esse1
16.02.05, 16:44
Jestem z moim parterem od 1,5 roku, ponad rok mieszkamy ze soba i jest
b.dobrze. Z pelna swiadomoscia staralismy sie o dzidziusia i fasolka wlasnie
zaczela 6-ty tydzien (liczac od OM). Gdzie problem? W mojej mamie! Brzmi to
idiotycznie, wiem

Kocham ja, ale roznimy sie swiatopogladem i wlasciwie
wszystkim wrecz kosmicznie. Od 12 lat mieszkamy daleko od siebie (inne
miasta), nie czuje sie uzalezniona w zaden sposob, nawet emocjonalnie. Nie
konsultuje z nia zadnych decyzji, informuje tylko, co sie dzieje - a i to
wybiorczo).Wlasnie powiedzialam jej o ciazy - oczywiscie sie ucieszyla ale
zaraz zapytala o slub. Dla niej to nie do pomyslenia,zeby miec dzieci bez
slubu!Tragedia, wstyd, horror doslownie! A mnie oczywiscie szlag trafil.
Przede wszystkim to moja sprawa jak zyje, dopoki nikomu krzywdy nie robie.
Nie wspomne juz nawet,ze moje poglady na temat zwiazkow sa bardzo liberalne -
generalnie uwazam,ze kazdy sam najlepiej wie,co daje mu szczescie i innym nic
do tego.Dla mojej mamy jednak istnieje tylko malzenstwo, i to ze slubem
koscielnym. Przyznaje, ze ja mam troche fobie - na haslo "slub" mam ochote
uciekac na koniec swiata. Wiem, ze to irracjonalne i generalnie przeciwko
slubom nie mam nic (swieckim czy koscielnym),byle mnie nikt do tego nie
przekonywal.Moze wynika to stad,ze w mojej rodzinie zadna kobieta nie byla w
malzenstwie szczesliwa, prawie wszystkie konczyly sie rozwodami - moi rodzice
tez sie rozeszli. Generalnie dla mnie to kwestia papierka. I nawet moge go
podpisac, o ile nie bedzie sie wokol tego robic zbednego szumu, ot, podpisac
i zaraz zapomniec. Przerazaja mnie te formulki wyglaszane przy swiadkach,
obawiam sie, ze parskalabym smiechem albo fukala rozzloszczona. Zdaje sobie
jednak sprawe, ze formalizacja wiele kwestii pozniej ulatwia, wiec dla
rozsadku kiedys moze to zrobie, nie wiem. Ale wracajac do mamy - znia sie nie
da o tym normalnie rozmawiac, wytlumaczyc! Wpada w jakis kaznodziejczy ton,
brakuje jej oddechu, az sie boje,ze zawalu dostanie.Staram sie tym nie
przejmowac, bo i tak zrobie,co zechce,ale to jednak moja matka i ciezko jest
mi z mysla,ze z tego powodu nie spi po nocach (a wiem,ze tak bedzie). Nie mam
pojecia jak z nia rozmawiac,boje sie,ze w koncu zerwe z nia kontakt naprawde
na dlugo.
Ufff... dano sie tak nie wkurzylam, az mnie brzuch rozbolal.
Znacie jakies sposoby na niereformowalne matki?