monika10000000000
05.11.13, 20:34
Mój syn, 10 lat, od początku szkoły nie cieszył się sympatią rówieśników. Jest bardzo skryty i trzyma się raczej na boku. Nic więc dziwnego, że się z niego śmieją. Syna nie zamierzam zmieniać, zachęcać do zabaw z innymi dziećmi i próbować zrobić z niego kogoś przebojowego, kogoś, kim nie jest. Co do przezwisk, z początku zawsze to przeżywał, płakał, ale po trzech latach rozmów przestał się tak przejmować. Jestem z synem bardzo blisko, zrobiłam wszystko, żeby z powodu wyzwisk nie czuł się kimś gorszym od innych. Wiem, że zawsze jest mu przykro, kiedy ktoś go przezywa, ale wiem też, że nie czuje, iż to jest jego wina, ale raczej tego, że nie wszyscy są dobrzy. Zaczepki zaczął ignorować. Nie jest wesoło, ale jakoś funkcjonuje. Teraz jednak ja mam problem. Już od jakiegoś czasu, kiedy odbieram młodego ze szkoły, wyzwiska padają także w mojej obecności. Raz, kiedy byliśmy w szatni, trzech takich cwaniaczków z hukiem wpadło do niej i, mimo że stałam koło syna, zaczęli go wyzywać. Oczywiście zareagowałam, jak na mnie, bardzo spokojnie (chyba byłam po prostu w szoku, że tak można). Wyzywanie to nic nowego, ale w obecności rodzica????? Niestety rozmowa nic nie dała. To się wciąż powtarza, na przykład idziemy chodnikiem ze szkoły i wychodzące dzieci krzyczą za synem, przekręcając brzydko jego nazwisko. Na razie nie reagujemy, chociaż jestem bliska tego, żeby odwrócić się i jednego gnojka z drugim złapać za fraki i potrząsnąć, żeby się opamiętali. Bo u wychowawcy już byłam, ale ten jest bezradny. Mimo rozmów z dziećmi, te wciąż mają dorosłych w d...e. Skończyło się na tym: a co ja mogę? Mogę wpisać uwagę do dzienniczka. I co, jak rodziców takie dzieci też mają w d...e. Nie wiem, jak się zachować. Jak będę ignorować dalej, to już całkiem pomyślą, że są bezkarni. Ile można spokojnie tłumaczyć. Krzyknę na gó...arzy, to sama będę miała kłopoty...