Piszę, bo jest smutno i chcę się wygadać, może też ktoś coś mi coś poradzi…
Moi rodzice od początku małżeństwa mieszkają w domu rodziców matki, w którym
znajduje się tylko jedno 3-pokojowe mieszkanie + nieogrzewany strych i
piwnica. Moi dziadkowie wybudowali go na początku lat 70., oczywiście z
dzisiejszej perspektywy nie jest to jakieś cudo (zwłaszcza jeśli się nie
przeprowadza żadnych remontów…

, ale włożyli w to dużo pracy, zadbali o piękny
ogród itd.
Rodzice niemal od początku małżeństwa mieli własne 3-pokojowe mieszkanie w
bloku, w całkiem niezłej dzielnicy. Dlaczego się tam nie wprowadzili,
pozostaje zagadką, zwłaszcza że dziadkowie nie lubili się z moim ojcem.
Podobno to on się uparł, ale trudno mi to ocenić, skoro urodziłam się po 11
latach od ślubu. Mam też starszą o 10 lat siostrę.
Gnieździliśmy się w szóstkę w trzech pokojach, a tamto mieszkanie stało cały
czas puste. Przez parę miesięcy mieszkała w nim moja siostra - jak już była na
studiach. Teraz cały czas wysłuchuje pretensji, że podczas jej pobytu odpadło
parę kafelków w łazience i kuchni (tak, tak, to kafelki z lat 70.).
Obecnie moja siostra mieszka z mężem w kupionym przez niego mieszkaniu, ja
natomiast mam 22 lata i każdego dnia marzę o w wyprowadzce od moich rodziców.
Mieszkamy w domu po dziadkach, jego właścicielką została w końcu moja matka –
wcześniej połowa należała do jej siostry, która odziedziczyła też w całości 2.
posesję dziadków, na której znajdował się zakład pracy dziadka. Moja matka
dostała od rodziców mniej, bo się z nimi skłóciła (jak zresztą z całą
najbliższą rodziną, przed resztą gra świętoszkę i męczennicę).
Nie jestem w stanie wytrzymać z ludźmi, rzekomo wykształconymi, którzy pomimo
dobrych zarobków nie robią w życiu absolutnie nic poza awanturowaniem się ze
sobą, kontrolowaniem mnie oraz oglądaniem Klanu i Plebanii. Nie chodzą do
kina, teatru, nigdzie nie wyjeżdżają (kiedyś byli w Paryżu, ale cały czas się
tam żarli), nie mają żadnych znajomych poza moją ciotką-czytelniczką Faktu i
SuperExpressu, nie inwestują w dom, W OGÓLE ZE SOBĄ NORMALNIE NIE ROZMAWIAJĄ.
Mam z dzieciństwa fatalne wspomnienia, przez ich awantury wciąż płakałam i
słyszałam od ojca „przestań wykrzywiać gębę” + wyzwiska typu „gó.. sobacze”.
Mój ojciec to straszny prostak, a matka jest zimna (nigdy mnie nawet nie
przytuliła, zero zainteresowania czymkolwiek poza tym, czy wykonuję jej
polecenia) i apodyktyczna i wciąż musi pokazywać, że to ona tu rządzi. Oboje
dostają dzikiej furii, gdy wychodzę na randkę lub na piwo ze znajomymi. Przez
przypadek znalazłam klucz do swojego pokoju, zamykałam się rzadko, ale i tak
moja matka mi go zabrała z biurka. (to taki przykład)
W przyszłym roku akademickim będę na ostatnim roku studiów, znajdę pracę
(choćby na kasie) i wyprowadzę się z chłopakiem do wynajętej kawalerki (teraz
nie ma to sensu, w przyszłym semestrze wyjeżdżam na zagraniczne stypendium).
Jest mi strasznie przykro, że w czasach, gdy ludzie dostają kredyt na
mieszkanie na 45 lat, ja nie mogę nawet rozmawiać z rodzicami o przyszłości
ich pustego, 3-pokojowego mieszkania, bo od razu słyszę, że „jestem pazerna” i
„kłócę się o majątek”. Mówi to mój tatuś, który do tej pory je obiady na
talerzach teściowej. Myślałam, że rodzinne rozmowy o mieszkaniach są normalne,
no ale widać myliłam się.
Nie twierdzę, że jestem nieskalanym ideałem, często mówię rodzicom przykre
rzeczy (jeśli mnie sprowokują, po prostu nie zamierzam nadstawiać drugiego
policzka, w dzieciństwie byłam religijna i starałam się być dobra i miła, ale
ileż można), nie lubię ścierać kurzu

)) itd., ale zawsze byłam świetną
uczennicą, wygrywałam olimpiady w liceum, nie piłam, nie odwalałam tzw. numerów…
Dlaczego niektórzy są w stanie spieprzyć wszystko we własnym życiu? I to
dokopywanie własnym dzieciom, które najwyraźniej sprawia im wielką przyjemność…