Ojciec mojego prawie rocznego synka odwiedza małego dość często, bo 2, 3, a
nawet 4 razy w tygodniu. Płaci na małego regularnie co miesiąc jedynie o 50
zł mniej niż chciałam (musiał negocjować

. Pod tym względem jestem
zadowolona. Jednak on wiedząc o mojej fatalnej chorobie nigdy nie spyta o
moje zdrowie, czasami widzi, że trzeba mi pomóc w opiece nad małym, bo stękam
jak babcia. Czasami perfidnie, wiem, bo to ewidentne, patrzy np na butelki po
wodzie oligoceńskiej, potrafi je ominąć, aby nie powiedzieć, przeskoczyć.
Czeka aż poproszę o przywiezienie wody. Małym zajmuje się nieporadnie,
dokładnie odwrotnie niż należy w pewnych sytuacjach, na każde zwrócenie uwagi
reaguje wybuchem, ale w sumie dlaczego mam mu nei zwrócić uwagi, że dziecko
przed kąpielą trzeba wyciszać, a nie doprowadzać do radości aż po pąsy i
rozgrzanie. On twierdzi, że mały i tak ładnie zaśnie i zwraca mi dość
agresywnie uwagę, że się czepiam, potrafi przy tym powiedzieć, że jestem sama
bo jestem taka upierdliwa np. A moje dziecko owszem zasypia ładnie, ale potem
w nocy przeżywa końcówkę dnia i budzi się co 2,5 h na 30 minut. Mnie
osobiście najbardziej zalezałoby, aby się z nim nie spotykać, jednak wbrew
moim odczuciom dąże do tego, by syn i ojciec mieli dobry i czesty kontakt,
choć to ciezkie, bo musze znosić jego tragiczne dydaktycznie i w ogóle
wychowawczo zachowania. Ostatnio powiedział mi, ze wysługuję się swoją
chorobą, aby wzbudzać litość. No poprostu szok, strasznie się poryczałam. Ale
dlaczego mam mu nie powiedzieć "zrób to czy tamto, bo ja nie jestem w
stanie". Głupie pytanie, ale jak sobie z tym konfliktem interesów poradzić?
zChciałabym, aby interesował się małym i miał z nim naturalny dobry kontakt,
a z drugiej strony nie widzieć go. Mały jest zbyt mały, aby z nim mógł
zostawać. Dlaczego? Bo ojciec nie umie go przewinąć, bo ojciec nie wie, że
dziecku trzeba to czy tamto. Poprostu jeszcze narazie staram się 'dla
dziecka' być podczas tych wizyt. Jakie rady dla mnie macie mje drogie?