mama_hanki2010
23.08.10, 20:18
Opowiadam ku przestrodze. Po ciężkim porodzie zakończonym cesarką
miałam małą laktację. Już w szpitalu byłam pod ogromną presją
personelu: "karmi pani piersią"- karmić karmić. Tylko że moja Hania
krzyczała po nocach i siostry w końcu brały ją na dokarmianie, bo ja
nie byłam w stanie naprodukować wystarczająco dużo mleka.
Każda noc, a spędziłam ich w szpitalu 6, okupiona była wielkim
stresem, czy moje dziecko się naje i czy znów przyjdzie pielęgniarka
i powie, że "przecież to dziecko jest głodne!!"- jakby to była moja
wina, że nie mam w piersiach tyle, żeby się najadła. Wspominam to
jako koszmar.
Po powrocie do domu byłam pod stałą opieką położnej środowiskowej i
pediatry z przychodni. Córeczka słabo przybierała, ale lekarz
twierdził,żeby karmić, karmić i wszystko będzie dobrze. Ja byłam
pełna obaw i poszłam w końcu do prywatnego pediatry.
Pan profesor stwierdził duże NIEDOŻYWIENIE dziecka! Byłam załamana-
czy to znaczy, że głodziłam własną córkę?? I to pod kontrolą służby
zdrowia?? Pediatra nakazał mi natychmiastowe przejście na mm, żeby
moja biedna Hania nadrobiła wagę. Bardzo to przeżyłam, czułam, że
zawiodłam córkę, siebie, męża... wszystkich.
Od tego czasu dziecko jest zupełnie inne- nie płacze (a ja myślałam,
że ma kolki!!), jest spokojna i z dnia na dzień jest coraz większym
pulpecikiem.
A ja po innych perypetiach (wypadł mi dysk), musiałam całkowicie
przejść na mm i jestem wreszcie zrelaksowana i pewna, że moja córka
się najada i jest szczęśliwa!
Dziewczyny!! Nie dajcie się wpędzić w poczucie winy, wielką presję
karmienia piersią ponad wszystko. Pomimo, że karmię butelką, moja
więź z córeczką jest taka sama, a ponadto mąż ma też szansę dać Hani
mleko i poczuć się tak wspaniale jak ja.