k1212
02.08.06, 11:34
Pisz do was, bo sama wiem, jak cieszyły mnie opowieści o porodach. Urodziłąm
28. lipca, pod koniec 41. tygodnia, choc usg wskazywało nawet na pierwsza
połowę lipca, ale ja nie byłam przygotowana do porodu do samego końca z wysoko
umiejscwioną i zamkniętą szyjką macicy. Nie było warto jeszcze czekać, bo
Sergiusz okazał się ponadto za duży jak na moje wymiary. Urodził się z wagą
3900 i wzrostem 62cm, a do tego całe 10 pkt., więc warto było. sam poród był
pestką. Najpierw lewatywa, welflon, cewnik i dość nieprzyjemne znieczulenie
zewnątrzoponowe. potem już tylko słuchałąm komentarzy lekarzy, którzy przy
dowcipkowaniu kroili mi brzuch, oglądali wnętrzności i w końcu szyli. Nic nie
czułam nieprzyjemnego, włąściwie niewiele czułam. najpierw, po przebiciu worka
poczułąm ulgę, bo jakies 2 kilo mi odeszło, no a potem już tylko skupiłam się
na krzyku syna, któy wydał ogłos jeszcze siedząc w płowie we mnie. Potem
długie oczekiwanie i wreszcie miałam go na sobie i pierwsze odczucie: ciepło!
w końcu wyszedł dpiero co ze mnie. to jak wygłada właściwie z początku załąm
ze zdjęć, któe donosił mi mąż, jak leżałam już na sali. tam już nie było tak
ekscutyjąco. znieczulenie schodziło, a ja chyba stanowczo za poźno poprosiłam
o środki znieczulajace, wiec dziewczyny, pamiętajcie, żeby o nie prosić jak
najwcześniej. a następnie coraz to lepsze chwile, co obrazują marzenia: żeby
móc zgiąć nogi, podnieść gowę, przekręcić sięna bok, wstać, iść pod prysznic i
nareszcie być w sanie zająć się małym. trzecia doba była przełomem. miałam już
Sergiusz przy sobie cały czas, mogłąm go karmić , spać z nim, poznawać się-
CUDO! warto to wszystko przejść, mimo że boli jeszcze dziś, zwłaszcza
brodawki, brzuch przy wstawaniu i krzyż pod wieczór. Ale o wszystkim sie
zapomina gdy tylko na mnie spojrzy. Nie wiem, czy sam poród jest CUDEM, ale
posiadanie dziecka na pewno tak. Pozdrawiam wszystkich