Witam!
Drogie Samodzielne, jak czytam Wasze posty to w każdym z nich widze siebie, bo
jestem jedną z Was.
Kobietą porzuconą, matką, byłą żoną poniżana na kazdym kroku.
Powiedzcie mi ile można, ile mozna wytrzymać, jakie są do cholery granice
Naszych wytrzymałości, jakie......
Dziś jadąc do pracy, cały czas myślałam o swoim życiu, chyba cały czas o tym
myslę, ale dzisiejszego ranka ogarnął mnie przerażający STRACH.
Strach przed przyszłością, strach przed tym co będzie.
Nie wyobrażam sobie siebie za 10, 20 lat, co ja pisze? nie wyobrażam sobie
siebie za rok!!!!
Aż chciało mi sie wykrzyczeć, że przecież jestem człowiekiem nie bezduszna
maszyna, przecież mam prawo do normalnego życia....
ale do kogo, do kogo mam wołać?
Czasami mi sie wydaje, że nawet Dobry Bóg o mnie zapomniał, a moze moje zycie
ma jakiś cel? Ale czy ja chcę zbawiać świat, ludzi???
Tak niewiele chcę- normalnewgo zycia - a jednek to za wiele jak dla mnie.
Wiecie przypominaja mi sie słowa piosenki, ktore często powtarzam, słowa te są
prawie jak modlitwa, a może są skargą do BOGA:
"...dziś czuję się jak mrówka gdy
czyjś but tratuje jej mrowisko,
czemu mi dałeś wiarę w cud
a potem zabrałeś wszystko....
nie chce się skarżyć na swój los
nie pragnę więcej nic dać możesz
i tylko mam nadzieję, że
że wiesz co robisz Boże..."
"....lecz czemu mnie do raju bram
prowadzisz drogą taką krętą
i ciagle wciąż doświadczasz tak
jak Gdybyś chciał uczynić świętą..."
ale ja nie chce być Świętą......................................