borys.joszko
18.08.04, 22:42
Witajcie.
Niedawno zdałem sobie sprawę, że chyba mam problem. Ze sobą. A problem jest
tym większy, że może się odbić na moim synu. Mam wobec niego bardzo wysokie
oczekiwania, może nie wyrażane wprost, w końcu jest dopiero w przedszkolu,
ale cały czas pielęgnowane. Są one w dodatku proporcjonalnie większe, bo
próbuję chyba udowodnić całemu światu, że pomimo tego, iż wychowuję syna sam,
on w niczym nie ma gorzej i zawsze będzie najlepszy. Kiedy pani
przedszkolanka rzuciła kiedyś mniej więcej: „Ale masz dzisiaj pogniecioną
koszulkę, Joszko. Tatuś pewnie nie miał czasu wyprasować. Na pewno ma wiele
spraw na głowie”, to od tego czasu mogłem spóźnić się do pracy, a
wyprasowałem mu koszulkę i spodnie. Zawsze staram się ubierać go bardzo
schludnie i układać mu włosy, żeby nikt nie mógł z pobłażaniem powiedzieć, że
on taki niechlujny, bo nie ma matki. Boję się tylko, że zrobię z niego przy
tym fircyka. Jego dobre wyniki są dla mnie w sumie oczywiste – tak miało być;
a kiedy panie przedszkolanki zaproponowały posłanie go rok wyżej, to
właściwie tego oczekiwałem i tylko udawałem zdziwienie. Zacząłem go uczyć
czytać i liczyć, kiedy miał trzy i pół roku. Uczę go masy rzeczy
nieprzydatnych dla dziecka w jego wieku, nie będę wszystkich wymieniał, bo
teraz widzę, jak ja się ośmieszam, ale mały rozpoznaje z twarzy wielu
polityków, przyporządkowuje ich do partii i wie na przykład, że premier to
prezes rady ministrów. Pojęcia takie jak Trybunał Konstytucyjny i Trybunał
Stanu mamy rozpracowane. Nauczyłem go mnóstwa wierszy i to nie „Stoi na
stacji lokomotywa...”, ale raczej „Litwo! Ojczyzno moja!” i Brodskiego. A
akcję „Cała Polska czyta dzieciom” odwróciłem i mój syn, w ramach ćwiczeń,
przed snem czyta mi Wyborczą. Zawsze go sprawdzam potem z rozumienia tekstu i
tłumaczę bieżące wydarzenia. Jak dotąd nie widziałem w tym nic niepokojącego,
bardzo mi się podobało, że mały tyle wie i pamięta, to było takie zabawne i
ciekawe i – przyznaję z bólem serca – można się było pochwalić przed
znajomymi. Kiedy młody recytował z zapałem: ”Bo wolność jest wtedy, gdy
zapominasz pisowni nazwiska tyrana, a ślina w ustach smakuje słodziej niż
chałwy Persji (...)”, wszystkich rzucało na kolana, a ja puchłem z dumy.
Dopiero niedawno przyjaciółka zwróciła mi uwagę, że to może nie do końca jest
dobry pomysł. I zacząłem się zastanawiać. Przecież jemu do niczego nie jest
potrzebne nazwisko prezydenta Hiszpanii i takich rzeczy jeszcze kiedyś będzie
się przecież uczył, a póki co, to chyba dla niego jest ta lokomotywa, która
stała na stacji. Dla dorosłych to jest śmieszne, że maluch opowiada o
poważnych rzeczach, ale czy dla malucha to też jest takie śmieszne? W dodatku
zdałem sobie sprawę, że ja go już widzę w swoim zawodzie. Kiedy przynoszę
jakieś rzeczy z pracy, opowiadam mu o nich i wszystko wyjaśniam, doszukuję
się u niego zdolności w tym kierunku, pilnie obserwuję wszystkie podejmowane
próby działań i mam daleko idące projekty rodzinnego przedsięwzięcia!
Przecież to chore. Moi rodzice mówili mi, że mogę zostać stróżem nocnym, byle
bym tylko był szczęśliwy. Ja tak nie umiem powiedzieć. Nie wyobrażam sobie,
żeby mój syn nie skończył studiów – a on ma dopiero pięć lat. Zdecydowałem
się nie wysyłać go do wyższej grupy w przedszkolu, ani wcześniej do szkoły
też z troski o to, żeby mógł mieć potem łatwiej i być –najlepszy– , żeby mógł
się bez problemów dostać na politechnikę. A wcześniej, kiedy myślałem, że go
poślę wcześniej, miałem na uwadze rok, który mógłby poświęcić szlifowaniu za
granicą języków obcych.
Jak ja mam się hamować? Nie chcę zrobić mu krzywdy, ale tak się boję, że
czegoś nie dopilnuję. Pół biedy chyba, że zdałem sobie sprawę z moich
zapędów, pytanie tylko, jak z nimi walczyć, żeby też nie przegiąć w drugą
stronę.
No właśnie. W zbliżającym się roku szkolnym zamierzam wysłać syna na
angielski i lekcje gry na instrumencie. To chyba nie będzie zbyt duże
obciążenie? Bo mi się wydaje, że to najwyższy czas...
Za wszystkie rady i podpowiedzi będę wdzięczny. Nie śmiejcie się ze mnie za
mocno. Pozdrawiam. Borys