kocianna
18.05.13, 23:23
Mam dziecko cholernie uparte. Nie jest patologicznie uparte tylko wtedy, kiedy jest na prochach wypisywanych przez neurologa zwykle w zimie na zdiagnozowany problem o podłożu somatycznym. W okresach bez prochów prowadzę nieustanną wojnę z dzieckiem o wszystko (zdejmij mundurek, odłóż buty na półkę, odrób lekcje teraz, a nie o 21.30, umyj naczynia, umowa była na 1 odcinek serialu, nie na 4). Wojna znaczy wojna - wolność wyboru i negocjacje w rodzaju "jeszcze 5 min" niczego nie zmieniają, Młoda nie dotrzymuje umów, choć otwarcie nie ma moich poleceń w dupie (dobrze, mamusiu, zaraz to zrobię).
Mam dość wojen. Jestem zmęczona ciągłą walką o każde g.
Uprzedzając niektóre wątpliwości: zdecydowane zmniejszenie liczby zajęć pozalekcyjnych niczego absolutnie nie zmieniło, dziecko wychodzi ze szkoły tak samo zbuntowane niezależnie od tego, czy spędziło tam 4 godziny, czy 6. Ojciec jest nieobecny, a nawet gdyby był obecny, to dziecko nie uważa go za dorosłego. Nie wymagam karności i bezwzględnego posłuszeństwa, a także natychmiastowego wykonywania poleceń, ale oczekuję, że zostaną one wykonane w rozsądnym czasie.
Ja robię właściwie wszystko, czego ona chce. Ona robi tylko absolutne niezbędne rzeczy z tych, co ja chcę: czyli chodzi do szkoły, odrabia lekcje, spożywa posiłki i kładzie się spać o odpowiedniej porze i dba o swoje bezpieczeństwo. I rządzi.