gopio1
19.04.10, 17:06
Z żalem przyznaję, że uległam kulturze strachu. Może nie skrajnie, ale
faktycznie, coś w tym jest. Ostatnio, gdy dzieci zdecydowanie już starsze
(prawie 6 i prawie 8 lat) popuszczam im rodzicielską smycz i na coraz więcej
rzeczy pozwalam - odkąd zrobiło się wiosennie potrafią siedzieć w gronie
swoich rówieśników na podwórku nawet 3 godziny bez większej kontrali.
Samodzielnie też puszczam je na rower - ale tylko na terenie zamkniętym
osiedla. Sporo dał mi do myślenia taki artykuł we Wproście. Pozwolę sobie tu
co nieco wkleić:
Nadopiekuńczość rodziców jest powodowana lękiem przed niebezpieczeństwami,
często wyimaginowanymi. Boimy się pedofilii, jedzenia pełnego toksyn, chorób,
szczepień, krzywych krawężników, a nawet wiatru. Dobry rodzic, to często
dzisiaj synonim rodzica, który bez przerwy się martwi, jest nadopiekuńczy,
zapobiegliwy do granic możliwości i przewidujący. (W Stanach na zyczenie
jednej z babć w pobliżu jej domu wycięto trzy leszczyny, w obawie, żeby jakiś
orzeszek nie wpadł do basenu, z którego korzysta jej wnuczek z alergią na
orzechy).
Na rynku są dziesiątki gadżetów mających zwiększyć bezpieczeństwo dziecka. Do
plecaka dziecka można włożyć GPS, by sprawdzać, gdzie dziecko przebywa, a w
pokoju zainstalować elektroniczną nianię, by słuchać, czy dziecko oddycha. Są
zatyczki do gniazdek, zabezpieczenia na wystające rogi, zamki na szuflady,
kaski dla małych dzieci mające je chronić podczas zabawy i nauki chodzenia,
kody do bramek, identyfikatory, organiczne jedzenie w słoiczkach, i
ekologoiczne kremy do pupy. To szaleństwo. I sugestia, że żadna opieka, jaką
zapewniamy dziecku, nie jest wystarczająca. Prowadzi do tego, że traktujemy
dzieci jak inwalidów, wszystko robimy za nie, we wszystkim pomagamy i o
wszystkim decydujemy. Jak w takich warunkach mają się nauczyć samodzielności?
– pyta Skenazy.
Prof. Frank Furedi, socjolog z University of Kent w Wielkiej Brytanii, w
książce „Paranoid Parenting" (Paranoiczne rodzicielstwo) opisuje kulturę
strachu, która zniewoliła zarówno dzieci, jak i rodziców. Przypomina, że
jeszcze w 1971 r. 80 proc. ośmiolatków bez opieki rodziców każdego dnia
wędrowało do szkoły. Obecnie taką swobodę ma mniej niż 10 proc. dzieci w tym
wieku. – Boimy się potrącenia przez samochód, ale jeszcze bardziej pedofili i
zboczeńców. Ta psychoza strachu powoduje, że rodzicom trudno przełamać
powszechnie obowiązujące zasady.
Popularne zabawy i gry dziecięce znikają z podwórek, bo zdaniem ekspertów są
niebezpieczne. Niektóre szkoły podstawowe w Wielkiej Brytanii zakazały gry w
berka podczas przerw, inne zakazują wszelkich gier kontaktowych. Dyrekcja
Burnham Grammar School wprowadziła zakaz gry w piłkę nożną, żeby uchronić
dzieci przed uderzeniami piłką. Dzieciom zabrania się aktywności zarówno
fizycznej, jak i umysłowej. W wielu bibliotekach publicznych w Nowym Jorku
osoby do 18. roku życia nie mogą przebywać bez opieki dorosłych. Ale dorośli
też znaleźli się pod ostrzałem. Każdy dorosły w Wielkiej Brytanii, który w
jakikolwiek sposób nawiązuje w kontakt z dzieckiem, jest potencjalnym
pedofilem. Przedszkolanki, nauczyciele, opiekunowie, a nawet rodzice, którzy
chcą uczestniczyć w wycieczkach szkolnych jako opiekunowie, muszą się zgłosić
na policję, przejść badania i udokumentować, że nie mają przeszłości
kryminalnej związanej z molestowaniem dzieci. Wszelkie dotykanie dzieci jest w
zasadzie zakazane – prawnie lub nieformalnie. Przedszkolanki boją się smarować
dzieci kremem do opalania, żeby nie zostać oskarżone o molestowanie. Taka
atmosfera strachu i wywoływany przez nią dystans nie sprzyja prawidłowemu
rozwojowi dzieci.
Kontrolującego rodzica, który usuwa z dziecka wszelkie niezbezpieczeństwa i
przeszkody i cay czas czuwa w każdym momencie zetknięcia się dziecka ze
światem zewnętrznym, nazywa się rodzicem-helikopterem. Taki rodzic, wg.
Skenazy może zrobić dziecku tylko krzywdę, bo uzależnia je od siebie, wpaja mu
brak zaufania do świata i innych ludzi, chorobliwą ostrożność, pozbawia
poczucia pewności siebie, uniemożliwia dorastanie i ponoszenie konsekwencji za
swoje decyzje.