
        Powodzenia w dokonaniach i wyborach Borys.
        Pozdrawiam.
        Kasia.
    • liesel Re: Chorobliwa ambicja... 23.08.04, 11:38
      Wiesz, nie mam dzieci, wiec moge plesc ze znastwem (i odnosnikami do wszystkich
      powazno-nudnych tomow porastajacych kurzem we wszelkich bibliotekach
      zagubionych w czelusciach wydzialow psychologicznych teo swiata), ale:
      1. Sama zaczelam czytac dosc pozno. Nie dlatego, ze mnie to jakos przrastalo,
      tylko ze w pierwszej klasie uczylam sie czytanek razem z kolezanka i jej
      starsza siostra (trzecioklasistka wowczas- a wiec wtedy jak dla mnie prawie
      balzacowska dama, a przynajmniej autorytet w czytaniu liter i pisanych, i
      drukowanych...), kolezanka zawsze byla przez nia brana jako pierwsza do
      czytania i zanim zmeczyla to cale "Ala ma kota", to ja to umialam na pamiec. I
      po prostu nie bylo po co czytac. Az w koncu zostalam w domu sama z ksiazka
      niedoczytana przez mame, ciekawosc okazala sie wieksza od wygodnictwa - i
      okazalo sie ze umiem czytac. Aby zas udowodnic (sama mialam taka potrzebe), ze
      duzo umiem i w ogole cool jestem, na wakacjach po pierwszej klasie przeczytalam
      co tylko sie w domu znalazlo o starozytnym Rzymie, oczywiscie potem cytujac
      wszystkim chcacym (lub i nie - nie przejmowalam sie wink) tego sluchac. Lektury z
      dziecinstwa nadrabialam pozniej. Gazety tez czytalam dosc szybko, w polityce
      tez zaczelam sie wkrotce orientowac - gazetka przy sniadaniu (jak byl na to
      czas) pozostala do dzis jedna z rzeczy, ktorymi mozna mnie przekupic, a to
      drugie przeszlo mi na kierunek studiow i prace (ktorych nie zamienilabym na
      inne). Konkluzja: jesli Twojemu Malemu tez sie podoba to co mu wpoiles, to
      najwyzej za kare w przyszlosci bedziesz go sobie ogladal w telewizorze jako
      polityka wink, ale jemu to raczej nie zaszkodzi. Byle nie zmuszac, jesli nie
      bedzie chcial.
      2. W szkole tez chcialam byc dobra, ze swiadomoscia, ze pewnych rzeczy musze
      sie sama nauczyc. Co innego, ze konkretny dzieciak tak ma, a co innego
      zmuszanie. Mialam w klasie przypadek dziewczyny nazwanej dosc pretensjonalnie
      (co skrocilismy do bardzo powszechnej formy popularnego imienia i tym
      pretensjonalnym to najdluzej darla sie jej mama, tak na pol ulicy, bo corka
      przyzwyczajona do krotkiej formy nie reagowala...), zmuszanej do
      jezykow/muzyki/kursow tego, smego i owego, poslanej ogromnym kosztem do szkoly
      ogolnoksztalcacej i na platne studia. Efekt: dziewczyna dzis wklepuje dane i ma
      chlopaka zwyklego zolnierza, w wolnych chwilach biega z psem i chodzi na piwko -
      natury sie nie przeskoczy. Jesli 40% ludzi w odpowiednim wieku studiuje, chyba
      normalne, ze wiekszosc rodzicow widzi swoje pieciolatki brylujace na
      uniwersytecie, ale ostatecznie to Joszko sam sie ustawi po wybranej przez
      siebie stronie owej 40. Chyba dobrze, ze go rozwijasz, pokazujesz mu
      mozliwosci, barwy swiata - to bedzie jego bogactwo. Grunt, zeby nie zameczac
      jak w podanym wyzej przykladzie.Ty mu - w mojej interpretacji tego, co
      napisales - po prostu pokazujesz, ze myslenie moze sprawiac przyjemnosc (jak
      czyta te gazety, to pewnie sam juz wie, ze nie wszystkim ;P), wyrabiasz w nim
      jakies nawyki, uczysz odkrywac nowe. Czy moze byc w tym cos zlego?
      3. Odnosnie wymagan - podobno mija moda na wychowanie bezstresowe. Przez
      dluzszy czas bylam z czlowiekiem (i w nastepstwie trafilam na to forum),
      ktorego wychowywano bez wymagan, wszystko dobrze, cacy, jak naplul na tatusia,
      to tez... Skutek? Nieodpowiedzialny stary kon, zapatrzony w siebie, stawiajacy
      swoje potrzeby zawsze na pierwszym miejscu (i chyba jedynym, dalej wzrok nie
      siega...), nie uznajacy krytyki... W dodatku chcce miec wszystko podane na
      tacy, ostatnio sie troche zdziwil, jak nie chcac czekac na miejsce na staz
      badawczy postanowil je sobie zalatwic przez lozko, a niestety potwierdzenie
      stypendium jakos nie chcialo przyjsc i chyba juz nie zechce, bo rozpisali nowe
      konkursy...Chyba lepiej, zeby Twoj Joszko mial w przyszlosci inne idealy i nie
      brzydzil sie zapracowaniem na swoje...
      4. Pojscie wczesniej do szloly, zeby miec rok na jezyki jest - oceniam po
      latach z wlasnej perspektywy - nieglupie. Poniewaz ja wlasnie wyjezdzalam,
      chetnie mialabym teraz rok zapasu. Jesli Joszko bedzie sie dobrze czul z troche
      starszymi dziecmi - czemu nie?
      Przepraszam, ze tak sie rozpisalam, ale chcialam jak najdobitniej przekazac,
      ze - jak powiedziala kiedys jedna z bliskich mi osob - "nie boj sie dac mu
      latac".
      pozdr,
      Lis
      ps. a swoja droga czy to nie jest juz jak tak skonstruowane, ze to matki sa od
      poblazania, a ojcowie od postrzyzyn i zabierania na polowanie? wink)
Pełna wersja