angieblue26
27.04.05, 12:37
Niestety krotko pobylam na forum ciaza. Moja kruszynka przestala sie rozwijac
w 7 tc.
Na kilka dni przed poronieniem bylam w okropnym napieciu nerwowym. Nagle
ustapily tzw "objawy", zmniejszyly mi sie piersi, zmalal apetyt, w dodatku
dolaczyly sie klucia w dole brzucha. Poczatkowa euforia ciaza przerodzila sie
w apatie i lek o ciaze. Warczalam na meza, kiedy pytal jak czuje sie jego
zona "przy nadziei"... Podswiadomie czulam, ze cos jest nie tak, staralam
przygotowac na najgorsze.
Az ktoregos wieczora, kiedy po raz kolejny lzy trysnely bez powodu, poczulam
okropne wyrzuty sumienia. Jesli teraz nie wierze w Ciebie, moje Malenstwo, to
co bedzie pozniej ? Przytulilam sie do meza i podziekowalam, ze od poczatku
wierzyl w nasze dziecko. Poczulam sie, jak zla matka, histeryczka, ktora
swoje nerwy, jak jad, przelewa na bezbronne malenstwo.
Kilka dni pozniej moje obawy potwierdzily sie. Usg wykazalo, ze Okruszek nie
rozwija sie, brak akcji serca. Zapisano mi tabletki poronne, ale nie musialam
ich brac, bo tego samego dnia zaczelam krwawic... Dziwne, bo zaledwie kilka
godzin po usg. Tak jakby moje cialo bezposrednio podlegalo psychice - w
momencie, kiedy pogodzilam sie z utrata - po prostu zaczelo sie poronienie...
Przepraszam za ten watek na forum Ciaza. Caly czas przesladuje mnie pytanie -
do jakiego stopnia utrata tej ciazy powiazana byla z moimi watpliwosciami,
stresem, w jaki sama sie wprowadzilam ?
Obiecuje sobie, ze w nastepnej ciazy bede ufna i spokojna...
Tylko, ze to nie jest takie proste...