karomech
21.12.15, 00:07
Witam,
Wiem, że ten wątek był już tu przerabiany kilkanaście albo i kilkadziesiąt razy, ale potrzebuje waszej porady wychowawczej odnośnie przypadku mojego syna. Ma 12 lat. Niedawno, czyli jakieś 6 miesięcy temu przeprowadziliśmy się do Szkocji. Bardzo szybko się tu zaaklimatyzował. Ma dużo znajomych z którymi spotyka się także poza szkołą jak i oczywiście utrzymuje z nimi kontakt przez facebooka. Zawsze był w sumie oportunistą, często na NIE. Teraz niestety to NIE połączone jest z arogancją i chamstwem z jego strony. Na prostą prośbę o posprzątanie pokoju reaguje mówiąc "To mój pokój i mój bałagan". Na odkurzanie "Sama sobie odkurz" itd... Niestety jest coraz więcej takich kwiatków. Łącznie z tym, że jestem okropna bo non stop się o coś czepiam a już wogóle o porządek w mieszkaniu bo jestem "idealną panią domu" (i niestety nigdy nie zabrzmiało to jako komplement). No i pewnie bym się nie czepiała gdyby nie to, że wchodząc do jego pokoju praktycznie potykam się o porozrzucane na podłodze rzeczy. A sprzątanie wygląda w ten sposób, że wszystko zwija się w kulkę i ładuje na półkę, albo metodą na kukułkę podrzuca się do kosza na brudną bieliznę. Do tego dochodzi brak jakiegokolwiek poszanowania cudzej własności objawiający się np. zjadaniem zarówno własnych słodyczy jak i młodszej 5 letniej siostry albo wypijaniem wszystkich soków nie pomyślawszy o tym, że któryś z domowników też może miałby ochotę. Oczywiście rozmawiamy dużo na ten temat. Tłumaczę, że powinien liczyć się z uczuciami i potrzebami innych tak samo jak chce żeby liczono się z jego. Są przeprosiny a potem....niestety znów jest to samo. Nie wiem, już czy sama coś źle robię jako matka. Nagradzam za dobre zachowanie, kara jest za złe. Jest też oczywiście tata, który od 3 roku życia syna pracuje na kontraktach i dopiero teraz chyba widzą jako to jest być ojcem i synem na co dzień. Mąż bardzo dużo pracuje. Conajmniej 10-12h dziennie w związku z czym przychodzi do domu zmęczony i każda odzywka syna na NIE drażni go i prowadzi do konfliktów. Często czuję się tak jakbym była między młotem a kowadłem. Dziś np. młody połamał nam łóżko, gdyż jest dosyć ciężki i wskakując na nie połamał doszczętnie ramę. Wcześniej gdy próbował tak brykać postrzegało się go, żeby tak nie robił bo może połamać łóżko. Często mam wrażenie, że nie słucha wogóle tego co się do niego mówi. I tu już nawet nie chodzi o to, że niszczy wspólne mienie, ale nie uznaje żadnych autorytetów a już w szczególności nas jako rodziców. Łóżko połamane trudno, przeproszę i kupią nowe. Ot po problemie. Nie ma żadnej skruchy. Żadnego poczucia winy. Jest tylko puste słowo, które nic nie znaczy. Nie wiem, ile już razy mu tłumaczyłam, że słowo "przepraszam" oznacza "wiem, że źle zrobiłem i nie będę więcej tak robił" a u niego niestety błędy są powtarzane dalej.
Poradźcie dziewczyny. Co źle robię? Słucham, rozmawiam, interesuję się jego życiem i jego uczuciami. Co jeszcze jako matka mogę zrobić, żeby odkryć w nim chociaż ziarno empatii?
Pozdrawiam,
Karolina