Gość: horac
IP: *.*
21.01.02, 10:53
Kochane Przyszłe Mamy,Ja, co prawda mam już poród za sobą, ale chcę się z Wami podzielić moim wspomnieniem z czasu rodzenia - ku przestrodze. W 42 tyg. trafiłam do szpitala na patologię ciąży - mimo, że to brzmi nieprzyjemnie - taki jest standard, bo wszelkie przypadki wstrzymania akcji porodowej czy przenoszonej ciąży lądują właśnie tam. Dostałam więc oksytocynę, a, że nie podziałała, wróciłam na poczekalnię zwaną Oddziałem Patologii Ciąży. Była niedziela. Po porannej mszy poczułam skurcze, robiły się całkiem regularne, ale rozwarcia nie było - nie kwalifikowałam się więc na porodówkę. Skurcze były bolesne, nie mogłam siedzieć - chodziłam, kucałam, sapałam, stękałam. W międzyczasie tłumy gości zaczęły napływać do naszej siedmioosobowej sali. Przy łóżku obok mąż czule uwieszony na ciężarnej żonie, szeptał jej do ucha dusery, pod drzwiami, prosto z imprezki, towarzystwo innej pacjentki, jeszcze pachnące piwkiem, wprowadzało ją w swój wesoły nastrój. Za chwilę do "uwieszonego" męża sąsiadki dołączyła mamusia, mąż natomiast był zmuszony siedzieć tak blisko mego łóżka, że gdyby odeszły mi wody, to chyba bym mu zamoczyła buty. Położna powiedziała, że póki nie ma rozwarcia, powinnam wykorzystać ten czas i się zdrzemnąć, bo przede mną duży wysiłek. Dostałam środek przeciwbólowy w tym celu. Ale jak tu się zdrzemnąć wśród hałaśliwej gawiedzi jaka wypełniła naszą salę? Bóle były jednak coraz silniejsze, nie mogłam usiedzieć. Zaczęłam stękając spacerować slalomem po sali między krzesłami sznownych mężów, teściowych i szwagrów. I wiecie co? Nikt nie podniósł szanownych 4 liter, żeby wyjść z sali !!! Zgroza. Gdybym nagle zaczęła rodzić, to chyba by mi zaglądali w, za przeproszeniem, krocze i krzyczeli: "dobra!, dawaj jeszcze trochę, już go widać!"Piszę to życząc Wam szybkich porodów, a Waszym rodzącym koleżankom i ich rodzinom minimum taktu i wyczucia. Gorąco pozdrawiam. Matylda.