Dodaj do ulubionych

oczekiwania wobec dziecka-jak nie unieszczęśliwic

01.06.04, 10:41
Tak mi się nasunęło to pytanie po refleksji ostatnich kilkunastu dni z życia
mojego syna. Akurat tak się poukładało,że brał on udział w: konkursie
ortograficznym (póki co nie znamy wyników), konkursie matematycznym (był z
kolegą najlepszy w klasie, za 2 dni następny etap), zawodach pływackich (tu
zdażyło się drobne oszukaństwo i mój syn choć ewidentnie wygrał wyścig w
swojej grupie (byłam i widziałam, i ja i nauczyciele i koledzy z klasy)
oficjalnie przegrał z kolegą) , próbach do 2-ch koncertów chóru (jeden w
Akademii Muzycznej za tydzień z prawdziwą orkiestrą, drugi wyjazdowy w
niedzielę w Kościele w Sokołowie), przedstawieniu teatralnym na dzień matki
(który powtarzają jutro w ogrodach wilanowskich u pani prezydentowej),
komunii świętej (też ciągłe występy, wierszyki itp), a dzisiaj ma dzień
sportu z licznymi konkurencjami, do których wczoraj się wieczorem
przygotowywał robiąc różne pompki i brzuszki. Do tego jest wzorowym uczniem
(ale musi się starać bo Pani zapowiedziała ze jak coś pójdzie nie tak to
jeszcze może zmienić zdanie) i jest w samorzadzie klasowym (podobnie, nie
może sobie pozwolić na wpadki, bo z samorządu mozna wylecieć). No jak na 9-
latka to całkiem sporo chyba.

Na jego udział w powyższych "imprezach" nie miałam najmniejszego wpływu, bo
wszędzie jest wybierany, czy zwycięża w eliminacjach itp. bez mojego
najmniejszego udziału (czasem np o konkursie ortograficznym dowiaduję się już
po fakcie). Dzieciak jest ambitny i do wszystkich tych rzeczy podchodzi z
dużym zaangażowaniem i bardzo chce wygrywać, być najlepszy. Mnie jako matce
też ta atmosfera się udziela i chyba trochę nieświadomie te oczekiwania wobec
niego wzbudzam (bo pytam się czy już są wyniki, bo cieszę się jak wygrywa itp
itd). Na zawodach pływackich zdarzyło się ewidentne oszustwo, i go
skrzywdzono, i to było świństwo (sprawa delikatna bo nie można było też
zrobić przykrości temu drugiemu, Bogu Ducha winnemu chłopcu). Ale ja tak po
cichu nawet cieszyłam się, że przegrał i doświadczył że nie zawsze musi być
najlepszy i świat się nie zawali.

No właśnie i tu mam problem, czy odpowiedzialny rodzic powinien dziecko
mobilizować do stawania w tych wszystkich konkursach, popisach czy wręcz
odwrotnie dbając o jego równowagę psychiczną i spokojne dzieciństwo starać
się to jakoś ograniczać. Ja jestem potwornie dumna i zadowolona jak dziecko
zwycięża, występuje, pokonuje te wszystkie etapy, ale czy jest długoterminowo
naprawdę takie dobre ? Wszystko co robi mój syn robi bo sam tego chce, jak
nie chce to nie, wie że nie musi. Ale czy to wystarczy ? Czy nie powinnam
czasem tego jednak bardziej kontrolować ?
Obserwuj wątek
    • verdana Re: oczekiwania wobec dziecka-jak nie unieszczęśl 01.06.04, 12:09
      To bardzo skomplikowane. Problem polega na tym, ze dziecko przede wszystkim
      chce sprostać oczekiwaniom rodziców. Kiedy widzi, ze mama cieszy się z jego
      osiągnięć, konkursów, zwycięstw 'sam chce' więcej. Ale to nie jest jednak
      taki "zupełnie samodzielny" wybór, to raczej podświatoma chęć spełnienia
      oczekiwań. Niepokojace jest to, ze za duzo osób ma wobec Twego syna wymagania
      (taką Panią należy np. udusić). Twój synek żyje po ciągła presją - jeśli nie
      powiedzie mu się - nie będzie wzorowym uczniem, wyleci z samorządu. W wypadku
      tak ambitnego dziecka ograniczyłabym jednak bardzo stanowczo jego dodatkowe
      zajęcia. Jesli chcesz, aby wyrósł na człowieka zrównoważonego, inteligentnego i
      sympatycznego, trzeba zostawić mu sporo czasu wolnego, który będzie
      przeznaczony na rozrywki. Nie napisałaś też, ile synek ma lat (chyba koło 9?).
      To za wcześnie na ciągłą rywalizację. Nie jest dobrze, aby dziecko uważało, ze
      koledzy są po to, by ich pokonać. Wydaje mi się, ze jesteś b. dobrą matką -
      własnie dlatego, ze nie tylko cieszysz się ze zwycięstw i osiągnięć, ale masz
      do nich także krytyczny stosunek. Miałam podobny problem z córką - ale już
      nastoletnią. Wymogłam na niej, aby jeden dzień w tygodniu zostawiała sobie
      całkowice wolny. W tym roku obiecałam też prezent - ale pod warunkiem, ze NIE
      będzie miała czerwonego paska. Uważam, że najgorsza rzeczą jest możliwość
      wpędzenia młodego człowieka w pracoholizm i wyścig szczurów. Wypalą się szybko,
      a do mety dotrą wypoczęci rówieśnicy, którzy bawili się w odpowiednim do tego
      czasie.
      • agatka_s Re: oczekiwania wobec dziecka-jak nie unieszczęśl 02.06.04, 09:40
        Po pierwsze dzięki za komentarz.

        Po drugie kilka słow sprostowania:

        1.Mój syn od najmłodszych lat ma charakter alpinisty, tj. ogromną radość
        sprawia mu ciągłe się sprawdzanie, pokonywanie przede wszystkim siebie (i
        innych przy okazji). Nie wynika to Broń Boże z zarozumialstwa czy nakręcania
        spirali oczekiwań w domu, no poprostu tak jak innym dzieciom sprawia
        przyjemność budowania z klocków tak jemu zawsze sprawiało odpytywanie z czegoś,
        wymyślanie zagadek itp. Więc w tych wszystkich konkursach on czuje się
        doskonale, jak ryba w wodzie.

        Problem pojawia się tak naprawdę wtedy gdy coś mu nie wychodzi. Jeszcze nie za
        bardzo umie sobie z taka sytuacją poradzić.,

        2. Wybór raczej jest samodzielny, bo dzieciak ma świadomość, że ma prawo
        rezygnować z rzeczy które go nie interesują,no i na szczęście z tego prawa
        korzysta. Ostatnio zrezygnował z udziału w występie tanecznym (bo
        zbyt "babskie", nigdy też nie bierze udziału w konkursach plastycznych, no bo
        Bozia talentu poskąpiła (a wręcz stworzyła totalne beztalencie). Ma też
        świadomość że jak coś już mu sie nie będzie podobać to mozemy o tym pogadać i
        zdecydować czy kontynuujemy.

        3. Pani poprzez obietnicę "wzorowego ucznia" i udział w samorządzie mobilizuje
        towarzystwo do dobrego sprawowania, bo mimo że dzieciaki są madre to rozrabiają
        jak pijane zające (mój jest w tym niestety też przodownikiem !) i to jest
        trochę takie narzędzie pani aby ich trochę temperować. Poza tym pani te
        wzorowe ogłosiła już kilka tygodni temu no i żeby nie spoczęli na laurach,
        musiała zaznaczyć że to wszystko jeszcze moze ulec zmianie (poza tym są dzieci
        które jeezcze o to wyróznienie się starają).

        Co do czasu wolnego, to z tym jest kiepsko bo za bardzo go nie ma niestety.
        Ale znajduje i na codzienne wyjście na podwórko i dawkę komputera i na
        przeczytanie kilkudziesieciu stron książki, wiec nie jest jeszcze tak
        najgorzej...

        Pozdrawiam


    • judytak Re: oczekiwania wobec dziecka-jak nie unieszczęśl 01.06.04, 13:15
      mi się wydaje, że sama widzisz, czy dziecko to wszystko cieszy, nakręca
      pozytywnie, czy raczej męczy i stresuje

      > No właśnie i tu mam problem, czy odpowiedzialny rodzic powinien dziecko
      > mobilizować do stawania w tych wszystkich konkursach, popisach czy wręcz
      > odwrotnie dbając o jego równowagę psychiczną i spokojne dzieciństwo starać
      > się to jakoś ograniczać.

      myślę, że odpowiedzialny rodzic powinien działać w kierunku "wyrównania"
      zachęcać dziecko, któremu się nie chce, które się boi,
      wciągać w "zajęcia relaksujące" dziecko, które przekroczyło własne możliwości

      Ja jestem potwornie dumna i zadowolona jak dziecko
      > zwycięża, występuje, pokonuje te wszystkie etapy, ale czy jest długoterminowo
      > naprawdę takie dobre ?

      to, że zwycięża, występuje: jest dobre
      i na teraz, i na przyszłość
      m. inn. dlatego, że dziecko oswaja się z sytuacją egzaminu i taka matura go
      później nie stresuje ;o)

      ale to, że jesteś "potwornie dumna", już tak dobre nie jest...

      ja się cieszę, owszem, ale traktuję to wszystko naturalnie
      i zawsze krytycznie analizuję wyniki razem z dzieckiem, podpowiadam sposoby na
      przyszlość
      i nigdy nie jestem zawiedziona, ani smutna, jak coś nie wychodzi
      (nie "nie pokazuję po sobie", tylko właśnie "nie jestem")

      i teraz już dziecko też potrafi krytycznie analizować swoje wyniki, spojrzeć z
      dystansem, i cieszyć się, że koleżanka wygrała konkurs
      (a jeszcze niedawno byłaby strasznie zazdrosna o to samo...)

      i jestem z tego naprawdę dumna, bo nie było łatwo to osiągnąć ;o)

      pozdrawiam
      Judyta



      • ratyzbona Re: oczekiwania wobec dziecka-jak nie unieszczęśl 01.06.04, 16:27
        Osobiście wpadłam kiedyś w błędne koło rywalizacji - podobnie jak twój syn ,
        samorząd, zawody karate, czerwone paski i jescze konkursy historyczne. Wtedy
        też wydawało mi się,ze kots tego odemnie oczekuje - w szkole wciąż do tego
        namawiali no a pozatym wydawało mi sie ,że skoro wszysyc biorą udział w takich
        zawodach to ja tez powinnam. Skończyło się na tym,że byłam zupełnie wykończona
        a na dodatek nie umiałam się cieszyć żadnym sukcesem - bo zawsze znalazł się
        ktoś jeszcze lepszy albo bardziej chwalony i trzeba było zrobić coś jeszcze.
        Jednak w pewnym momecie ( miałam wtedy 16 lat) uświadomiałam sobie,że nie da
        się zrobić wszytkiego naraz i trzeba się pogodzić ,ze kto inny zagra w
        przedstawieniu. Nigdy nie odczuałam większej ulgi - ograniczyłam się do
        konkursów poetyckich i działania w samorzadzie w ograniczonym zakresie. Czuje
        się szczęsliwa - to samo proponuje twojemu synowi ,znjdźcie tą kokurecję czy
        dziedzinę działaności , którą lubi najbardziej i niech strtuje w takich
        konkursach - bo konkurecja wcale nie jest taka zła. No i nie zapomnij byc z
        niego dumna - przecież każdy lubi gdy inni sa z nas dumni rzecz w tym by
        porażki nigdynie zachwiały jego wiary w tą dumę.
        • judytak Re: oczekiwania wobec dziecka-jak nie unieszczęśl 02.06.04, 12:45
          ja też byłam zawsze i wszedzie we wszystkim
          zdaje mi się, że nigdy nikt tego ode mnie nie wymagał, a że nikt nigdy nie
          namawiał, to jest pewne
          robiłam to, bo lubiłam
          i cieszyłam się nie tylko z "absolutnego zwycięstwa", ale też z innych miejsc
          medalowych i niemedalowych :o)

          to się zgadza, że w wieku około 16 lat człowiek dokonuje "specjalizację",
          ale nie musi to wcale być takim dramatycznym przeżyciem,
          przynajmniej u mnie poszło naturalnie,
          niezależnie uważam, że na początku, póki człowiek "sam nie wie, co chce w
          życiu" (są tacy, którzy wiedzą już w wieku 5 lat, ale to rzadkość),
          to "wielostronna stymulacja", taka "renesansowość" jest bardzo dobrą rzeczą

          jeszcze w pierwszej klasie liceum byłam na krajowym etapie olimpiady z
          matematyki (wyróżnienie) i z chemii (chyba 14-te miejsce)
          a w trzeciej już z angielskiego (miejsce 7.) i z historii (miejsce 4-8)

          to tak dla przykładu, nie żeby się chwalić ;o)

          pozdrawiam
          Judyta
          • linka9 Re: oczekiwania wobec dziecka-jak nie unieszczęśl 04.06.04, 10:54
            Tyle mądrych tu rzeczy piszecie, że zastanawiam się do czego odnieść się w
            pierwszej kolejności. Dla mnie cały czas zagadką jest wpływ bycia bardzo dumnym
            rodzicem z osiągnięć dziecka na jego psychikę. Przecież trudno nie zauważać,
            nie chwalić, ale z drugiej strony uważam, że to powoduje dużą presję i
            obciążenie psychiczne, które kiedyś może doprowadzić do wyczerpania lub
            załamania w przypadku porażek, gorszych okresów. Ponadto ambicja też różne ma
            imię u dzieci; jej brak to katastrofa, a nadmiar też nic dobrego na przyszłość
            nie wroży.
            Obserwuję rodziców i widzę, że moje stanowsko diametralnie rożni się od reszty.
            Dla mnie oceny nie są najważniejsze, czasami wolę wypędzić na świeże powietrze,
            do rówieśników, z pełną swiadomością, że nie zdąży z lekcjami. Nie panikuję,
            podczas gdy wokół słyszę ciągle że dzieci się nie uczą, że trzeba wymysleć
            jakieś kary, itp. Nie trzymam na smyczy, co nie oznacza, że nie kontroluję. I
            tak sobie myślę, że to chyba odpuszczenie za przerost ambicji z dziecinnych lat
            i świadomość tego, że przecież nikt nawet nie spojrzy poźniej na te czerwone
            paski z podstawówki i perwsze miejsca w konkursach. A beztroskie , miłe zabawy
            (lub ich brak), bez dążenia do bycia najlepszym pozostają w pamięci na całe
            życie. Tylko żeby znowu w drugą stronę nie przekręcić...
            • agatka_s Re: oczekiwania wobec dziecka-jak nie unieszczęśl 04.06.04, 11:57
              No właśnie kurcze gdzie ta równowaga....

              Podzielę się z Wami tym co się stało wczoraj. Mój idealny syn przyniósł
              wczoraj fatalną klasówkę z dodatkowego angielskiego. Nie przejął się tym
              totalnie, spłunęło po nim jak woda po kaczce. No i jestem w kropce bo na tym
              angielskim mi akurat zależy, a on choć ma genialną pamięć i świetny słuch, nie
              czuje bluesa i angielski akurat olewa. No i co ja mam robić ? Boję się trochę
              odpuścić, bo to język, ale boję sie go zmuszać aby psychiki nie zwichnąć. I co
              mi radzicie ???

              Teraz to już odpuszczę bo zaraz wakacje ale na przyszłość ???
              • judytak Re: oczekiwania wobec dziecka-jak nie unieszczęśl 04.06.04, 14:11
                chyba najlepiej byłoby przez wakacje pokazywać mu przydatność języka w życiu...
                jakieś filmy, programy po angielsku, jakiś wyjazd, nie musi być zagranicę, może
                do takich miejscowości turystycznych w Polsce, gdzie można
                spotkać, "podsłuchać" obcojęzycznych turystów, można spróbować zagadać do kogoś
                po angielsku (do Holendrów, Szwedów)
                może jakiś obóz? taki, gdzie są też dzieci z innych krajów?

                z drugiej strony, z powodzeniem można się uczyć języków też później
                ja angielskiego zaczęłam się uczyć, jak miałam 13 lat, a polskiego, jak miałam
                18...

                pozdrawiam
                Judyta
                • linka9 Re: języki obce 04.06.04, 22:32
                  judytak napisała:

                  > z drugiej strony, z powodzeniem można się uczyć języków też później
                  > ja angielskiego zaczęłam się uczyć, jak miałam 13 lat, a polskiego, jak
                  miałam
                  > 18...

                  Trochę nie na temat, ale jestem zawsze pełna podziwu dla poliglotów. Ty
                  zaczęłaś w wieku 18 lat i tak sobie świetnie radzisz,a inni uczą się od kołyski
                  i ledwo potrafią sklecić kilka poprawnych zdań. Nie ma jednak jak zdolności!
                  Bardzo proszę, w wolnej chwili, jeśli możesz rozwiń "swój wątek językowy". Jest
                  to temat, który zawsze mnie nurtuje, bo trudno mi sobie wyobrazić, jak to jest,
                  gdy człowiek potrafi władać kilkoma językami na poziomie RÓWNYM ojczystemu.
              • linka9 Re: oczekiwania wobec dziecka-jak nie unieszczęśl 04.06.04, 22:43
                agatka_s napisała:

                > No właśnie kurcze gdzie ta równowaga....
                >
                > Podzielę się z Wami tym co się stało wczoraj. Mój idealny syn przyniósł
                > wczoraj fatalną klasówkę z dodatkowego angielskiego. Nie przejął się tym
                > totalnie, spłunęło po nim jak woda po kaczce. No i jestem w kropce bo na
                tym
                > angielskim mi akurat zależy, a on choć ma genialną pamięć i świetny słuch,
                nie
                > czuje bluesa i angielski akurat olewa. No i co ja mam robić ? Boję się
                trochę
                >
                > odpuścić, bo to język, ale boję sie go zmuszać aby psychiki nie zwichnąć. I
                co
                >
                > mi radzicie ???

                Widzę, że mamy podobne problemy. Ja odpuszczam z reguły (i cieszę się,
                że "spływa"), ale w kwestii angielskiego jakoś nie mogę. Tkwi we mnie
                przekonanie (czy słuszne to inna sprawa), że osoby nie posiadjące zdolności do
                języków zawsze będą miały problemy ze swobodnym posługiwaniem się nim, jeśli
                nauka nie będzie procesem ciagłym i w miarę intensywnym od wczesnych lat
                (niekoniecznie bardzo wczesnych).
                Kwestia równowagi, jak zresztą w wielu dziedzinach, to chyba zawsze bardzo
                istotne zagadnienie. Niby uważam ,że zbytnie pilnowanie nie ma sensu, ale
                zastanawiam się dlaczego słychać wypowiedzi dorosłych, sławnych osób, że są
                wdzięczne rodzicom za gonienie ich do różnych czynności (gry na instrumencie,
                zajęć sportowych, nauki, itp.).
            • judytak Re: oczekiwania wobec dziecka-jak nie unieszczęśl 04.06.04, 14:03
              ja wymagam, żeby dziecko miało wyniki zgodne ze swoimi możliwościami
              czyli: jeśli stać go na same piatki (przy wysiłkach w normie), to powinno mieć
              same piątki - nie "na każdej klasówce", ale "w ostatecznym rozrachunku", czyli
              np. na koniec roku

              i nie dlatego ma mieć same piątki (jeśli stać go na to), żeby ktoś kiedyś
              zwrócił uwagę na czerwony pasek,
              tylko dlatego, że solidność, obowiązkowość, systematyczna praca, zdolność
              zmuszania się do tego, na co chwilowo nie ma ochoty, oraz szybkie tempo
              poradzenia sobie z obowiązkami są bardzo cennymi umiejętnościami, przydają się
              zawsze i wszędzie

              i lekcje mają być zrobione i nauczone, bo to jest obowiązek, a niezrobione
              lekcje to poza tym brak szacunku dla "współpracowników", czyli nauczycieli i
              kolegów w klasie, ponadto skoro ja wypełniam swoje obowiązki (zarabiam na
              życie, ugotuję obiad itd.), to dziecko też powinno

              ale zupełnie nie wnikam, kiedy i jak to zrobi - ja np. przez całe liceum miałam
              system taki, że uczyłam się w autobusie w drodze do szkoły, a pisemne robiłam
              na poprzedniej lekcji pod ławką (oczywiście z wyjątkiem jakichś poważniejszych,
              dłuższych prac)

              im szybciej się upora, tym więcej czasu ma dla siebie ;o)

              pozdrawiam
              Judyta

              • verdana Re: oczekiwania wobec dziecka-jak nie unieszczęśl 04.06.04, 14:21
                Nikogo nie stać na same piatki! Każde dziecko ma prawo mieć gorszy dzień,
                zapomnieć, nie zrozumieć tematu! Solidności i obowiazkowosci także uczę, ale
                wymaganie od dziecka, by było zawsze przygotowane, to nierealistyczny wymóg,
                prowadzący do frustracji i pracoholizmu. Dziecko ma się uczyć nie dlatego, ze
                ty gotujesz obiad, tylko dlatego, ze mu się to przyda w życiu. Dlatego też, w
                starszych klasach wprawdzie, o ile chce przeżyć szkołę, część prac domowych
                musi sobie odpuscić. O ile będzie czuło presję, ze jest to absolutnie
                niedozwolone, wpędzi się gdzieś w okolicach liceum w kłopoty - bowiem
                spełnienie wymagań polskiej szkoły jest nawet dla b. zdolnego dziecka
                niemożliwe, o ile chce zachować zdrowie psychiczne. Pozwól sobie i jemu na
                większy luz. Jesli sporadycznie otrzymany zły stopień - nwet na koniec roku -
                będzie przyczyną frustracji obu stron, to masz wszelkie szanse na konflikty
                rodzinne i wizytę w poradni psychologicznej.
                • judytak Re: oczekiwania wobec dziecka-jak nie unieszczęśl 07.06.04, 16:05
                  verdana napisała:

                  > Nikogo nie stać na same piatki!

                  a jednak są przykłady żywych ludzi, którzy tak mają, i mają się dobrze :o)

                  Każde dziecko ma prawo mieć gorszy dzień,
                  > zapomnieć, nie zrozumieć tematu!

                  tak, ale żadne dziecko nie będzie miało gorszej oceny na koniec roku, jeśli
                  kolka razy w roku ma "gorszy dzień"

                  Solidności i obowiazkowosci także uczę, ale
                  > wymaganie od dziecka, by było zawsze przygotowane, to nierealistyczny wymóg,
                  > prowadzący do frustracji i pracoholizmu.

                  no, niestety, mamy odmienne zdanie
                  uważam, że dziecko, w miarę zdolne, nie może być "zupełnie nieprzygotowane",
                  tak "na pałę", nigdy
                  nawet jak nic się nie uczyło, tyle, że było na poprzedniej lekcji, i na
                  początku danej lekcji zagląda do tematu, dostanie przynajmniej tróję

                  Dziecko ma się uczyć nie dlatego, ze
                  > ty gotujesz obiad, tylko dlatego, ze mu się to przyda w życiu.

                  to nadinterpretacja
                  przykład brzmiał: każdy ma swoje obowiązki

                  Dlatego też, w
                  > starszych klasach wprawdzie, o ile chce przeżyć szkołę, część prac domowych
                  > musi sobie odpuscić.

                  nadobowiązkowych, dodatkowych może wszystkich odpuścić
                  ale te, które są zwyczajnie potrzebne do tego, żeby pójść dalej w materiale???

                  O ile będzie czuło presję, ze jest to absolutnie
                  > niedozwolone, wpędzi się gdzieś w okolicach liceum w kłopoty - bowiem
                  > spełnienie wymagań polskiej szkoły jest nawet dla b. zdolnego dziecka
                  > niemożliwe, o ile chce zachować zdrowie psychiczne.

                  pożyję, zobaczę
                  poza tym: presja jest u mnie w kierunku solidności, a nie na to, żeby "robić
                  rzeczy, które przerastają"

                  Pozwól sobie i jemu na
                  > większy luz.

                  jak na razie, luz jest absolutny

                  Jesli sporadycznie otrzymany zły stopień - nwet na koniec roku -
                  > będzie przyczyną frustracji obu stron, to masz wszelkie szanse na konflikty
                  > rodzinne i wizytę w poradni psychologicznej.

                  a we wróżkę, to możesz się bobawić, jeśli ciebie to cieszy :o)

                  pozdrawiam
                  Judyta
                  • verdana Re: oczekiwania wobec dziecka-jak nie unieszczęśl 08.06.04, 00:26
                    A po co twoje dziecko sie uczy ? Dla siebie, czy abz spelnic twoje wymagania?
                    Dlaczego ma miec piatki z przedmiotow ktorych nie lubi , dlatego zeby zyskac
                    akceptacje matki? Nikt z doroslyzch nie wymaga od siebie aby byc zawsze
                    przygotowanym, czasem nie zrobimy obiadu, nie pojdziemy na spacer, nie
                    dokonczymy sprawozdania. Wyobraz sobie, ze w twoim domu jest szef, ktory za
                    kazdym razem uznaje, ze nie wolno ci bylo sobie odpuscic, ze nie wazne jest nic
                    innego, tylko wyniki, i z tych wynikow jestes rozliczana. To wlasnie sytuacja
                    dziecka, ktorego rodzice wzmagaja samych piatek. To sie, niestetz, zazwyczaj
                    smutno konczy. Dziecko albo sprosta oczekiwaniom i bedzie ocenialo sie w
                    kategoriach osiagniec i tylko osiogniec, bo to jest dla was najwazniejsze,
                    albo nie sprosta i bedzie mialo poczucie kleski i odrzucenia.
                    • judytak Re: oczekiwania wobec dziecka-jak nie unieszczęśl 08.06.04, 12:39
                      pierwsza uwaga:
                      jest podstawowa różnica między tym, kiedy mamy wymagania, ale czasami sobie
                      odpuszczamy, a między tym, kiedy nie uznajemy istnienia wymagań

                      druga uwaga:
                      moje dziecko uczy się dla siebie - częściowo,
                      a częściowo uczy się, żeby spełnić wymagania społeczeństwa, które mu przekazują
                      rodzice, szkoła...

                      trzecia uwaga: im młodsze dziecko, tym trudniej mu zrozumieć zależności między
                      nauką teraz, a korzyściami z tego w przyszłości, natomiast pojęcie "obowiązku"
                      jest zrozumiałe od wieku przedszkolnego

                      czwarta uwaga: pewna specjalizacja w nauce wcześniej czy później następuje, ale
                      to nie znaczy, że resztę dziedzin ludzkiej wiedzy mamy sobie odpuścić, tym
                      bardziej, że te wybory, specjalizacje rzadko bywają ostateczne

                      piąta uwaga: nie tylko akceptuję, ale wręcz pochwalam rozwiązania "na skróty",
                      jako oznaki kreatywnego rozwiązania problemów i dobrej organizacji (czyli: jak
                      nie robimy obiadu, to zamówimy pizzę, jak nie pójdziemy na spacer, to wypuścimy
                      dzieci na taras, jeśli nie lubimy biologii, to zrobimy referat o dziedziczeniu,
                      dostajemy szóstkę, i mamy spokój na dwa miesiące, jeśli nie lubimy czytać
                      lektur, to włączymi je sobie na kasecie...)

                      szósta uwaga: miałam w klasie w liceum takich, co byli geniuszami z matematyki,
                      a resztę sobie olali
                      teraz nie chwalą się żadnymi osiągnięciami, nawet studiów nie pokończyli
                      miałam też takich, co byli geniuszami z matematyki, a z innych przedmiotów też
                      utrzymywali przyzwoity poziom (czwórki-piątki)
                      teraz wykładają na różnych uniwersytetach świata, lub są naukowcami

                      a na koniec:
                      tak mi sie wydaje, że są dzieci, którym lepiej służy, jeśli wymagamy wysiłku
                      ("ucz się tego materiału 40 minut, na ile ci się uda, będzie dobrze"), są to
                      dzieci "niespecjalne zdolne, ale bardzo pilne i obowiązkowe", takiego
                      egzemplarza na razie z autopsji nie znam
                      ale są też dzieci, którym lepiej służy, jeśli zwracamy uwagę na wyniki ("nie
                      trzeba się uczyć, trzeba wiedzieć", jak mawiał mój ojciec)

                      pozdrawiam
                      Judyta
                      • verdana Re: oczekiwania wobec dziecka-jak nie unieszczęśl 08.06.04, 13:45
                        Judyta! Dlatego tak się czepiam i jestem zła, bo czytałam wiele Twoich
                        wypowiedzi i niemal zawsze się z nimi zgadzałam (np. o edukacyjnych
                        czasopismach). Spróbuję ci wytłumaczyć o co mi chodzi, bo chyba mówimy po
                        prostu o dwóch róznych sprawach. Ja też wymagam obowiązkowości i wysiłku - np.
                        nie rozumiem rodziców, którzy z byle powodu nie posyłają dziecka do szkoły.
                        Obowiązek to obowiązek - czy się chce czy nie i od tego nie ma odwołania. Tu
                        pełna zgoda. Chodzi mi o coś zupełnie innego - nie mam nic przeciw zmuszaniu
                        dziecka do wysiłku, do wykorzystywania (byle bez przesady) swoich mozliwości,
                        ale gwałtowny sprzeciw budzi we mnie domaganie się piatek. Ocena szkolna jest
                        oceną zewnętrzną - to raz. Dziecko - i rodzice także - powinni czuć się
                        zadowoleni, gdy dziecko zrobiło coś tak dobrze jak umiało, a stopień nie jest
                        tu absolutnie istotny. Nauczyciele nie zawsze są sprawiedliwi, a dziecko, które
                        wie, ze musi mieć piątkę nie bardzo wie, do czego ma dążyć - do wiedzy, czy
                        zadowolenia nauczyciela. Tego, czego obawiałabym się najbardziej jest to, ze
                        wybierze to drugie - będzie pisać nie to co myśli, tylko to, czego nauczyciel
                        oczekuje - a to nie jest dobra droga. Po drugie - dziecko uczy się, ze jego
                        celem jest spełnianie wymagań innych - to oczywiście jest korzystne w pewnym
                        stopniu, ale nie do końca. To własnie później ci pracownicy, którzy nie są w
                        stanie odmówić szefowi, siedzą w pracy do północy, bo nie mogą sobie wyobrazić,
                        ze czegoś nie zrobią, do czegoś się nie przygotują. Po trzecie - co zrobisz,
                        gdy dziecko zacznie przynosić gorsze stopnie? W tej sytuacji chyba nie ma
                        dobrego wyjścia - albo w domu rozpocznie się piekło(ale chyba u ciebie raczej
                        nie), albo dziecko będzie przekonane, ze cię zawiodło. A w wyższych klasach
                        naprawdę nie warto uczyć się wszystkiego i mieć samych piątek - to niepotrzebna
                        strata czasu.
                        Przy okazji - ja uczyłam się w liceum tego co mnie interesowało. Resztę olałam,
                        bo wolałam czytać książki. Jestem profesorem.
                        Moja przyjaciółka -prymuska nie ukonczyła studiów. Nie była w stanie przestawić
                        się na inny tryb nauki.
                        • judytak Re: oczekiwania wobec dziecka-jak nie unieszczęśl 17.06.04, 13:15
                          verdana napisała:

                          > Judyta! Dlatego tak się czepiam i jestem zła, bo czytałam wiele Twoich
                          > wypowiedzi i niemal zawsze się z nimi zgadzałam (np. o edukacyjnych
                          > czasopismach).

                          :o)))

                          Spróbuję ci wytłumaczyć o co mi chodzi, bo chyba mówimy po
                          > prostu o dwóch róznych sprawach.

                          albo mamy zasadniczo różne doświadczenia życiowe, jeśli chodzi o szkoły?
                          moje: 3 podstawówki + 1 liceum, mojego brata: 1 podstawówka + 1 liceum (inne),
                          córki męża: 1 podstawówka, 1 liceum, i technikum, 1 zawodówka
                          moja Duża: 1 podstawówka, na razie
                          moja mama, nauczycielka: 2 licea, internat, technikum, zawodówka
                          moja ciotka, nauczycielka: 3 podstawówki

                          i przysięgam, że zawsze i wszędzie, jeśli się umiało, to się miało dobre
                          stopnie, a jeśli się nie umiało, to złe
                          jeśli się umiało średnio, to mogły wchodzić w grę inne czynniki (że grzeczna,
                          że się stara, że pyskuje itp.)

                          > gwałtowny sprzeciw budzi we mnie domaganie się piatek.

                          w końcu w jakiś sposób trzeba określić, czy "dziecko się uczy czy się nie uczy"!
                          ja się nie "domagam piątek" w jakiś abstrakcyjny sposób
                          ja swoje dziecko znam, i znam wymagania szkoły, i wiem, że jeśli na daną
                          klasówkę to konkretne moje dziecko dostało czwórkę, to
                          a) nawet nie zajrzało, albo
                          b) źle przeczytało instrukcji, albo
                          c) nie zdążyło, bo się nie skoncentrowało

                          i wymagam od dziecka, żeby
                          a) samo też wiedziało, jaka była przyczyna, oraz
                          b) miało takie przypadki nie na tyle często, żeby to zagrażało końcowemu
                          wynikowi

                          kiedy z zestawienia "wymagania szkoły - możliwości dziecka (czasowe i
                          intelektualne)" wyjdzie nam inny wynik, niż piątki, to ten "inny wynik" będzie
                          punktem odniesienia
                          ale jakiś punkt odniesienia musi być!

                          Ocena szkolna jest
                          > oceną zewnętrzną - to raz.

                          wszystkie oceny są zewnętrzne
                          moja ocena mojego dziecka też jest oceną zewnętrzną

                          Dziecko - i rodzice także - powinni czuć się
                          > zadowoleni, gdy dziecko zrobiło coś tak dobrze jak umiało, a stopień nie jest
                          > tu absolutnie istotny.

                          jeśli ja bym chciała, żeby moje dziecko uczyło się "tak dobrze, jak umie", to
                          musiałabym ją chyba zapisać kilka klas wyżej, co zresztą wcale nie byłoby
                          korzystne
                          zamiast tego wymagam, żeby uczyło się "tak dobrze, jak tu jest wymagane"
                          jeśli ona się uczy średnio 15 minut dziennie, to dużo

                          Nauczyciele nie zawsze są sprawiedliwi, a dziecko, które
                          > wie, ze musi mieć piątkę nie bardzo wie, do czego ma dążyć - do wiedzy, czy
                          > zadowolenia nauczyciela. Tego, czego obawiałabym się najbardziej jest to, ze
                          > wybierze to drugie - będzie pisać nie to co myśli, tylko to, czego nauczyciel
                          > oczekuje - a to nie jest dobra droga.

                          ja nauczyłam się pisać to, co myślę, w takiej formie, jaka jest "społecznie
                          akceptowalna" - podpierając faktami, cytatami, dopuszczając też inne
                          interpretacje itp.
                          jest to bardzo cenna umiejetność, przydaje mi się w życiu (w pracy) chyba
                          bardziej, niż cokolwiek innego

                          Po drugie - dziecko uczy się, ze jego
                          > celem jest spełnianie wymagań innych - to oczywiście jest korzystne w pewnym
                          > stopniu, ale nie do końca. To własnie później ci pracownicy, którzy nie są w
                          > stanie odmówić szefowi, siedzą w pracy do północy, bo nie mogą sobie
                          wyobrazić,
                          > ze czegoś nie zrobią, do czegoś się nie przygotują.

                          a mi się zdaje, że długo siedzą w pracy ci, którzy nie nauczyli się dostosować
                          wysiłków do spodziewanego efektu, nie nauczyli się przyspieszyć pewnych
                          czynności, nawet ze strata dokładności w szczegółach, czyli ci, którzy uznali,
                          że muszą zawsze wszystko zrobić "na tyle dobrze, jak potrafią" (przypadek mojej
                          matki)

                          Po trzecie - co zrobisz,
                          > gdy dziecko zacznie przynosić gorsze stopnie?

                          ustalam przyczyny, dostosowuję "umowę społeczną" do nowych uwarunkowań
                          przekonam tatusia, że wszystko jest pod kontrolą ;o)

                          > A w wyższych klasach
                          > naprawdę nie warto uczyć się wszystkiego i mieć samych piątek - to
                          niepotrzebna strata czasu.

                          jeśli moje dzieci będą chcieli być "wysoko wyspecjalizowani", też przeżyję,
                          oczywiście, ale na pewno milsze mojemu sercu są ludzie wszechstronni...
                          (jest na Węgrzech takie określenie "profesjonalny barbarzyńca", o takich,którzy
                          w swojej dziedzinie są bardzo dobrzy, a cała reszta na poziomie podstawówki...)

                          > Przy okazji - ja uczyłam się w liceum tego co mnie interesowało. Resztę
                          olałam, bo wolałam czytać książki. Jestem profesorem.
                          > Moja przyjaciółka -prymuska nie ukonczyła studiów. Nie była w stanie
                          przestawić się na inny tryb nauki.

                          przykłady można znaleźć na wszystko :o)
                          jednak dla mnie ważny jest "stopień olania" - czyli, żeby
                          odróżnić "inteligentnego", "społecznie akceptowalnego" olania
                          od "całkowitego", "brutalnego" olania

                          pozdrawiam
                          Judyta
                          • verdana Re: oczekiwania wobec dziecka-jak nie unieszczęśl 17.06.04, 16:47
                            Niestety, obawiam się, ze w tej sprawie nigdy sie nie zgodzimy - moze dlatego,
                            ze wiele lat byłam nauczycielką i przezywałam dramaty mlodzieży, która dostała
                            nie taki stopień, jakiego życzyliby sobie rodzice.
                            Czy mówiac o "umowie społecznej" w wyzszych klasach masz na mysli, ze będziesz
                            do końca szkoły wymagać określonych stopni? W pewnym wieku dziecko powinno
                            przejąć na siebie odpowiedzialność i uczyć się dla władnej potrzeby, a nie dla
                            zadowolenia rodziców.
                            Moje doswiadczenia ze szkołami - podstawówka najmłodszego
                            Średnia 2 podstawówki, gimnazjum, liceum
                            Najstarszy - dwie podstawówki, dwa licea
                            Sama piszesz, ze w grę mogą wchodzić inne czynniki. Młodzież, która się stawia
                            i pyskuje nie ma samych piątek. A więc trzeba siedzieć cicho - przemilczać np.
                            ewidentne niesprawiedliwości nauczyciela wobec kolegów. Należy potakiwać, nie
                            narażać się i być "grzecznym lizusem". Tak jest w wyższych klasach, szczególnie
                            szkół ponadpodstawowych.
                            Z zadowoleniem nauczyciela - w wyzszych klasach - natomiast bywa tak, ze
                            dziecko naprawdę uzdolnione wie wiecej od nauczyciela. Albo bedzie milczeć - i
                            dostawać dobre stopnie - albo czasem o coś zapyta i wskaże błąd - wtedy oceny
                            często się obnizaja. I co będzie miała robić Twoja córka? Przykład z ostatnich
                            dni - moja córka pisze test z historii. Podaje dobrą odpowiedź, prawidłowo ją
                            uzasadniająć. Nauczycielka obniża ocenę, nieprawidłowo interpretując tekst
                            źródłowy. Córka, która chce mieć za wszelką cenę piątkę na koniec roku
                            przychodzi do mnie - jeśli chce mieć piątkę, musi napisać pracę jeszcze raz.
                            Pyta mnie o zdanie, co ma robić. Czy poradziłabyś córce aby zaliczyła pracę,
                            podając nieprawidłową, ale akceptowana przez nauczycielkę odpowiedź? Bo ja nie.
                            A w pracy siedza raczej jednak pracoholicy, którrzy od dzieciństwa uczą się,
                            ze liczą się nie oni jako osoby, ale liczą się tylko wyniki ich pracy.
                            Oczywiśćie, ze wszyscy moi znajomi humanisci znają fizykę czy chemie na
                            poziomie podstawówki - bo są wyspecjalizowani w innej dziedzinie. Czasy
                            wszechstronnego renesansu dawno minęły.
                            A co zrobisz, jeśli twoje dziecko zacznie przynosić oceny znacznie
                            poniżej "umowy" - jednostronnej zresztą, bo narzuconej przez rodziców?
                            • judytak Re: oczekiwania wobec dziecka-jak nie unieszczęśl 18.06.04, 14:38
                              verdano, na wstępie deklaruję, że więcej ci nie odpowiem w tym wątku :o)
                              ja mogłabym tak godzinami, nawet to lubię, ale jednak...

                              verdana napisała:

                              > Czy mówiac o "umowie społecznej" w wyzszych klasach masz na mysli, ze
                              będziesz
                              > do końca szkoły wymagać określonych stopni? W pewnym wieku dziecko powinno
                              > przejąć na siebie odpowiedzialność i uczyć się dla władnej potrzeby, a nie
                              dla zadowolenia rodziców.

                              mówiąc o "umowie społecznej" w wyższych klasach mam na myśli "umowę społeczną",
                              jaka będzie wynikała z
                              a) rodzaju i wysokości wymagań, stawianych w szkole
                              b) zdolności, chęci, możliwości czasowych i priorytetów dziecka
                              c) normy społecznej, moralnej, mojej osobistej, nazwiesz, jak chcesz, mówiącej,
                              że trzeba pracować uczciwie, przyzwoicie i systematycznie, oraz, że żadnej
                              dziedziny życia, ani żadnego nauczyciela nie można "totalnie olać"

                              piszesz niżej, że to jednostronna umowa - pewnie bywa i tak, u mnie jednak poza
                              kwestią, że wieczorem trzeba iść spać, wszystkie inne rzeczy są "dopracowywane"
                              tak długo, aż "stony jednak się zgadzają"
                              fakt, że ja jako dorosły, mam mocniejsze argumenty, niż dziecko, ale to z
                              czasem się stopniowo wyrównuje, jak też jest cały czas niwelowane przez to, że
                              z racji wieku i pokrewieństwa mnie zależy na tym, żeby dziecko wysłuchać i
                              zrozumieć, a dziecku nie zależy na tym, żeby zrozumiało mnie ;o)

                              piszesz też, że dziecko powinno przejmować odpowiedzialność za siebie - co w
                              idealnym wypadku oznacza tyle, że normy zostają internalizowane, czyli,
                              upraszczając, dziecko nie dlatego się uczy, bo mama wymaga, tylko dlatego, że
                              chce się uczyć

                              co do Dużej, stopień internalizacji norm (co mój mąż określa
                              słowem "ambitność") jest na takim etapie, że ja mogę jutro umrzeć, Dużą może
                              wychowywać ulica, ona i tak będzie się uczyła :o)

                              co do Średniego, jeszcze długa droga do tego etapu, ale przecież mamy jeszcze
                              czas :o)

                              > Sama piszesz, ze w grę mogą wchodzić inne czynniki. Młodzież, która się
                              > stawia i pyskuje nie ma samych piątek.

                              nie tego pisałam
                              pisałam, że młody człowiek, który pyskuje
                              i przy tym umie "tak sobie",
                              z możliwych ocen będzie miał raczej tę gorszą

                              A więc trzeba siedzieć cicho - przemilczać np.
                              > ewidentne niesprawiedliwości nauczyciela wobec kolegów. Należy potakiwać, nie
                              > narażać się i być "grzecznym lizusem".

                              nie
                              nauczyciele, których znam / znałam, przeważnie nie lubiły grzecznych lizusów
                              nie lubiły też uczniów niegrzecznych i konfliktowych
                              ceniły natomiast (większość z prawdziwą przyjemnością, mniejszość ze
                              zgrzytaniem zębami) tych, którzy swoje zdanie, jakiekolwiek by ono nie było,
                              potrafiły wyrażać w sposób zdecydowany, ale parlamentarny (wyraz nie z naszej
                              epoki, nie chodzi mi o styl panujący w obecnym Sejmie RP)

                              > Tak jest w wyższych klasach, szczególnie szkół ponadpodstawowych.

                              dobrze, że zwróciłaś mi na to uwagę - będzie to jednym z ważnych kryteriów przy
                              wyborze szkoły dla moich dzieci :o)

                              > Z zadowoleniem nauczyciela - w wyzszych klasach - natomiast bywa tak, ze
                              > dziecko naprawdę uzdolnione wie wiecej od nauczyciela. Albo bedzie milczeć - i
                              > dostawać dobre stopnie - albo czasem o coś zapyta i wskaże błąd - wtedy oceny
                              > często się obnizaja.

                              i tu dochodzimy do drugiego ważnego kryterium wyboru szkoły - a właściwie do
                              dwóch kryteriów:
                              a) żeby jednak nauczyciele w szkole wiedzieli jak najwięcej ;o)
                              b) żeby byli na tyle asertywni, żeby potrafili tego, że dziecko jest od nich
                              mądrzejsze, przyjąć z dumą i z zadowoleniem ("o, proszę, to mój uczeń!")

                              zaznaczam, że to nie jakieś moje "wymysły księżycowe", "wyobrażenia idealisty",
                              ja po prostu takich nauczycieli miałam, i takich życzę moim dzieciom

                              > I co będzie miała robić Twoja córka?

                              to już ona będzie musiała wiedzieć, a nie ja, w końcu to ona zna nauczyciela,
                              ona wie, na ile umie, ona wie, ile jej to kosztuje, ona wie, na ile jest to dla
                              niej ważne itp. itd. - ja tego wszystkiego nie będę wiedziała nigdy!

                              Przykład z ostatnich
                              > dni - moja córka pisze test z historii. Podaje dobrą odpowiedź, prawidłowo ją
                              > uzasadniająć. Nauczycielka obniża ocenę, nieprawidłowo interpretując tekst
                              > źródłowy. Córka, która chce mieć za wszelką cenę piątkę na koniec roku
                              > przychodzi do mnie - jeśli chce mieć piątkę, musi napisać pracę jeszcze raz.
                              > Pyta mnie o zdanie, co ma robić. Czy poradziłabyś córce aby zaliczyła pracę,
                              > podając nieprawidłową, ale akceptowana przez nauczycielkę odpowiedź? Bo ja
                              nie.

                              czy ta piątka na koniec roku jest jej do czegoś potrzebna (np. liczy się na
                              egzaminach wstępnych), czy jest ważne tylko dla własnej satysfakcji?
                              czy ocena za ten test, ta obniżona, przekreśla szanse na piątkę na koniec roku,
                              czy tylko "sytuacja będzie niejasna"?
                              czy nie można tej oceny zostawić, i "wyrównać" kilkoma innymi piątkami?
                              jaka byłaby reakcja nauczycielki na coś w rodzaju napisania ładnego eseju na
                              temat tego tekstu źródłowego, przytaczając interpretacje jakichś tam
                              autorytetów, zgodne z interpretacją córki?
                              a może jakieś rozwiazanie pośrednie, typu "jednym z możliwych interpretacji
                              jest (ta od nauczycielki, żeby widziała, że dziecko potrafi to przytoczyć),
                              chociaż w świetle tego i tego, zważając na to i na tamto, jednak bardziej
                              prawdopodobne się wydaje, iż..." - moi swego czasu nauczyciele byliby
                              wniebowzięci ;o)
                              czy dziecku ciężko by przeszło przez gardło to, co nauczyciel chce usłyszeć, a
                              czego ona uważa za nieprawdą, czy należy do takich osób, którzy "mówić mogą
                              wszystko, a swoje wiedzą"? (kiedyś myślałam, że to wada charakteru, teraz
                              raczej mówię, że niektórzy już tak mają, i jest to dla nich wielce pomocne w
                              życiu)

                              na pewno nie powiedziałabym, co ma robić
                              powiedziałabym, co można robić w tej sytuacji (taka burza mózgów, możliwie dużo
                              różnych rozwiązań)
                              jakby chciała, to rozważałybyśmy razem, które rozwiązanie ma jakie plusy i
                              jakie minusy...

                              > A w pracy siedza raczej jednak pracoholicy, którrzy od dzieciństwa uczą się,
                              > ze liczą się nie oni jako osoby, ale liczą się tylko wyniki ich pracy.

                              o pracoholikach tym razem odpuszczam sobie :o)

                              > Oczywiśćie, ze wszyscy moi znajomi humanisci znają fizykę czy chemie na
                              > poziomie podstawówki - bo są wyspecjalizowani w innej dziedzinie. Czasy
                              > wszechstronnego renesansu dawno minęły.

                              może ja taka niedzisiejsza ;o)
                              ale ja takich właśnie lubię...
                              mnie szczerze przeraża fakt, że przez dziesięciolecia można było w Polsce
                              nazywać sie osobą "ogólnie wykształconą" bez matury z matematyki
                              moja koleżanka, filolog, obecnie zajmuje się zakupem mediów, na początku brała
                              u mnie korepetycje na temat "jak obliczyć procenty od ceny"...

                              > A co zrobisz, jeśli twoje dziecko zacznie przynosić oceny znacznie
                              > poniżej "umowy" - jednostronnej zresztą, bo narzuconej przez rodziców?

                              odpowiedź był w poprzednim poście :o)
                              a jeśli chodzi o jednostronność umowy, to odpowiedź znajduje się powyżej :o)
                              dodam, że osiągnięcia inne, niż szkolne też można wciągnąć do "umowy" (np.
                              sportowe, artystyczne, itp.)

                              a co zrobię, jeśli moje dziecko kompletnie oleje wszystko, co dla mnie cenne?
                              będzie mi bardzo przykro
                              bo to będzie oznaczało, że wszystko robiłam źle
                              że moje dziecko kompletnie olewa mnie
                              albo że jest chore (depresja, uzależnienie) - to jest lepszy przypadek, bo
                              wtedy można leczyć, pomagać
                              a jeśli ot sobie olewa wszystko, nie uczy się, nie pracuje, i jest mu z tym
                              dobrze - to chyba będę mogła tylko płakać...

                              miłego weekendu życzę
                              Judyta
                        • agatka_s Re: oczekiwania - do Judyty i Verdeny 18.06.04, 10:52
                          oj coś wydaje mi sie ze obie panie trochę filozofują i teoretyzują...

                          Jak dzieciak jest mądry (tj zdolny i pracowity) to w szkole raczej problemów
                          nie powinien mieć nawet do Liceum (nie sądze aby sam materiał szkolny stanowił
                          jakieś wyzwanie, może być jakaś "niedyspozycja" z jednym przedmiotem, ale
                          generalnie to co wymaga szkoła dla małych "geniuszów" to pestka), i nie ma nic
                          nagannego w oczekiwaniu dobrych ocen i tylko dobrych ocen (tak psychiki z
                          pewnością się nie zwichnie). Jak delikwent jest zdolny ale leniwy, to jest
                          problem i trzeba takiego "zmuszać", a jak jest niezdolny no to sorry może
                          pracować tylko na poziomie swoich możliwośći. Problem jest gdzie jest lenistwo
                          a gdzie brak zdolności...ale to uważni rodzice zazwyczaj wyczuwają bez pudła

                          Co innego zajęcia dodatkowe i inne tam zainteresowania, tu stawiając zbyt
                          wysokie wymagania naprawdę można "przegiąć" i dziecko unieszczęśliwić. Ale
                          wymagając samych piątek od dzieciaków zdolnych napewno nie... Na te piątki
                          naprawde znowu nie trzeba tak sie wysilać (na podstawie moich skromnych
                          doświadczeń i obecnie mojego syna), a wymagać trzeba bo pokolenie generalnie
                          rośnie nam leniwe i wygodnickie do sześcianu (na podstawie obserwacji
                          rówieśników mojego syna)

                          obie panie pozdrawiam serdecznie...
                          • verdana Re: oczekiwania - do Judyty i Verdeny 18.06.04, 11:19
                            Oj, agatko_s - a mjiałaś ty dzieci w liceum? Duża część liceów - i to własnie
                            tych "dobrych" nastawiona jest na stawianie uczniom maksymalnie niskich ocen. I
                            to nie dlatego, ze są leniwi! Nawet superpracowity młody człowiek nie jest w
                            stanie nauczyć sie w liceum wszystkiego, ponieważ wymagania przekraczają
                            mozliwości nauczenia się. (Nie jestem przewrażliwioną mamusią - uczyłam w
                            liceum i wiem). Nie wszyscy są równie dobrzy ze wszystkiego. Efekt - niezwykle
                            zdolni matematycy spędzają większość czasu ucząs się historii, aby "zaliczyć",
                            a wybitni humanisci, zamiast czytać kolejną lekturę z filozofii pędza na
                            korepetycje z fizyki. Poza tym szkoły - już od podstawówek - preferują dzieci
                            grzeczne i układne. Biada temu, kogo wychowawca nie lubi! Biada uczniowi -
                            zwłaszcza płci zeńskiej - który np. stanie w obronie skrzywdzonego przez
                            nauczyciela kolegi. "Geniusz" czy dziecko zdolne to nie zawsze jest osoba,
                            która łatwo się uczy - mylimy tu pojęcia. Co innego zdolnosci do nauki (do
                            czego potrzebna jest m.in. dobra pamięć), a co innego szczególne uzdolnienia
                            czy czasem wręcz geniusz w jednej dziedzinie - i to niestety nie musi się
                            łączyć. A w dodatku czasem dzieci wybitnie zdolne mają np. dysortografię i
                            wtedy nic im nie pomoże - piątek nie będzie.
                            • agatka_s Re: oczekiwania - do Judyty i Verdeny 18.06.04, 11:32
                              Absolutnie, dzieci w Liceum miec nie miałam (ale mam nadzieję że się i tego
                              doczekam), a swoje spostrzezenia póki co to mam tylko po swojej własnej
                              karierze licealnej. W pierwszej klasie był szok i kilka pierwszych w życiu
                              trój (to był istny grom z jasnego nieba !!!) ale potem już było OK, no nie były
                              to już same piątki, ale ogólnie trudno nie było (poza fizyką, która była tak
                              czarną magią,że nawet mój sprawny umysł uczennicy klasy mat-fiz nie
                              zadziałał).Nie mówiąc o studiach, gdzie był i ITS i stypendium naukowe i praca
                              na cały etat od 3 roku studiów dziennych +plus długie narty w zimie, bo sesja
                              zaliczona szybko, ach to se ne wrati...W każdym razie jak się chce to naprawdę
                              można, szkoła nie jest taka absorbująca aby w miare zdolne, nieleniwe dzicko
                              nie mogło przynosić dobrych ocen, i tu mnie nikt nie przekona bo skoro ja
                              mogłam (a wcale znowu ze mnie taki geniusz znowu nie jest) to każdy w mireę
                              niegłupi (+pracowity) osobnik może.

                              Ja nie mam na myśli takich prawdziwych geniuszów typu Einstein (bo to już lekka
                              dewiacja i chyba żadna z nas taaakiego geniusza pod dachem nie ma), tylko
                              przeciętne zdolne dzieci. Naprawdę wymaganie dobrych ocen nie jest jakimś
                              wygórowanym oczekiwaniem.
                              • judytak Re: oczekiwania - do Judyty i Verdeny 18.06.04, 13:03
                                Agatko, chętnie bym się z tobą spotykała w realu
                                szkoda, że mieszkasz na drugim końcu miasta
                                w razie czego mój adres @gazeta.pl działa

                                sczególnie mi się podoba ta fizyka w roli czarniej magii, jak też szybkie
                                sesje :o)

                                pozdrawiam
                                Judyta
                                • agatka_s Re: oczekiwania - do Judyty i Verdeny 18.06.04, 13:53
                                  Oj z tą fizyką to w ogóle było bardzo zabawnie przez całe 4 lata...

                                  Po pierwsze profesorka była świetna, bardzo dobry pedagog, działaczka
                                  podziemnej opozycji (to były lata 80-te), i w ogóle cudowny człowiek. I ja choć
                                  fizyki nie znosiłam ją akurat szanowałam i bardzo lubiłam. Liceum to był
                                  Reytan, który szczycił się (wtedy) wysokim poziomem nauk ścisłych (głównie
                                  matematyki), no a ja jak się okazało matematycznie byłam naprawdę dobra (do
                                  dziś jestem), a fizyka nie docierała do mnie zupełnie, ale to zupełnie, na
                                  lekcjach wcale nie fantazjuje czułam się jakby ktoś do mnie mówił
                                  po...węgiersku (bez urazy). Zawsze miałam same dwóje z prac klasowych i po
                                  kilka piątek z tzw referatów (no bo przygotować referat, czyli poszperać w
                                  książkach i encyklopediach to jeszcze było do przejścia), przez 3 lata w ten
                                  sposób udawało mi sie jakoś wymęczyć 3 z dwoma na koniec, aż do klasy
                                  maturalnej...tu klasa została podzielona na tych co idą na politechnikę i ci
                                  mieli fizykę 24h na dobę i tych co nie, ja ponieważ szłam na filologię japońską
                                  (jako rasowy matematyk...) to fizykę sobie "olałam" totalnie i miałam same
                                  dwóje z klasówek i nic poza tym. Na 2 dni przed klasyfikacj (czy jak to tam
                                  się nazywa) pani profesor kazała mi zaliczać cały materiał z 4
                                  klasy....ponieważ uważałam to za bezsensowne, a ja zazwyczaj rzadko kiedy robie
                                  coś jezeli nie widzę w tym sensu, to odmówiłam, powiedziałam Pani profesor że
                                  przysięgam że jeżeli tylko dostanę od niej trójkę, wyrzucę wszystkie
                                  podręczniki od fizyki, i przysięgam że nigdy ale to nigdy z fizyką doczynienia
                                  mieć w swoim życiu więcej nie będe, dlatego nie zamierzam do zaliczania
                                  materiału przystępować. No cóż pani profesor sie uparła,.. ja też. Dwa dni
                                  chodziłam, z dużym ryzykiem, że do matury mnie nie dopuszczą, interweniowała
                                  wychowawczyni, błagając mnie abym tylko się zgodziła a fizyczka napewno mi
                                  zaliczy (nawet jak mi kiepsko pójdzie), ale ja się uparłam...no cóż w ostatniej
                                  godzinie fizyczka się jednak złamała, a ja danego jej słowa póki co solennie
                                  dotrzymałam (no może czasem z wyjątkiem haseł w krzyżówkach bo czasem tam
                                  jakieś kilodżule czy inne ampery mi się po głowie kołaczą).

                                  Morał z tego taki, że czasem rzeczywiście coś sobie można odpuścić, ale
                                  przejdzie to tylko jeśli w reszcie jest się dobrym (i ma się opinię osoby
                                  odpowiedzialnej i poważnie podchodzącej do swoich obowiązków), i nauczyciele
                                  wiedzą, że to olanie nie wynika z olewającej postawy ucznia, ale że zachodzi
                                  rzadki w przyrodzie ale jednak możliwy przypadek "debilizmu wybiórczego"...


                                  Co do studiów to akurat nie było trudne bo ja studiowałam zarządzanie, a nie
                                  był to bardzo absorbujący kierunek (no poza matematyką i statystyką, która
                                  wszystkim sprawiał problemy, no ale nie mi po ww. liceum)-to tak gwoli trochę
                                  umniejszenia moich wyczynów, te wszystkie rzeczy robiłam raczej bo same studia
                                  było poprostu nudne.

                                  A co do spotkania to nie ma sprawy ja często bywam w centrum, to zawsze można
                                  się na jakimś neutralnym gruncie spotkać, będzie mi niewątpliwie bardzo miło.
                                  Tym bardziej że za tydzień moje maleństwo zaczyna wakacje (raniutko w sobotę
                                  juz go nie ma) więc będe słomianą-mamą

                                  Pozdrawiam
                                  • judytak o fizyce 18.06.04, 14:54
                                    ze mną aż tak źle nie było :o)
                                    ja w zasadzie większość materiału z fizyki byłabym w stanie się porządnie
                                    nauczyć (wysiadałam tylko przy niektórych tematach), tylko wymagałoby to takiej
                                    ilości czasu, jakiej ja na to nie miałam...
                                    klasówki miewałam na poziomie czwórek sobie, ratowałam się na różne sposoby, i
                                    miewałam piątki na koniec roku (na półrocze nie, żeby było sprawiedliwie ;o))
                                    aż w klasie maturalnej (kiedy materiał był jeszcze bardziej abstrakcyjny, a ja
                                    się zajmowałam głównie nauką hiszpańskiego na własną rękę oraz zakładaniem
                                    Towarzystwa Przyjaciół Polski w Budapeszcie ;o))
                                    otrzymałam od pana od fizyki (też go lubiłam, miał dużą wiedzę, duże, ironiczne
                                    poczucie humoru) propozycję nie do odrzucenia:
                                    on mi daje piątkę (!) na koniec roku,
                                    a ja mu obiecuję, że nigdy więcej w życiu nie będę miała do czynienia z
                                    fizyką :o)))

                                    a co z tą filologią japońską???
                                    jak można było coś tak ciekawego zamienić na zarządzanie?!

                                    miłego weekendu
                                    Judyta
                                    • verdana Re: o fizyce 18.06.04, 22:49
                                      A ja miałam zawsze tróję z litości - na jeden semestr nawet dwóję. I nie
                                      załuję - i tak nigdy wiedza z fizyki nie przydała mi się na nic. To po co
                                      zaśmiecać sobie pamięć?
                                  • linka9 Re:do agatki 20.06.04, 13:56
                                    Rzadko tu zaglądam, ale pozwólcie, że wtrącę moje 3 grosze, bo jak czytam ,
                                    własnym oczom nie wierzę...

                                    > no a ja jak się okazało matematycznie byłam naprawdę dobra (do
                                    > dziś jestem), a fizyka nie docierała do mnie zupełnie, ale to zupełnie, na
                                    > lekcjach wcale nie fantazjuje czułam się jakby ktoś do mnie mówił
                                    > po...węgiersku (bez urazy).

                                    No, ja jestem podobnym egzemplarzem z mat-fiz.
                                  • linka9 Re: oczekiwania 20.06.04, 14:06
                                    agatka_s napisała:

                                    > rzadki w przyrodzie ale jednak możliwy przypadek "debilizmu wybiórczego"...

                                    Tak, tak - zdarza się. Muszę jednak napisać, że jeśliby wyciągać wnioski na
                                    podstawie mojego doświadczenia szkolnego, to generalnie zdolności - nie mam na
                                    myśli tych wybitnych - idą w parze. I jednak znakomita większość inteligentych
                                    uczniów była (a może bardziej dokładnie "była w stanie być") po prostu dobra ze
                                    wszystkiego,no lub prawie wszystkiego.

                                    • verdana Re: oczekiwania 20.06.04, 17:13
                                      A według moich obserwacji mlodzież naprawdę wybitnie uzdolniona (a nie po
                                      prostu zdolna do nauki, czyli obdarzona doba pamięcią!) bardzo często jest
                                      wcześnie wyspecjalizowana i jest doskonała z niektórych przedmiotów (wybiega
                                      daleko nawet poza zwykłych "piątkowych" uczniów), a z niektórymi ma kłopoty.
                                      Moze to wynikać z ukierunkowanych zdolności, moze też z bardzo sprecyzowanych
                                      zainteresowań, które zajmują dużą część czasu przeznaczoną na naukę. Tym młodym
                                      ludziom szkoda czasu na rozwiązywanie kolejnych zadań np. z fizyki, której nie
                                      rozumieją i która - naprawdę! - na nic im się nie przyda, a w tym czasie
                                      czytają lekturę ze swojej dziedziny. Proszę pamiętać, ze dzieci piątkowe są
                                      niewątpliwie zdolne ale wcale nie musza być utalentowane.
                                      • linka9 Re: oczekiwania 23.06.04, 23:57
                                        verdana napisała:

                                        > moze też z bardzo sprecyzowanych
                                        > zainteresowań, które zajmują dużą część czasu przeznaczoną na naukę. Tym
                                        młodym
                                        >
                                        > ludziom szkoda czasu na rozwiązywanie kolejnych zadań np. z fizyki

                                        Dlatego poprawiłam sie, że "byliby w stanie". Czy maja piatki, czy nie z
                                        pozostałych przedmiotów, to też zalezy od nauczyciela. Niektórzy już 4 traktują
                                        jako wyróżnienie, a 5 (czy 6) to prawdziwa rzadkość i wtedy wiadomo, że taki,
                                        który przykłada się do innego przedmiotu tutaj nie będzie szalał. Ale są też i
                                        tacy nauczyciele, u których wystarczy się nauczyć i 1 czy 2 razy odpowiedzieć w
                                        semestrze dobrze; w takim przypadku to żaden problem, aby taki zdolniak miał i
                                        z tego przedmiotu 5.
                                        Oczywiście, jak od kazdej reguły - są wyjątki. Ja jednak zaznaczyłam wyraźnie,
                                        że chodzi o to, co wynika mi z autopsji.

                                        > niewątpliwie zdolne ale wcale nie musza być utalentowane.

                                        Ale tutaj jest już granica płynna. Jakkolwiek z klasyfikacją prawdziwego
                                        geniusza, czy super wybitnego talentu nie ma problemu ( są to przecież
                                        jednostki), to rozróżnienie pomiędzy bardzo zdolnym a utalentowanym czasmi się
                                        rozmywa.
                                        • linka9 Re: oczekiwania 24.06.04, 00:04
                                          linka9 napisała:

                                          > że chodzi o to, co wynika mi z autopsji.
                                          I jeszcze małe uzupełnienie: ludzie bardzo zdolni z matematyki, fizyki dobrze
                                          radzili sobie na ogół z przedmiotami humanistycznymi, językami obcymi.
                                          Tak sobie myślę, że może to w drugą stronę działa gorzej i jak ktoś wspaniałe
                                          opowiadania tworzy, to nie zawsze potrafi się na pewien poziom abstrakcji
                                          wynieść, np z matematyki.




                                          >
                                          > > niewątpliwie zdolne ale wcale nie musza być utalentowane.
                                          >
                                          > Ale tutaj jest już granica płynna. Jakkolwiek z klasyfikacją prawdziwego
                                          > geniusza, czy super wybitnego talentu nie ma problemu ( są to przecież
                                          > jednostki), to rozróżnienie pomiędzy bardzo zdolnym a utalentowanym czasmi
                                          się
                                          > rozmywa.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka