Ponieważ, będąc w ciąży z zapartym tchem czytałam wszystkie relacje porodowe
na tym forum, teraz, kiedy sama jestem po, chcę podzielić się z Wami moim
doświadczeniem i ewentualnymi uwagami.
Końcówkę ciąży zniosłam bardzo kiepsko - głównie psychicznie. Chciałam mieć to
już za sobą - potwornie się nudziłam
Termin miałam na 15 maja, ale cichą nadzieję, że uda się wcześniej.
Taaa...

14 maja o 3ciej w nocy obudziły mnie bóle kręgosłupa. Co 8 minut, czasem co 5.
Dałam pospać przyszłemu ojcu, obudziłam go dopiero koło 8. Pojechaliśmy na
izbę przyjęć, usłyszałam, że to może się się jeszcze wyciszyć, szyjka 1,5cm,
zamknięta.
Ponieważ do 17 cały czas było tak samo, pojechaliśmy po raz drugi.
Uslyszeliśmy to samo
6 godzin później, kiedy skurcze czasem były już co 3 minuty, po raz kolejny
wsiedliśmy w samochód. Ponownie zostałam zbadana - szyjka się TROCHĘ skróciła,
rozwarcie na opuszek. Położne się zlitowały, mówiłam, że za bardzo się nie
wyspałam, balam się, że nie będe miała siły na poród właściwy. Podały mi jakiś
zastrzyk - niestety nie pamiętam nazwy. Miało się albo uspokoić na parę
godzin, albo przyspieszyć. I... tak, zgadłyście

Odesłały do domu.
O 2 w nocy, skurcze były już względnie regularne, co pięć minut i coraz
bardziej bolesne.
Znooowu w samochód.
Tym razem przyjęli nas na oddział.
Wynajęliśmy jednoosobową salę. Przyszła młodziutka położna, zaproponowała
przejście na "Ty", co od razu wprowadziło milszą atmosferę. Przedstawiła nam
mniej więcej przebieg porodu, powiedziała, że będzie się starała uniknąć
nacinana krocza, prosząc jednocześnie, żebym przy partych słuchała jej
absolutnie bezwględnie.
Obiecała, że urodzę do 8 rano bo kończy jej się zmiana i chce zobaczyć malucha
Po jakimś czasie zrobiło się rozwarcie na 4cm i mogłam dostać znieczulenie.
Nie powiem, całkiem się ucieszyłam. Ból był do zniesienia, ale nie widziałam
powodu, dla którego miałabym się dalej męczyć

Szczególnie nieprzyjemne były
momenty kiedy musiałam leżeć na łóżku podpięta pod ktg. Resztę porodu
spędziłam dość aktywnie. Chodziłam, skakałam na piłce (raczej niefajne
doświadczenie, ale położna mówiła, że pomaga, więc karnie skakałam

)
Najpierw dostałam znieczulenie do znieczulenia. Zabolało trochę, ale nie było
specjalnego dramatu.
Po chwili przyszła ulga

stwierdziłam, ze ze znieczuleniem mogę rodzić
ciągle

Wysyłałam smsy do znajomych rozmawiałam z mamą przez telefon,
generalnie sielanka i nawet trochę nudy

Po godzinie niestety, przestało działać (teoretycznie działa od 1,5 do 3
godzin), dostałam więc drugą dawkę.
Ta dała radę jakieś 1,5h. Następnej już nie podawali bo w międzyczasie
rozwarcie zdążyło się zrobić na 8/9cm i parte były coraz bliżej. Faktycznie po
pół godzinie, poczułam że skurcze wyglądają jakby inaczej, położna stwierdziła
że się zaczęło.
Po 40 minutach zgodnie z obietnicą położnej o 8:10, pojawiła się Zuźka-Zośka.
I teraz kilka uwag. Ból jest absolutnie DO ZNIESIENIA. Wszystko co czujemy
rodzi się w naszej głowie i cholernie, cholernie dużo zależy od nastawienia.
Rodziłam w sumie 9 godzin, z czego tylko 2,5 ze znieczuleniem, wiec wiem o
czym mówię.
W trakcie skurczów, starałam się pamiętać CO SIĘ DZIEJE, PO CO i DLA KOGO, nie
skupiać na bólu, nie wpaść w panikę, bo wiedziałam, że mogę tylko zaszkodzić
sobie i rodzącemu się dziecku. Przy partych nie krzyczałam, chociaż zupełnie
straciłam nad sobą kontrolę. Dla mnie te ostatnie 40 minut było niesamowitym
doświadczeniem. Właściwie zupełnie nie myslałam, został sam instynkt. Myślę,
że to jeden z niewielu momentów w życiu, kiedy człowiek ma szansę sobie
uświadomić, że mimo wszystko jesteśmy bliżej natury niż nam się wydaje

Pamiętałam tylko o tym, że muszę dać z siebie absolutnie wszystko.
Udało mi się w tym wszystkim słuchać położnej. Dzięki temu obeszło się bez
nacięcia. (tak. DA SIĘ urodzić pierwszy raz bez i nie popękać, nie być
nacinaną, ale faktycznie - musi chcieć i położna i rodząca)
Rodziłam z partnerem. Oboje mieliśmy do tego pomysłu na początku dość
sceptyczne podejście, okazało się, że zupełnie niesłusznie. Nie będę Wam tutaj
opisywać jak niesamowicie nas to doświadczenie do siebie zbliżyło,jak bardzo
był pomocny, bo to powtarza prawie każdy i trzeba się samemu przekonać.
Ale są też inne powody - po pierwsze, umarłabym z nudów gdyby go ze mną nie
było! Skurcze przez większą część porodu są co KILKA MINUT a w pozostałym
czasie COŚ trzeba ze sobą zrobić. Trochę kiepsko gapić się w ścianę. Po
drugie, w razie gdyby personel nawalał, zawsze jest ktoś, kto może ich ustawić
do pionu.
Od początku byliśmy pewni, że nawet jeśli będzie przy porodzie, na parte
wychodzi. Na szczęście, trafiliśmy na cudowna polożną, która nam ten pomysł
wybiła z głowy, mówiąc, ze to własnie TA część porodu, przy której facet jest
najbardziej potrzebny. I miała rację. Też nie będę się rozwodzić dlaczego,
myślę że to zbyt intymne i prywatne. Musicie mi uwierzyć na słowo
Kolejna sprawa - świadomie zrezygnowaliśmy z prywatnej położnej na rzecz
znieczulenia. Jak dla mnie najlepsza decyzja. Obca osoba stercząca nam nad
głową całe 9 godzin była zupełnie niepotrzebna. Znieczulenie było bardzo
bardzo potrzebne
Fakt, faktem, trafiliśmy na wspaniałą, oddaną swojej pracy dziewczynę.
Mimo, że nie zapłaciliśmy jej ani złotówki, ma dużą zasługe w tym, że poród
był dla mnie fascynującym doświadczeniem, a nie koszmarem. Kiedy leżałyśmy na
oddziale wpadała do nas za każdym razem kiedy miała dyżur. Jestem jej
nieprawdopobnie wdzięczna za wszystko.
I na koniec. To nie jest tak, że dziecko położone na piersi wynagradza trudy
porodu. Że w sekundę zapomina się o bólu. Zu mi niczego nie wynagrodziła, nie
zadziałała jak środek na wymazujący pamięć. Ona po prostu się pojawiła i cała
reszta przestała mieć znaczenie.
Tyle ode mnie, gdybyście miały jakieś pytania, chętnie odpowiem