Ostatnio irytują mnie niepomiernie "dobre rady" najbliższego otoczenia w stylu
"może by tak dziecku kupić...". Wystarczy, że młoda wykaże czymś jakieś
zainteresowanie, a już słyszę że powinnam/mogłabym jej to i to kupić, a
najlepiej jeszcze i tamto. Noż jak tak dalej pójdzie, to ochrzanię następnego
z taką dobrą radą. Ani nie mam worka kasy, ani też nie mam miejsca na
składowanie kolejnych gratów, którymi moje dziecko pobawi się przez chwilę, a
potem się nimi znudzi.
Tak samo nie widzę powodów, abym miała kupować młodej lody i tonę innych
słodkości. Co z tego, że inne dzieci jedzą? W warunkach domowych młoda
niespecjalnie garnie się do słodyczy - woli mięso. Owszem, na dworze, przy
innych dzieciach, pewnie zjadłaby tylko dlatego, że inne dzieci jedzą. Ale co
dla mnie za interes uczyć dwuletnie dziecko żarcia słodyczy? Zrobi się tłusta
i zepsują się jej zęby, w dodatku przestanie mieć ochotę na normalne jedzenie.
A tymczasem nie kupienie dziecku czegoś słodkiego do podżerania na dworze
odbierane jest przez otoczenie jako jakaś mega krzywda zrobiona dziecku. (Żeby
nie było - młoda ma okazję do jedzenia słodkości całkiem często, ale w domu
nimi wzgardza ).
No, to sobie ulżyłam