Tak mnie naszła przy porannej kawie pewna refleksja na temat moich dwóch synów.
W tej chwili mają co prawda dopiero 8 i 3 lata. Ale....
Patrząc po rodzinie i najbliższym otoczeniu, w ciągu ostatnich 20 lat urodziło 4 dziewczyny na 14 chłopaków. W wieku dorosłym są obecnie 3 dziewuchy i 6 facetów. I o ile wszystkie z tych dziewczyn wyrosły na osoby zaradne i poważnie myślące o życiu - dwie z nich się już uniezależniły finansowo od rodziców, jedna jeszcze studiuje, a w krótkiej przerwie w tych studiach również pracowała, o tyle z tych wszystkich 6 facetów tak naprawdę tylko dwóch osiągnęło podobny poziom życia. Jeden rzucił studia, bo nauka nie była jego mocną stroną, ale za to zajął się pracą i myśli o życiu poważnie. Drugi skończył studia dzienne i nie mogąc przez długi czas znaleźć pracy, wyjechał w końcu za granicę. Tam bardzo dobrze znając język znalazł ją od razu i to całkiem niezłą. Nie wiadomo kiedy wróci - oprócz może rodziców nie ma do czego

Reszta stanowi przekrój następujący:
1/ 27 lat - pracuje u rodziców, nigdy innej pracy nie próbował, bo pewnie nie potrzebował, ale pracą tą przynajmniej nie gardzi i to jest dla mnie ok,
2/ 23 lata (brat nr 1) - pomaga rodzicom, innej pracy nie próbował, co jakiś czas rozpoczyna studia ale co chwilę je porzuca, oczywiście siedzi na garnuszku rodziców;
3/ 23 lata - studia na wymarzonym kierunku rozpoczynał 2 razy - oba razy je porzucił, bo trzeba się było uczyć, a on widocznie widział siebie od razu jako prawnika, nie zdając sobie sprawy z tego ile pracy to wcześniej będzie kosztowało. Obecnie nie robi nic, siedzi na garnuszku matki, która nie bardzo wie jak poradzić sobie z wyrzuceniem trutnia z domu (nie zrozumie widać serca matki ten kto nie był w jej sytuacji). Chłopak matce nie daje z siebie nic oprócz wymagań finansowych na zaspokojenie swoich potrzeb;
4/ 21 lat (brat nr 3), podobnie jak brat, rozpoczął studia ale też je rzucił. Od brata jest lepszy o tyle, że przynajmniej próbuje się uniezależnić finansowo i pracuje póki co w agencji pracy tymczasowej, ale uważam, że jak na początek to ma całkiem mądre podejście.
I tak myślę o tych swoich synach i zastanawiam się jakie błędy popełnili rodzice mając w rezultacie na karku dorosłe dzieci zupełnie niezaradne i nieprzystosowane do samodzielnego życia w społeczeństwie? Sporo z tego to pewnie kwestia zdolności dziecka - nie wszyscy oczywiście muszą kończyć studia i być Bóg wie jak ambitni.
Mnie się tylko marzy, żeby moje dzieci nie wyrosły na nastawionych roszczeniowo do całego świata egoistów. Chciałabym np. nie zniechęcić ich do nauki i umiejętnie wyłapać ich talenty, żeby pomóc im rozpocząć realizację ich zainteresowań i pasji. Chciałabym nauczyć ich odpowiedzialności, uczciwości, wrażliwości, ale też rozsądnej asertywności, żeby nie dali sobie wejść na głowę przez innych cwaniaków.
Patrząc na powyższe przykłady refleksja moja jest taka, że trzeba się za to brać już od dziś, bo potem może być za późno...
Macie jakieś wskazówki jak zbliżyć się w tej kwestii do ideału?